Literatura na temat zagłady Żydów w czasie drugiej wojny światowej jest dziś tak ogromna, że nawet najlepsi znawcy przedmiotu poruszają się w niej z trudem. Ani nie jestem znawcą, ani też nigdy tematyki nie studiowałem.

Ale książkę Hanny Arendt „Eichman in Jerusalem. A Report on the Banality of Evil” przeczytałem z wielkim zainteresowaniem. Jest to coś znacznie więcej niż tylko reportaż. Traktat o hitlerowskiej machinie zagłady Żydów europejskich, refleksja nad tym, co się stało, a właściwie – jak to się stopniowo stawało, że zwolna, krok po kroku poszerzano krąg dopuszczalnych działań. Powszechna zgoda na jeden krok otwierała drogę następnemu w rozpędzającej się machinie zbrodni.

Porwanie faszysty
Książka stanowi sprawozdanie z procesu Adolfa Eichmanna, do jakiego doszło w Jerozolimie, po porwaniu przestępcy wojennego z Argentyny w 1960 r. i postawieniu go przed sąd izraelski. Hannah Arendt pisała te teksty dla „New Yorkera”, następnie rozszerzoną nieco wersję wydała w osobnej książce.

Publikacja ta stała się sensacją. Nic dziwnego. Autorka była znakomitą filozofką, przemyślała tematykę dogłębnie, zarazem doskonały talent pisarski pozwolił jej ująć problem znacznie szerzej niż tylko wymagałoby sprawozdanie z sali sądowej, gdzie toczył się sensacyjny proces. Choć Hannah Arendt ściśle trzyma się tematu, czytelnik jej książki nie ma wątpliwości, iż jej rozważania mają ogólniejszy charakter.

A sprawa doprawdy była bezprecedensowa. Oto w 15 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej wywiad izraelski wytropił w Argentynie jednego z największych zbrodniarzy hitlerowskich, Adolfa Eichmanna, który skorzystał z ogromnego zamieszania po zakończeniu wojny, uciekł z obozu, w którym Amerykanie przetrzymywali podejrzanych o nazistowską przeszłość i pod nazwiskiem Richard Klement wyjechał do Rio de Janeiro, mieszkał na przedmieściach miasta z żoną i synami. Żył więcej niż skromnie, pracował w fabryce.

Ekstradycja nie wchodziła w rachubę. Nawet gdyby władze argentyńskie zgodziły się na nią, postępowanie trwałoby dostatecznie długo, aby umożliwić Eichmannowi/Klementowi ucieczkę. Tak umknął osławiony doktor Josef Mengele, także mieszkaniec Argentyny, ale przestraszony aferą z Eichmannem, uciekł, ukrył się ponownie. Zginął wprawdzie śmiercią tragiczną, ale uniknął sprawiedliwości.

Pozostała jedyna możliwość: porwać zbrodniarza i postawić przed sądem. Jakim? Wielu ekspertów, także żydowskich, sugerowało trybunał międzynarodowy. Na wzór norymberskiego międzynarodowego sądu nad przestępcami wojennymi. Władze Izraela słusznie uznały, że trzeba skończyć z enigmatycznym określeniem „zbrodni przeciw ludzkości” i zastąpić go konkretnym: „zbrodnią przeciwko narodowi żydowskiemu”. A w takim razie jedynym kompetentnym trybunałem będzie sąd Izraela, państwa, które reprezentuje interesy tego właśnie narodu.

Samo „namierzenie” Eichmanna w Argentynie, przygotowanie do akcji, porwanie, wstępne przesłuchanie go w Rio i następnie przewiezienie jako rzekomo pijanego (w istocie odurzonego środkami farmakologicznymi) pilota linii El-Al-u, to gotowy materiał na film sensacyjny. Takowy nie powstał ze zrozumiałych względów. Sprawa porwania obywatela innego kraju (albo nawet dwóch państw, choć Niemcy się do tego nie przyznały) i postawienia go przed sądem o kwestionowanych kompetencjach (mawiano: „zemsta, a nie sprawiedliwość”; „polityczny proces pokazowy”, „sąd zwycięzców nad pokonanymi”) do dziś jest drażliwa.

Jak wygląda ludobójca?
Hannah Arendt poleciała do Jerozolimy z ciekawości. Chciała na własne oczy zobaczyć osławionego dygnitarza hitlerowskich Niemiec, posłuchać, co ma do powiedzenia. Jej książka to efekt wielkiego zaskoczenia, odnotowanego w podtytule. Miast diabelskiego zbrodniarza, demona zła, potwora w ludzkiej skórze, zobaczyła nędznego urzędnika, przeciętniaka, niezbyt rozgarniętego biurokratę. Morderca setek tysięcy nie okazał się bestią w rodzaju zdegenerowanych cezarów rzymskich, azjatyckich satrapów. Zobaczyła drobnego, kościstego człowieczka w okularach, o drobnomieszczańskiej moralności, który nieustannie powtarzał, że nie zabił nikogo, Żyda czy nie-Żyda.

Oczywiście, że nie. „Banalność zła” – autorka spopularyzowała to pojęcie odnoszące się do jej współczesnej i nam dzisiaj rzeczywistości – na tym właśnie polega. Naprawdę wielki zbrodniarz, to dziś nie szatańska postać opętana żądzą mordu. To biurokrata, który produkuje papiery, sporządza memoranda, okólniki, obojętnie administruje machiną zniszczenia, czy są to faszystowskie Niemcy, czy stalinowska Rosja, bądź też, bliżej współczesności – kambodżański Pol Pot, albo przywódcy Serbii przeprowadzający czystkę etniczną.

Przywykliśmy do tego. Przywódcy beznamiętnie zakreślają plany wyniszczenia całych narodów, jakby nie mieli do czynienia z rzeczywistymi ludźmi. Wykonawcy realizują projekty rozkazodawców. Eichmann mógł zgodnie z prawdą mówić, że nikogo w życiu nie zabił. Jeśli przez to rozumieć fizyczny akt morderstwa. Do indywidualnej zbrodni trzeba bezpośredniej konfrontacji z konkretną osobą. Zabić kogoś nożem jest bardzo trudno; zastrzelić wielu ludzi – już łatwiej z uwagi na dystans dzielący sprawcę od ofiar. Do masowego zabijania nie trzeba nawet widzieć swego przeciwnika, nie trzeba obecności na miejscu zbrodni, ani indywidualnego wysiłku. Wystarczy ustne polecenie, papier napisany przy biurku i sprawna administracja puszczona w ruch. Zabijanie zdalne.

Wraz z Trybunałem Norymberskim pojawiła się nowa kategoria: zbrodniarza, który nikogo nie tknął: jeden wymyślił, drugi zarządził, trzeci rozpisał rozkaz w szereg wytycznych do działania, a kolejny wprowadził je w czyn. Na końcu tego łańcucha biurokracji zbrodni znajdzie się zawsze element bezduszny, ciemny, zbrodniczy, kryminalny – bezpośrednich wykonawców. Katów łatwo karać, ale przecież nie tylko oni są winni. Z tym, że odpowiedzialność „rozpuszcza się” w kolejnych szczeblach decyzji. Im więcej tych szczebli, tym bardziej człowiek czuje się usprawiedliwiony: wykonał tylko to, co do niego należało.

„Taśmowe zabijanie”
W XX wieku zabijanie stało się przemysłem, seryjną realizacją zamiaru. Przy taśmie produkcyjnej stoi szereg wykonawców, każdy robi kolejny ruch, aby mechanizm działał bez zarzutu. Żaden z nich nie jest degeneratem, sadystą, mordercą. To zwyczajni ludzie mający rodziny, ogródki, psy, koty, kochający dzieci, kwiaty, piękno. Normalni, banalni ludzie, jak my wszyscy. Jak to jest możliwe? Nie wdając się w tajniki natury ludzkiej i ewentualnie skrytego w niej zła, powiemy, że współczesne, masowe społeczeństwo czyni to, co nazywamy „zbrodnią przeciwko ludzkości”, łatwiejszym do realizacji.

Po pierwsze, nastąpiło „odpersonalizowanie zbrodni”. Urzędnik każdego szczebla biurokratycznego wykonuje jeden ruch stosowny dla swej kompetencji. Nie tylko spełnia, co do niego należy, ale jeszcze nie czyni nic w swym pojęciu złego. Ta administracyjna procedura tworzy, to po drugie, duży dystans między podpisem na papierze, a tym, co w ostatecznym rozrachunku stanie się z milionami ludzi gdzieś daleko w efekcie tego zarządzenia. Podejmowane decyzje, to po trzecie, nie dotyczą indywidualnego, konkretnego człowieka, co do winy którego ktoś może mieć wątpliwości, a jego los może stać się przedmiotem troski. Postanowienia dotyczą anonimowej masy, z punktu widzenia biurka – właściwie nie wiadomo kogo. Wreszcie, masowe zabijanie stało się możliwe dzięki przemysłowej efektywności, umożliwiającej unicestwienie milionów; rzecz jeszcze nie tak dawno technicznie wprost niemożliwa.

Dziś poszliśmy jeszcze dalej nie tylko w tej przemysłowej sprawności. Obecnie wystarczy intencja, zamiar, myśl zgoła, by być uznanym za przestępcę, zbrodniarza. Obóz w Guantanamo jest tego najlepszym przykładem. Zamknięci są w nim ci, którzy ewentualnie mogą mieć wrogie zamiary. Nic jeszcze złego nie popełnili, ale mogą, jeśli będą na wolności. Jak z fantazji Philipa K. Dicka, w której sam przestępczy zamiar, intencja, myśl są ścigane przez prawo. Ale współcześni terroryści nauczyli nas, że nawet zamiar jest już zbrodnią „w zarodku”, potencjalną śmiercią niewinnych ludzi. Czekanie na sam akt byłoby zgoła karygodną lekkomyślnością. Coraz więcej potencjalnych przestępców, coraz banalniejsza banalność zła i coraz większa nasza obojętność wobec skali zbrodni.

Czesław Karkowski