Jak wszystko, co wyszło spod pióra Soerena Kierkegaarda, jego „Bojaźń i drżenie” jest dziełem po prostu genialnym. Dlaczego więc omawiam tę, a nie inną pracę tego autora? Jak zwykle, wybór jest dość przypadkowy, decydują osobiste sympatie i losowy wybór książki z półki.

Wątkiem przewodnim rozprawy duńskiego myśliciela, jest przedstawienie sytuacji biblijnego Abrahama, któremu Bóg nakazuje poświęcenie syna, Izaaka. Ma udać się na górę Moria, by tym dokonać straszliwej ofiary dla Jahwe.

Moralność ogółu a jednostka
Kierkegaard, który w jednakim stopniu był wielkim myślicielem, co znakomitym literatem, sugestywnie opisuje krańcową samotność Abrahama. Nie może on nawet powiedzieć najbliższym, żonie i synowi, po co rusza w długą drogę. W przejmujący sposób przedstawia podróż Abrahama w całkowitym milczeniu, aż trzeciego dnia ujrzał na horyzoncie górę, ku której zmierzał. Powiedział tylko jedno zdanie, o reszcie nie może mówić.

Kierkegaard był myślicielem głęboko religijnym i sprawy wiary – na swój sposób rozumianej – poruszały go najsilniej. Biblijna podróż Abrahama z Izaakiem stanowi dlań swoisty punkt wyjścia dla refleksji filozoficznej: literacka narracja przeplatana namysłem nad przedmiotem swej refleksji, daje znakomity efekt: świetna, porywająca lektura i zarazem oryginalna dociekliwość intelektualna.

Jaka jest sytuacja Abrahama? Jeśli spełni boski rozkaz, to w oczach ludzi jawi się jako szaleniec, morderca; jeśli go nie spełni, wprawdzie okaże się dla ludzi całkiem rozsądnym osobnikiem, ale dla siebie samego – człowiekiem małej wiary, zgoła bezbożnym.

Ogólne normy mają moc zniewalającą. Jeśli tkwić będzie w etycznym wymiarze społecznych przekonań, tj. dyktowanych generalnymi nakazami i zakazami, w rodzaju: nie zabijaj (swoich dzieci), przywódca musi dochować wierności sprawie, itd., dopóty pozostanie bohaterem tragicznym – powiedzmy jak Agamemnon, dowódca sprzymierzonych wojsk, które mają wyruszyć na Troję. By jednak w ogóle cała ekspedycja mogła dojść do skutku, Agamemnon musi poświęcić życie córki, Ifigenii, dla dobra całości wyprawy. Wybiera między dwiema wartościami ogólnymi, każdy wybór jest zły, i to stawia go w sytuacji tragicznie wielkiego przegranego, cokolwiek nie zrobi. Ale położenie Abrahama jest radykalnie inne.

Rycerz wiary, jak nazywa postać w rodzaju Abrahama, musi przekroczyć wymiar etyczny, czyli sferę społecznej racjonalności i przezeń dyktowanej moralności. „Powyżej” tego pułapu znajduje się już dziedzina absurdu. Czyli w tym wypadku – ryzyko wiary. Nie ma pewności, czy to faktycznie Bóg tego od niego żąda, czy Jahwe w ogóle istnieje, i czy on „mówi poważnie”. Abraham podejmuje ryzyko wiary, rzuca się w sferę, gdzie już etyka (społeczna) nie obowiązuje. W grę wchodzi tylko indywidualna sytuacja Abrahama i jego ewentualnego, jednostronnego porozumienia z Bogiem; „ewentualnego”, bo w ogóle nie ma pewności, czy to, co robi, ma jakiś sens. To jest właśnie sytuacja wybitnie absurdalna. Abraham ma poczucie tego absurdu i dlatego nie może mówić. Skoro zaczyna mówić, wyraża swą sytuację w kategoriach rozumowych, czyli etycznych; bo tylko te są możliwe do pojęcia dla otoczenia. Musi więc milczeć, bo tego, co robi, nie da się wyrazić.

Emigrant jako postać „absurdalna”
Czy powinniśmy interesować się sytuacją Abrahama? Ależ jak najbardziej. Emigranci są jak Abraham, nie tylko w ujęciu Kierkegaarda. Także wybitny teolog, Paul Tillich, posłużył się opowieścią o biblijnej postaci jako metaforą emigranta, człowieka, który opuszcza własny kraj, by dążyć do swego przeznaczenia w obcej ziemi.

Przy swoistej interpretacji opowieści Kierkegaarda (próbuję to robić bardzo szkicowo w mojej książce o emigracji), jesteśmy emigrantami ze sfery racjonalności i dziedziny powszechnie przyjętych norm etycznych. Emigracja jest swoistym absurdem. Gdybyśmy wiedzieli, co nas czeka za granicą, większość z nas, wszyscy, nie zaryzykowaliby wyjazdu. Właśnie specyficzny absurd tego wyjściowego położenia, spowodowanego przekroczeniem etyki, czyli właśnie postanowienia, że wbrew wszystkiemu i wszystkim, ogólnej wiedzy potocznej, mniemaniom i „lepszej wiedzy” otoczenia zdecydowaliśmy się na wyjazd za granicę, nadawało ów charakterystyczny, egzystencjalny wymiar początkowemu postanowieniu. To ryzyko wiary – w siebie przede wszystkim, w Zachód, w porządek świata.

Czas przeszły powyższych zdań jest zamierzony. Obecnie sytuacja wyjeżdżającego jest inna.

Nie jesteśmy „bohaterami tragicznymi”, ani tym bardziej nie „rycerzami wiary” (jak Abraham), więc ciężkie sytuacje moralne do nas się nie stosują. Ale (wciąż przy mojej interpretacji) jak biblijny Abraham wkroczyliśmy w sferę „ja i świat”, czyli wyłącznie moja, indywidualna i całkowicie osobista decyzja, której sensu w ogóle nie jesteśmy pewni, przeciw racjonalnej moralności świata.

Na czym polega mechanizm owego absurdu. Gdyby przyszły emigrant chciał sądzić siebie na podstawie skutków swych poczynań, nigdy działania by nie rozpoczął. Ale przecież nie zna skutków, toteż staje się bohaterem, gdy zaledwie zaczyna: jak mu się powiedzie to, co przedsięwziął, ludzie okrzykną, że świetnie sobie poradził: jest zdolny, dzielny, „udało mu się”. Jeśli nie – to go wyszydzą, bo sądzą go po skutkach. A nie mówiliśmy, powiadają.

„Wspólnota docentów”
Ci, którzy takie sądy wygłaszają, należą do gromady, którą Kierkegaard nazywa pogardliwie „wspólnotą docentów” (według zgrabnego określenia tłumacza, Jarosława Iwaszkiewicza). Ludzie ci przekonani o swoich racjach wynikających z ich własnej egzystencji, mają pozycję społeczną, jasne poglądy w dobrze zorganizowanej klasie mieszczańskiej. Oddzieleni są od szarpaniny bytu, nie boją się, co powiedzą o nich media. Mają z góry gotową odpowiedź etyczną, czyli taką, która odpowiada przekonaniom większości, albo przynajmniej sporej części społeczeństwa. Brzmią rozsądnie, w miarę uczenie, zionie od nich autorytetem etycznych oznajmień. Ich codziennością jest sądzenie innych ludzi, oczywiście na podstawie własnej, czyli przyjętej w grupie, moralności. Ich stosunek do nas jest osobliwą mieszaniną arogancji i małości; arogancji, ponieważ uważają się za powołanych do sądzenia, zaś małości, ponieważ można wyczuć, że ich życie nie ma nic wspólnego z ryzykiem podejmowanym przez emigranta. Pewnych siebie, zadufanych, bezkrytycznych wobec świata i wobec siebie.

Trzeba zaryzykować wpierw, by potem ewentualnie cieszyć się indywidualnym powodzeniem. Ale ryzyko w warunkach pewności nie jest żadnym ryzykiem. To oczywista, sprawdzona, utarta ścieżka. W tej dziedzinie operuje „wspólnota docentów”. Działanie w warunkach ryzyka jest dla nich nie do pojęcia – nie racjonalne, także niemoralne. Natomiast tego właśnie rodzaju postępowanie jest żywiołem emigranta. Dla niego etyka, to całkowita wiara w siebie, podczas gdy we „wspólnocie docentów” obowiązuje tylko wiara w normy w danej grupie zaakceptowane. Panuje zasada, aby stawiać jedynie na to, co wszyscy uznają za słuszne, trafne, wartościowe. Żadnego ryzyka, żadnej niepewności. „Docenci” wiedzą doskonale, że skutek przychodzi na końcu i po czynach sądzić ich będą. Wtedy są mądrzy, uczeni, trafni w sądach moralnych. Broń Boże myśleć o początkach działania w warunkach ryzyka, podejmowanej decyzji, wahań, rozterek, niepewności, lęków, itd.

Emigrant, powiedziałby Kierkegaard, to nie tylko ktoś, kto opuszcza swój kraj i wyjeżdża za granicę, by tam mieszkać i pracować. To przede wszystkim ten, kto emigruje ze sfery ogólności, czyli wspomnianej wyżej dziedziny pewności i wstępuje w strefę ryzyka. I na dobrą sprawę nigdy jej nie opuszcza, jeśli pozostaje za granicą.

Czytelnik „Bojaźni i drżenia” żachnie się na moją prezentację. Wziąłem z tego dzieła zaledwie parę stron, pozostawiając na boku rozważania duńskiego filozofa nad sytuacją Abrahama z jego „ryzykiem wiary”, trwogą w obliczu Boga, bojaźnią i drżeniem długiego zdążania do celu wędrówki. Ale to już jest dziedzina indywidualnych przemyśleń czytelnika w konfrontacji z dziełem Kierkegaarda.

Czesław Karkowski