Boecjusz bardzo potrzebował pociechy duchowej: skazany przez króla Ostrogotów, Teodoryka, na śmierć, zamknięty w celi, czekał ponad rok na wykonanie – wyjątkowo okrutnego – wyroku. Zginął, bo tak trzeba powiedzieć, w 524 albo w 525 roku. Miał 45 lat.

Wykształcony Rzymianin, esteta, intelektualista biegły w klasycznej filozofii, napisał w więzieniu niewielką książeczkę „O pocieszeniu jakie daje filozofia” – dziełko, które stało się jedną z najpopularniejszych rozpraw w późniejszych wiekach. Wydawane we wszystkich krajach, tłumaczone na wszystkie języki europejskie – jedyna praca, której przekładu podejmowali się władcy, koronowane głowy, wysocy dygnitarze. Ujmujące, w miarę głębokie myślowo, ale zarazem nie odstraszające uczonością, wspaniale łączy dwie ważne doktryny tamtych czasów – platonizm i stoicyzm – w jedną spójną całość. Zarazem autor skomponował ów traktat w taki sposób, iż doskonale odpowiadał przekonaniom potężniejącego chrześcijaństwa.

Wielka kariera i wielki upadek
Czy sam Boecjusz był chrześcijaninem? Co do tego nie ma pewności. Uczeni jak zwykle spierają się w tej kwestii. Nie zamierzam tej sprawy roztrząsać.

„O pocieszeniu…” zbudowane jest zasadniczo na wzór platońskich dialogów, przedzielonych licznymi wstawkami poetyckimi. Utwory wierszowane niewiele wnoszą nowego do toku myślowego, ale stanowią swoisty przerywnik w dyskusji, podsumowują dotychczasowe przemyślenia, tworzą nastrój, który ma dostarczać innego rodzaju pociechy duchowej. Wprawdzie Filozofia, dostojna pani, która odwiedza strapionego autora, przegania z celi muzę poezji, która – jej zdaniem – tylko dodatkowo i niepotrzebnie dręczy duszę i tak zdesperowanego filozofa, jednak wyraźnie autor tak się całkiem od niej nie odżegnał.

Filozofa i polityka – trzeba dodać. Boecjusz był wysokim dygnitarzem na dworze Teodoryka. Znajdował się u szczytu sławy, powodzenia, majątku; opływał w zaszczyty i łaski, aż intryga dworska (wedle wszelkiego prawdopodobieństwa) ściągnęła nań gniew króla. W jednej chwili stracił wszystko, wtrącony do więzienia, czekał na śmierć. Pod tym względem – nagłej odmiany losu, upadku z wyżyn społecznych na samo dno – przypomina późniejsze nieszczęście Oscara Wilde’a. Tego ostatniego „list” z więzienia: „De profundis” wstrząsnął mną kiedyś do głębi i planuję omówienie tego wielkiego dzieła – w swoim czasie, naturalnie.

Rozmowy w celi śmierci
Filozofia, owa strojna dama, która zjawia się u autora, zwraca mu uwagę, że niesłusznie więzień skarży się na odmianę losu. Przecież do natury Fortuny należy niestałość, zmienność. Narzekanie na odmianę świadczy o braku rozsądku, o nieznajomości spraw tego świata, w którym koło Fortuny nieustannie się obraca.

Jeśli nie narzekamy, gdy nam się powodzi, to czemu jęczymy po odmianie losu? Obie sytuacje należą do tego samego cyklu: raz Fortuna wynosi nas wysoko, następnie spadamy w dół. Nie należy przywiązywać się do powodzenia, natomiast pamiętać trzeba, że jest nietrwałe i chwilowe. Nie powinniśmy też złorzeczyć, gdy nam się źle wiedzie. To kolejne etapy egzystencji ludzkiej na tym świecie. Na koniec zaś Filozofia powie znękanemu więźniowi: każda odmiana losu jest dobra, bo pochodzi od Boga.

Najgorzej być szczęśliwym – stwierdza autor, bo tym boleśniej odczuwa się nieuniknioną zmianę Fortuny. Zwrot ten pobrzmiewa przez całe Średniowiecze. Stanowi swoiste motto piekielnego i czyśćcowego życia przedstawionego w „Boskiej komedii”. Nawet, jak twierdzi Boecjusz, lepiej żeby się nam dobrze nie powodziło. Wielu nieostrożnych bierze ten stan, sukces, za trwały i cierpi, i przeklina, gdy koło Fortuny się obróci.

Poza tym, „dobry los oszukuje, a zły los oświeca”. Uczymy się więcej, rozumiemy więcej, odczuwamy właściwiej w cierpieniu, w nieszczęściu, w niedoli. Ci, którym się powodzi, nie wiedzą nic o sobie, nie mają zrozumienia dla marnego życia innych. Uważają, iż zawdzięczają wszystko sobie. Jakże się mylą! To Fortuna wszystkim rządzi – nietrwała, zmienna, kapryśna. Szczęście nie trwa długo dla zadowolonych z doraźnej sytuacji, a jest go za mało dla niezadowolonych. Nie satysfakcjonuje nikogo z obdarzonych chwilowo łaskami Fortuny.

I tak dalej: Filozofia wykłada Boecjuszowi podstawy stoicyzmu przybranego w platoński strój dobra, jako najwyższej doskonałości tożsamej z Bogiem. Przypomina o lekceważeniu dóbr materialnych, o znikomości sławy, potęgi, majątku, uciech cielesnych – o dystansie wobec wszystkiego, co obiecuje tylko szczęście, a doń nie prowadzi. W rozumowaniu, które przypomina nieco późniejszy dowód św. Anzelma na istnienie Boga, powiada, iż w sposób oczywisty doskonalsze jest lepsze od mniej doskonałego. A skoro Bóg jest największą doskonałością, zatem tam trzeba szukać szczęścia, bo już nigdzie indziej nie możemy się zwrócić.

Dystans wobec wzlotów i upadków
Naturalnie, ani na mnie samego nauka Boecjusza nie zrobiła specjalnego wrażenia, ani też nie zalecam nikomu praktykowania stoicyzmu w stylu autora tego traktatu. „Pocieszenie jakie daje filozofia” zawiera naukę rezygnacji. Skazanych na rychłą śmierć, przez władze, lub przez chorobę. To sytuacje graniczne, tworzące zupełnie nową perspektywę jednostki, zupełnie samotnej wobec zagłady. Niektórzy powiadają, że dotyczy nas wszystkich, skoro w istocie wszyscy oczekujemy na śmierć …Wtedy stoicyzm, jako filozofia rozpaczy, ma uzasadnienie. Jest właściwie jedną…

Na co dzień stoicyzm jest nietwórczy. Ciągłe niezadowolenie z tego, co osiągamy, ciekawość, nieustanne parcie do przodu, by zdobyć to, czego poszukujemy – pieniędzy, szczęścia, władzy, zaszczytów, przyjemności – czegokolwiek, jest siłą napędową ludzkości. Stoicyzm naucza, aby nie dbać o sprawy doczesne, ziemskie, przemijające. Zaleca daleko idącą obojętność wobec odmian losu, a w konsekwencji – odwrócenie się od spraw tego świata i szukanie doskonałości w sobie lub w wyższych sferach duchowych. Mimo ogromnych różnic, zewnętrznie przypomina nauki hinduskich jogów: nie robić nic, tylko medytować. Doskonalić się wewnętrznie, choćby wokół nas był brud, bałagan, nędza i ludzka mizeria. To nieważne, to przeminie… Tak samo jak wielka potęga, ogromny majątek, luksusy.

Nie sądzę, żeby stoicka nauka pasowała do nas, odpowiadała zachodniemu światu z jego nieustannym, twórczym niepokojem. Co jednak jest ważne u Boecjusza, wyłożone prosto i zwięźle, o czym Cyceron, na przykład, pisał rozwlekle, choć elegancko: napomnienie o koniecznym, niezbędnym dystansie wobec dotykających nas spraw tego świata. Nie wpadajmy w przesadną dumę, gdy nam się dobrze powodzi, ani też nie rozpaczajmy zanadto, gdy los się odwróci. Baczmy na to, co naprawdę ważne – zdrowie, rodzina, ewentualnie przyjaciele. Reszta nie należy do nas – trafnie zauważa Boecjusz. Przychodzi i odchodzi. „Świata łakome marności” – jak pięknie ujął to Mikołaj Sęp Szarzyński, miło jest posiadać, ale ich brak nie jest wielkim nieszczęściem. A zwłaszcza nie róbmy tragedii, gdy nagle je tracimy. Odkrywa się nowe pole do popisu, otwierają się nowe ścieżki twórczego działania.

Nie przywiązujmy się do osiągnięć. Nasza egzystencja nie na tym polega. Jej istota tkwi w tym, do czego dążymy, a nie w tym, co już zdobyliśmy. Idzie o to, aby czynić świat dookoła nas lepszym.

Tak, my wraz z naszymi namiętnościami, przeminiemy. Ale zostanie to, co stworzymy. W twórczości, wiecznej, nieustannej twórczości tkwi sens naszej egzystencji. Nie musi to być zaraz tworzenie wiekopomnych dzieł, dokonywanie efektownych odkryć, wspaniałych wynalazków. Wystarczy, że rzeczywistość wokół nas uczynimy nieco lepszą. I to już jest wielkie osiągnięcie.

Czesław Karkowski