Skarcona przez reklamę telewizyjną myślę o tym, że idą święta. I trzeba umyć wszystkie okna. Również te, które są przyśrubowane na stałe. Bo właściciel budynku od lat kilkunastu, a może i kilkudziesięciu nie naprawia, nie odnawia, a tylko pobiera. Czynsz. Czynsz jest niski. Właściwie coraz niższy. Choć co roku jest niewielka podwyżka. To maleje. W stosunku do cen rynkowych. Nie nadąża za obłędem procesu gentryfikacji. Który zachodzi w naszej dzielnicy. Oraz w sąsiadujących. Gdzie panowie w chałatach wykupują zwichnięte budynki, wstawiają stylowe okna, wykładają korytarze drewnem i szkłem, malują elewacje na czarno, przybijają mosiężne tabliczki i udają, że Ridgewood to SoHo albo przynajmniej jakaś droższa część Brooklynu. I chociaż nie ma w okolicy parku, to przecież są dwie linie metra. I można sobie pojechać w zielone. A tutaj spać. Odwiedzać coraz liczniejsze knajpy. Pić sok z jarmużu. Jeść bezglutenowo. Kupować używane książki. I poznawać egzotyczne słowa. Na przykład: kiełbasa, pierogi, parówka. Przy okazji można zaprotestować. Wobec podwyżki czynszów. Sprzedawania nieruchomości i wyrzucania uboższych lokatorów na bruk. Marsze solidarności pt. „Ridgewood dla wszystkich” odbywają się zwykle w niedziele do południa. Dziewczęta w brzydkich sukienkach i rogowych okularach oraz panowie z brodami, wąsami i bez skarpetek, manifestują. Choć to wszystko przez nich. Cholernych hipstersów – przeklina sąsiadka z Serbii. Te ich galerie, kafejki, markety z ekologiczną żywnością, kolorowe jarmarki, blaszane zegarki, tęczowe bajgle i lody produkowane rzemieślniczo. To oni uczynili dzielnicę modną. To przez nich inwestorzy skupują stare domy. I stawiają nowe. A mleko w deli na rogu kosztuje więcej niż przed miesiącem – mówi i spluwa na chodnik. Czarci pomiot – dodaje pod nosem. W swoim języku. Którego nie rozumiem coraz mniej. Który czasami brzmi niepokojąco podobnie. Choć wydaje się, że jesteśmy z kompletnie różnych światów. Innej kultury. Wiary. Historii. Zatem okna. Trzeba będzie odkręcić. Wspiąć się na krzesło. Wspiąć się na palce. Stół. Przestawiać meble. Wyginać w niewygodnych pozach. Sięgać gdzie wzrok nie sięga. Bo idą święta. I tak każe tradycja. Babka myła okna. Matka myła okna. Wszystkie sąsiadki z bloku. Wstępowały w prostokąty szyb niebieskich od telewizorów, z wiaderkami u stóp i niczym święte odmieniały oblicza domów z betonu. Mężowie trzepali dywany. Jeśli je mieli. Pastowali podłogi, jeśli były drewniane. Myli schody na klatce i nosili siatki z zakupami. Jeśli akurat nie pili piwa w pobliskiej mordowni „U Jakubka”. Do której schodziły się całe osiedla spragnionych uciekinierów.

Przygotowania do świąt to był czas wyrzeczeń. I wytężonej pracy. Pamiętam wannę, w której moczyły się firany. Ciężkie od papierosowego dymu. Ojciec wtedy palił jak lokomotywa. Zawsze na kanapie przed telewizorem. Nigdy na balkonie. Czy korytarzu. Lecz w pełnym majestacie. Spowity w nikotynowej chmurze. Nieczuły na prośby i groźby. Nieugięty. Nikt nawet nie przeczuwał świata, który dopiero miał nadejść. Dyrektyw Unii Europejskiej. Zakazu palenia w miejscach publicznych. Kawiarniach i restauracjach, przystankach autobusowych. Cen papierosów. I zdjęć płuc przeżartych rakiem na opakowaniach ulubionych mentolowych. To był czas nikotynowej rozwiązłości. Kurzyli wszyscy. Rodzice, nauczyciele, urzędnicy, lekarze. Na korytarzach. W biurach. W przerwach. I w trakcie pracy. Paliły dzieciaki. Na boisku szkolnym. Pod trzepakiem. Za śmietnikiem. Papieros był nieodłącznym rekwizytem tamtych czasów. Szarych jak dym wydmuchiwany życiu prosto w twarz.

Zatem wanna. W której pływały firany. Zmieniając kolor z popielatego na prawie biały. Które – jeszcze wilgotne – rozwieszało się na wypucowanych oknach. Przez kilka dni pachniało proszkiem do prania. Potem wszystko wracało do normy. W wannie dryfowało też ciasto na strucle. Szczelnie zawinięte w folię. Czekaliśmy aż wypłynie na powierzchnię. Wtedy było gotowe. Ogromne makowce zanosiliśmy do pobliskiej piekarni. A potem odbieraliśmy z lekko nadpaloną karteczką, na której widniało nazwisko wypisane ręką mamy. Tuż przed wigilią w wannie pływały karpie. Woda była mętna. A rybom opadały łuski na myśl o nadchodzącym pogromie. Na końcu w wannie moczyli się ludzie. A potem przebierali w odświętne ubrania i zasiadali przy wspólnym stole. Z białym obrusem. Białym talerzem. Białym opłatkiem. I czerwonym, jak krew, barszczem.

Dlatego trzeba będzie rozkręcić okna. A potem ulepić kilka pierogów. Namoczyć suszone grzyby z wielkopolskich lasów. Zaśpiewać kolędę. Podzielić słowem. Ocalić resztki tradycji. Odróżnić zwykły dzień od święta. Wyciągnąć klucz spod wycieraczki. I otworzyć drzwi. Do praczasu.