Tegoroczny adwent nie przebiega w Polsce spokojnie, wbrew prośbom Kościoła katolickiego i prezydenta Andrzeja Dudy.

Wprawdzie nastąpiło parogodzinne zawieszenie broni podczas łamania się opłatkiem, kiedy składali sobie życzenia wzajemni wrogowie polityczni, ale zaraz po nim rozgorzała walka na całego, jakby żadne święta się nie zbliżały. Celowo nie piszę „przeciwnicy”, czy „adwersarze”, albowiem trzeba wprost i wyraźnie mówić o wrogości. I to coraz głębszej. Wojna polsko-polska trwa w najlepsze i nikt już nie wierzy deklaracjom zapowiadającym jej zakończenie. Na nic zdały się konsultacje prezydenta z szefami partii opozycyjnych, na nic zdała się – jak dotychczas – gotowość Jarosława Kaczyńskiego do podjęcia rozmów z dziennikarzami, na nic zdało się wycofanie się z ustawy ograniczającej tymże dziennikarzom możliwość poruszania się po całym Sejmie. Nie była ona fortunnie zredagowana, co stało się paliwem dla opozycji. Ale prawda jest taka, że taż opozycja będzie wykorzystywała każdą okazję do wzniecenia antyrządowej i zarazem antypisowskiej rebelii.

Sytuacja, jaką mamy podczas adwentu, pokazała czarno na białym, że opozycja, złożona z PO, Niezależnej, PSL i KODu, zrobi wszystko, by doprowadzić do takiego wrzenia politycznego, które pozwoliłoby jej żądać, jeśli już nie ustąpienia rządu, to przynajmniej rozpisania przedwczesnych wyborów do Parlamentu. Taktyka ta kompromituje ją bez reszty, albowiem nic, absolutnie nic nie wskazuje dziś na to, żeby w wyniku tych przedwczesnych wyborów doszło do zmiany układu politycznego w tymże Parlamencie. Notowania PiS w sondażach wahają się między 34 a 38 procentami i nie równoważą ich notowania wszystkich razem wziętych partii opozycyjnych.

W sytuacji, kiedy PiS zdecydowanie okazało się partią prospołeczną, pronarodową i prokatolicką, opozycja nie ma najmniejszych szans na jej pokonanie. Każdy widzi, że rząd podczas pierwszego roku sprawowania władzy zrealizował niemal wszystkie obietnice wyborcze i dokonał tylu zmian, ilu nie dokonała koalicja PO-PSL przez osiem lat swych rządów. To przecież bardzo łatwo można sprawdzić. Gołym też okiem widać, że żadna z partii opozycyjnych nie przeciwstawia temuż PiSowi lepszego, konkurencyjnego programu, czy choćby lepszych rozwiązań poszczególnych problemów. Nie ma zatem żadnej licytacji konkretnych pomysłów i projektów. W tej sytuacji pozostaje walka na innych polach. Najważniejszą z nich była walka o Trybunał Konstytucyjny jako ostatni bastion oporu przeciwko partii rządzącej i dyktaturze Jarosława Kaczyńskiego.

Zakończyła się już kadencja prezesa Andrzeja Rzeplińskiego, który dla opozycji był bohaterem antypisowskiego oporu, a dla rządu nieprzejednanym wrogiem legalnej władzy. W toku trwającej ponad rok wojny o Trybunał żadnej ze stron nie chodziło o jego niezależność i niezawisłość, przeciwnie, każda chciała go wykorzystywać jako potrzebny jej instrument. Teraz, kiedy jego pracami kierować będzie z pisowskiego nadania Julia Przyłębska nie należy się raczej spodziewać pełnej niezawisłości. Dopuściła ona do orzekania trzech sędziów z tego samego nadania, których nie chciał dopuścić Rzepliński. Chodzi o Lecha Morawskiego, Henryka Ciocha i Mariusza Muszyńskiego. W reakcji na tę sytuację opozycja ogłosiła koniec domokracji w Polsce. W chwili obecnej nie wygląda na to, żeby przepychanki prawne dotyczące funkcjonowania Trybunału dobiegły końca. Sprawy nie odpuściła też Komisja Europejska.

Hasłem naczelnym walk opozycji z rządem stała się teraz obrona demokracji. I w tej mierze stoi ona na przegranej pozycji, bo nie ma namacalnych dowodów łamania praw tejże demokracji. Na gruncie prawnym i konstytucyjnym. Dla części jednak społeczeństwa, stosunkowo niewielkiej, może być trudny do zaakceptowania fakt, źe tak naprawdę krajem rządzi Jarosław Kaczyński, zwany już prezesem Polski lub jej naczelnikiem i że premier oraz prezydent gorliwie wykonują wszystkie jego polecenia. Trudno jednak, żeby było inaczej, skoro nie ma między nimi – jak dotychczas – żadnej różnicy zdań. Trudno, żeby było inaczej, kiedy prezes Polski podejmuje korzystne dla niej decyzje i myśli kategoriami interesu narodowego. Jasne, że uchwała o obniżeniu emerytur byłym esbekom nie będzie podobać się im samym i ich rodzinom, jasne, że przywrócenie godności i walka o sławę Żołnierzy Wyklętych oraz prześladowanych Solidarnościowców nie będzie podobać się tym, którzy ich torturowali, internowali lub zamykali w więzieniach. Oni teraz włączyli się ochoczo w przedświąteczne akcje organizowane przez opozycję.

Wśród tej opozycji, ale także obok niej i poza nią jest też część inteligentów, którym nie podoba się ideologizacja państwa, prowadzona przez obecne władze. Chodzi m.in. o odgórne popieranie jedynie prawicowego punktu widzenia, odwracanie się od Unii Europejskiej i negacje jej dotychczasowych osiągnięć, ostentacyjny sojusz z konserwatywną częścią Kościoła katolickiego, ostentacyjne popieranie Radia Maryja, dopisywanie się do najlepszych tradycji i najbardziej bohaterskich rozdzialów historii, zastępowanie tejże historii mitologią narodową, unarodawianie sztuki i przedwczesne forsowanie teorii o zamachu w Smoleńsku. PiS lekceważy tę część społeczeństwa, wychodząc zapewne z założenia, że nie warto się nią zajmować, skoro jest ona tak nieliczna i skoro nie widać w niej entuzjazmu do jego ideologicznych poczynań.

Reasumując nic na to nie wskazuje, żeby opozycja mogła dziś przejąć władzę, bo nie popiera jej większość Polaków. Niemniej jej krzyk, że obecnie w Polsce nie ma demokracji, może wyrządzić szkodę wizerunkowi Polski za granicą. PiS musi teraz ostro temu przeciwdziałać. Nie przyniesie mu zapewne poklasku zapowiedź Piotra Dudy, że zwolennicy tej partii wyjdą na ulicę i szybko nakryją opozycję czapkami. Nie tylko z okazji świąt przydałby się rzeczywisty dialog, ale gdzie tam…