Na dachu jednej z kamienic w pobliżu mego domu zebrało się kilkudziesięciu Mikołajów obojga płci. W ciągu kilku minut zrobiło się na nim czerwono od ich kostiumów i biało od peruk i bród. Poweselili się wspólnie, wypili kilka piw i sfotografowali się nawzajem, indywidualnie i grupowo. Na początku myśłałem, że powstaje jakiś film reklamowy, tymczasem okazało się, że była to zbiórka przed udaniem się na miasto. Kilkanaście minut później widziałem ich roześmianych na ulicach, kiedy podążali do punktów, z których mieli zabrać paczki. Byli tak radośni, że przechodnie bili im brawo i żartowali z nimi. Niektórzy mówili, co chcieliby dostać pod choinkę. Mnie też na ich widok zrobiło się radośnie na duszy i chętniej niż zazwyczaj wziąłem się za pisanie. Zastanawiałem się, co chciałbym od nich dostać na gwiazdkę. I jak zwykle na książkach się skończyło. Tych nowych i tych dawnych, pięknie wydanych. Przydałaby mi się jeszcze gilotynka do serów podawanych do wina. Ucinając kawałeczki sera, wyobrażałbym sobie jednocześnie, że ścinam pewne głowy… Zazwyczaj to ja jestem miodzio, ale czasem, to nie daj Panie Boże… Dobrze, że nie sprawuję żadnej władzy.

$

W „Strandzie” pełno klientów. Można wręcz niepoprawnie powiedzieć – skupisko inteligentów. Takie, jakie widuję na spektaklach sprowadzanych ze świata przez BAM, Lincoln Center i La Mamę. Lubię na nich patrzeć, bo to warstwa wymierająca. Uśmiechają się do mnie a ja do nich. Czasem zagadujemy do siebie. Setki książek tu kupiłem. I zawsze buszuję niemal do omdlenia. Wśród starodruków i nowości. Niesłychanie działają na mnie księgi i książki pięknie wydane. Nieraz kupuję kolejne wydanie dzieł Szekspira i innych klasyków tylko dla ich edytorskiej urody i nowych ilustracji. Ale ile można mieć tych Szekspirów, Cervantesów, Dostojewskich i Czechowów, nie mówiąc już o najróżniejszych „Baśniach”? Książka dla mnie jest światem alternatywnym, bytem samym w sobie, którego pożądam. Wiem, że to dewiacja, ale trudno, mogę już sobie pozwolić na to wyznanie. Tym razem nabyłem albumy z okazjonalnymi plakatami Normana Rockwella, którego bardzo lubię. Jest w nich duch tej amerykańskości, którą pamiętam z filmów widzianych w dzieciństwie. Uzupełnią moje Rockwelliana.

$

Książki, które oddałem komuś lub na różne cele, okazują mi sie teraz niezbędne. Dokumenty, których przez lata się pozbywałem, bo wydawały mi się już niepotrzebne, teraz by się przydały, bo chcę zweryfikować różne informacje. To samo z listami i fotografiami. Co za złośliwość losu! A z drugiej strony trzymać to wszystko całe życie w szufladach, w oczekiwaniu, że kiedyś mi się przyda? No i ten ustawiczny brak miejsca. Nie mam potomków, którzy interesowaliby się historią, także tą rodzinną. Kiedy mnie nie stanie, dokumenty i pamiątki zapewne pójdą na śmietnik.

$

W Metropolitan Museum of Art jest wspaniała wystawa obrazów Valentina de Boulogne’a. Zostały na niej zgromadzone dzieła pokazujące wyzwalanie się tego malarza z caravaggionizmu, któremu przez jakiś czas ulegał. Są to głównie obrazy o tematyce biblijnej i religijnej. Sprowadzono je m.in. z Luwru, Galerii Drezdeńskiej, Muzeum Watykańskiego, muzeów włoskich i amerykańskich. Realizm jest w nich połączony z intensywnymi barwami i cudownymi światłocieniami, co zrodziło nieprawdpodobnie piękne efekty. Postacie i ich gesty są niebywale ekspresyjne. Nie razi mnie ich swoiste uteatralnienie, charakterystyczne dla baroku. Niedawno podziwiałem w Wersalu dekoracje de Boulogne’a do komnat Ludwika XIV, ale dopiero ta wystawa uświadomiła mi, jakim był geniuszem. Z dzieł o tematyce biblijnej wielkie wrażenie robi „Samson”, „Judyta i Holofernes” i „Dawid z głową Goliata”. Wśród portretów świętych szczególnie mnie biorą: „Jan Ewangelista”, „Jan Chrzciciel” i „Marek”. Z obrazów o tematyce świeckiej bardzo podobają mi się „Karciarze”, zwani niekiedy „Szulerami”, „Grający na lutni” oraz „Koncert z ośmioma postaciami”. Z całej twórczości de Boulogne’a” najbardziej mnie przejmuje „Jezus i św. Jan podczas Ostatniej Wieczerzy”. Malarz nie do zapomnienia. Jak zawsze w Metropolitan Museum obrazy są świetnie wyeksponowane, oświetlone i opisane.

$

Wspominając w kolejną rocznicę wydarzeń ze stanu wojennego, zapominamy o pomocy materialnej, jaką Niemcy, Francuzi, Anglicy i Amerykanie wspierali, nie tylko internowanych i walczących Solidarnościowców, ale także całe parafie. Ten temat jakoś zniknął z naszej pamięci, już to indywidualnej, już to zbiorowej. A była to pomoc niebagatelna w wielu wymiarach.

$

Słyszę dziś z Polski okrzyki „Wolne media”. Popieram je, rzecz jasna, sam z siebie i jako członek Stowarzyszenia Wolnego Słowa. Nie wiem jednak, dlaczego żądając wolnych mediów, nie żądamy jednocześnie, żeby były one obiektywne. W tej chwili takich mediów w ojczyźnie nie widzę, nie widzę także obiektywnych komentatorów. Żadnego! Wszyscy poszli na wojnę. A tejże wojnie polsko-polskiej końca nie widać. Nie widać na horyzoncie nikogo, kto mógłby doprowadzić do jej zakończenia. Prezydent Duda obiecał to zrobić, ale jak na razie nie za bardzo się starał. Inna rzecz, że ma wyjątkowo trudną sytuację, bo jakże tu gadać z tak głupią opozycją. Z obiektywizmem mediów w naszej kochanej Ameryce też nie jest najlepiej. Z góry wiadomo, co kto powie i napisze.

$

Odwiedził mnie Jędrzej Majka, autor i wydawca książek o tematyce podróżniczej. Był już w ponad 50 krajach. Obdarzony jest, nie tylko darem wciągającej narracji pisanej, ale i ustnej. Opowiada z pasją, publiczność żywo nań reaguje. O tym wszystkim wiedziałem wcześniej, śledząc informacje o nim i podczytując jego książki, m.in. o Lwowie i Kresach. Nie wiedziałem natomiast, że jest on również znakomitym fotografikiem. Dostrzega detale, sytuacje i symbole, których inni nie widzą lub które mijają obojętnie. Zwraca uwagę na to, co nieznane, albo zapomniane, chwyta nie tylko klimat miejsc, ale i ich ducha. Mimo, że należy do pokolenia idącego po moim, w ogóle tego nie czułem podczas wspólnych wędrówek po Nowym Jorku i rozmów przy winie przeciągających się kawał w noc. Przejął władzę w mojej kuchni i wszystko, co w niej przygotowywał było lżejsze, finezyjniejsze i smaczniejsze od tego, co ja robię. Następnym etapem jego podróży była Wenecja. Szkoda, że nie mogłem wybrać się tam razem z nim. Chętnie pokazałbym mu nieturystyczne osobliwości, które odkryłem, szwendając się niejednokrotnie między kanałami. Szkoda też, że nie mogliśmy pić razem wina w winiarniach, do których przychodzą autentyczni wenecjanie. Tacy z dziada pradziada. Bardzo mile ich wspominam. Ciekawe, czy Jędrek zwiedził Teatr La Fenice, jeden z najpiękniejszych, jakie widziałem w życiu.

$

Bardzo pomysłowe są świąteczne dekoracje na ulicach polskich miast. Wyglądają jak sen o kryształowym szczęściu lub ilustracje do bajek. W Łazienkach przechadzają się świetlne pary w dawnych strojach, a z Wilanowa odjeżdża królewska karoca. Ciekawe, czy ktoś te instalacje dokumentuje? Patrzę na nie z prawdziwą przyjemnością. Nie mniejszą niż na te na Manhattanie.