„Był gliną bez skrupułów i kowbojem bez imienia. Teraz jest reżyserem, który pokazuje Ameryce, co jej doskwiera”- tak Clinta Eastwooda przedstawiają dziennikarze, pisząc o jego najnowszym filmie. „Sully” – to historia Chesleya Burnetta Sullenberga, bohaterskiego kapitana, który osiem lat temu uratował 155 pasażerów lądując na rzece Hudson. „Kilka minut po starcie z lotniska LaGuardia w Nowym Jorku samolot zderzył się ze stadem kanadyjskich gęsi, które uszkodziły oba silniki niewielkiego airbusa”- czytamy. „Pół minuty później Sully podjął decyzję, że nie będzie zawracać na lotnisko tylko „usiądzie” na powierzchni wody”. Tak też się stało. Zdjęcia z akcji obiegły cały świat, a kapitana obwołano bohaterem narodowym. Jednak film Eastwooda opowiada o tym, co działo się później. O człowieku, który zderza się z biurokracją. „Myślę, że nawet młoda publiczność ma ochotę zobaczyć bohatera z krwi i kości” – mówił reżyser w wywiadach. „I niekoniecznie w obcisłym kombinezonie superhero”- dodawał ze śmiechem. Główną rolę zagrał Tom Hanks, a film – jak twierdzą krytycy – ma szansę na Oscara. Bystrzy internauci od razu przypomnieli wyczyn Tadeusza Wrony i jego słynne lądowanie na Okęciu Boeingiem, któremu nie wysunęło się podwozie. Czy akcja polskiego pilota może być materiałem na fabułę? Z pewnością. Zalecamy jednak ostrożność. Filmy o katastrofach lotniczych to w Polsce …wybuchowy temat.

*

A propos Toma Hanksa. Czy wiedzieliście, że jest fanem starych samochodów? Amerykański aktor ostatnio opublikował dwa zdjęcia, na których pozuje z Fiatem 126p. „Jestem bardzo podekscytowany moim nowym autem” – takim podpisem opatrzył fotografię, na której udaje, że otwiera drzwi żółtego Malucha. Wpis spotkał się z życzliwą reakcją internautów i wywołał duże zainteresowanie ze strony polskich fanów. Do tego stopnia, że mieszkańcy Bielska-Białej postanowili zrobić „zrzutkę” i sprezentować samochód gwiazdorowi. „Popularny aktor może trochę żartuje z auta, że takie małe, ale uznałam, że jest to idealny moment, by przedstawić mu historię tego samochodu, jego możliwości, a także wspomnienia z nim związane. Kupimy i dostarczymy mu go pod dom” zadeklarowała Monika Jaskólska, która zainicjowała akcję na jednym z portali społecznościowych. Mieszkańcy miasta, w którym onegdaj produkowano Fiaty 126p szybko podchwycili pomysł i rozpoczęła się akcja zbierania pieniędzy. Niebawem legendarny „Forrest Gump” usiądzie za kółkiem jednego z „najbardziej kultowych polskich aut”. Oby się zmieścił.

*

„Człowiek, który zdobył dwa bieguny, w tym jeden samotnie; brał udział w niemal 40 wyprawach, decyduje się na pielgrzymkę z Kalingradu do Santiago de Compostela. Dlaczego? – zapytano Marka Kamińskiego, znanego podróżnika. „Z polarnych wypraw, po zdobyciu biegunów, wracałem dotknąwszy granic wytrzymałości organizmu pod względem fizycznym i psychicznym”- mówi polarnik. „Jest jednak coś jeszcze w człowieku, jego duch, mentalność, jego hart. To coś też wymaga próby, sprawdzenia się. Nie umiem tego zdefiniować”- dodaje. „Czy to miał być jakiś rodzaj pokuty? Może. Poza tym w życiu „po biegunach” zaczynało mi czegoś brakować, może trochę zacząłem gnuśnieć”- zastanawia się. I przyznaje, że z każdym etapem pielgrzymki czuł zmianę, która w nim zachodzi, choć jak twierdzi, podjęta próba miała wymiar głównie duchowy, nie geograficzny. „Często w drogę wybieramy się nie z konkretnie zdefiniowaną motywacją, tylko z poczuciem konieczności pójścia. Dopiero w drodze dochodzi się do sedna, dociera do swoich problemów i usiłuje w myślach znaleźć ich rozwiązanie”- mówi Kamiński. „Ze mną też tak było: wzywała mnie droga. Bardzo dużo słyszałem o Szlaku Św. Jakuba, chciałem nim pójść. I to nie tylko jednym z fragmentów trasy, ale okrutnie długą drogą od grobu Immanuela Kanta, z Kalingradu, czyli dawnego Królewca, przez sześć krajów: Rosję, Polskę, Niemcy, Belgię, Francję i Hiszpanię – aż do katedry i grobu świętego Jakuba w Santiago de Compostela. To podróż od bieguna rozumu do bieguna wiary”- wyznaje polarnik. Który o swojej podróży, obejmującej cztery tysiące kilometrów mówi, że była najważniejszą w życiu.

*

Wiara czyni cuda. Również miłość. O niezwykłym dowodzie bliskości człowieka ze zwierzęciem świadczy historia kotki z wyspy Jawa, która nie opuściła swojej pani nawet po jej śmierci. „Od roku, czyli od chwili, kiedy właścicielka odeszła, samiczka mieszka na jej grobie. Opuszcza cmentarz tylko raz na dobę. Biegnie wówczas do dawnego domu, aby zjeść posiłek przygotowany przez rodzinę zmarłej kobiety”- czytamy. O tej niezwykłej historii zrobiło się głośno, gdy jeden z mieszkańców zauważył, że kotka siedzi zawsze w tym samym miejscu przy mogile z napisem Ibu Kundari. Mężczyzna próbował przygarnąć zwierzę, lecz ono uparcie wracało na cmentarz. Przypadek kotki z Jawy porównywany jest z historią psa Hachiko, który codziennie odprowadzał pracującego na Uniwersytecie Tokijskim profesora Ueno na stację i czekał tam na jego powrót. Pewnego dnia mężczyzna zmarł w pracy. Przez dziewięć lat wierny przyjaciel czekał na niego w miejscu, gdzie się rozstali. Ostatnio jednak internet obiegła zgoła inna historia. W schronisku na Florydzie pojawiło się małżeństwo, które chciało zaadoptować psa. Na ich widok, jedna z porzuconych suczek, znalezionych gdzieś na ulicy, która przez lata była w depresji – nagle bardzo się ożywiła. Zaczęła skakać i radośnie szczekać. Okazało się, że para, która przyszła po nowe zwierzę, to jej dawni opiekunowie. Podobno szukali „szczeniaczka”, bo suczka – którą porzucili kilka lat wcześniej – była… za stara. No cóż, jak pisał Mark Twain: człowiek to jedyne zwierzę, które się rumieni ze wstydu. I jedyne, które ma za co.