Uczeni starożytni twierdzili, że w muzyce wszystko da się obliczyć i uszeregowali ją wśród nauk ścisłych.

Najprawdopodobniej podążając tym tropem, niektórzy kompozytorzy współcześni poszukują brzmieniowych głębi w sercu komputera. Okazuje się jednak, że najpiękniejsze utwory powstają zupełnie „nieobliczalnie”, pod wpływem pozanaukowych impulsów, a w świecie dźwięku istnieje nadal całe mnóstwo miejsc nieodkrytych.

W klasycznym już filmie Misja Rolanda Joffea, jeden z bohaterów podejmuje samotną wspinaczkę po skałach wodospadu południowoamerykańskiej dżungli. U celu zostaje otoczony przez tubylców. Jego jedyną broń wobec włóczni i strzał stanowi… obój. Dźwięk instrumentu staje się kluczem do najdzikszych serc.

Muzyki jako tarczy używa też szalony bohater opowiadania i filmu Wernera Herzoga – Fitzgaraldo. Postać ta jest ogarnięta niezwykłą pasją: chce zbudować operę w samym środku amazońskiej dżungli. Fitzgaraldo zatrudnia artystów, kupuje dekoracje i wynajmuje parowiec, który ma przenieść cały zespół w górę rzeki, do niezwykłej krainy scenicznego szczęścia. Kiedy z tropikalnej gęstwiny na pokład okrętu zaczynają się sypać strzały wojowniczych plemion, bohater filmu uruchamia patefon i oto w samym sercu dżungli słychać „Śmiej się pajacu…” Leoncavalla w wykonaniu boskiego Caruso. Zarówno uroda głosu wielkiego tenora, jak i piękno wykonywanej kompozycji zmieniają tubylców do tego stopnia, że nie tylko przerywają atak, ale oferują pomoc w przetransportowaniu parowca na drugą stronę góry, która stanęła na drodze wędrowcom.

Siła łagodzącej obyczaje muzyki wychodzi daleko poza filmowe dramaty. W słynnam pastiszu filmów grozy, Młodym Frankensteinie Mela Brooksa na monstrum wykreowane przez szalonego naukowca melodyjny motyw skrzypcowy rzuca czar, w obliczu którego potwór poddaje się słodkiej łagodności na przekór swemu morderczemu instynktowi.

Przykładów łagodzenia obyczajów przy użyciu muzyki nie brakuje również w świecie opery. Czarodziejski Flet Mozarta dowodzi, że pojedyncze instrumenty solowe mogą grać role emocjonalnych katalizatorów. Tytułowy flet zaczarowuje przeciwności losu księcia Tamina, jest też fletnia lub w zależności od inscenizacji okaryna, którą towarzysz księcia ptasznik Papageno przywołuje odmianę losu, jest i pozytywka, która zmusza do tańca oprawców gotowych pokrzyżować plany głównych postaci opery.

A czymże są najpiękniejsze kolędy, jak nie symbolicznymi kołysankami mającymi tulić do snu słuchaczy, a śpiewającym dać ukojenie po kolejnym roku pełnym trosk. Czy to nie muzykoterapia ludowością podszyta?
„Lulajże Jezuniu”, „Gdy śliczna Panna”, „Śliczna Panienka Jezusa zrodziła” to tylko kilka znanych kolęd, których melodie pochodzą z prawdziwych kołysanek śpiewanych przez mamy dzieciom.” Nic dodać nic ująć, sama łagodność.

Ale muzykowanie na gwiazdkę to rzecz nie tylko religijna. W Ameryce oddziela się sprawy państwowe od wyznaniowych i mamy tu nie tylko kolędy, ale i gwiazdkowe piosenki. Wielki hit „Jinggle Bells” uwielbiany przez dzieci jest po prostu utworem, który śpiewa się w tym samym, co kolędy czasie.

Inny, równie urodziwy szlagier tego okresu to „White Christmas” który mimo, że w tytule ma Boże Narodzenie, kolędą nie jest. Podobnie rzecz się ma z „Rudolfem – reniferem o czerwonym nosie” i całym mnóstwem gwiazdkowych przebojów. Ich zadanie jest takie samo, jak zadanie kolęd i pastorałek: łączyć bliskich i nie tylko bliskich, a przede wszystkim łagodzić obyczaje.

Dlatego bez względu na poglądy polityczne, społeczne, religijne, bez względu na kolor skóry czy barwy piłkarskiej kadry narodowej, gdy choinka błyśnie lampkami, wszem i wobec zaleca się pigułkę dźwiękową: „grajcie pastuszkowie” i…”lulajże Jezuniu”, „…niechaj gwiazdka z nieba piosenkę zaśpiewa”, „hej kolęda, kolęda”, bo naukowo zostało stwierdzone, że muzyka łagodzi obyczaje i wnosi w serca radość.

Wesołych Swiąt!

Cezary Doda