Emigrant, jak ja, z natury rzeczy coraz bardziej interesuje się problematyką emigracyjną w miarę przedłużającego się pobytu za granicą. Co innych, wcześniejszych ode mnie, gnało w świat, czego szukali, jak sobie radzili, co odnaleźli na emigracji, a czego nie?

Jedną z ciekawszych zjawisk tego typu jest emigracja amerykańska: jej przedstawiciele ani nie wyjeżdżali w poszukiwaniu pracy – tej było na miejscu pod dostatkiem; ani nie wyganiała ich polityczna opresja – wolność to w końcu podstawowa cecha Ameryki.
Tych, którzy stąd wyjeżdżali gnała w świat ciekawość. Wypędzała z kraju nuda, merkantylizm, płaski pragmatyzm przenikający wszystkie sfery życia; ciągnęła do Europy: do Anglii, do Francji, do Włoch (trafiali nawet do Polski) – tradycja wielowiekowej kultury, poszanowanie dla sztuki, literatury, swobodnego intelektu nie zaprzężonego do biznesu – handlu, albo produkcji.

Amerykańscy emigranci
Zjawisko masowych wręcz wyjazdów młodych intelektualistów amerykańskich miało miejsce od początku XX wieku. Jednym z pierwszych, który pełen niechęci do własnego kraju, opuszczał (na zawsze, jak się później okazało) Stany Zjednoczone, był początkujący poeta Ezra Pound – później jeden z największych nowatorów w literaturze anglojęzycznej. I wkrótce ruszyła lawina emigrantów z USA. Na dobrą sprawę, pisze Malcolm Cowley w „Exile’s return”, nie było w tamtych latach młodego intelektualisty amerykańskiego z jakimiś ambicjami, który nie podróżował do Europy.

Jedni wyjeżdżali na stałe – jak wspomniany Pound, czy Thomas Eliot, wcześniej Henry James. Większość jednak – zaledwie czasowo, jak Ernest Hemingway, Robert Frost, czy Henry Miller. Tę całą ogromną liczbę Amerykanów w Europie tamtych lat nazwano łącznie „straconym pokoleniem”. Określenie wymyślił Hemingway, choć on sam przypisał je Gertrudzie Stein, Amerykance rezydującej w Paryżu.

Dlaczego tak ich nazwano? Ci młodzi wówczas ludzie byli w podwójnym sensie straceni: po pierwsze, przez wyjazd zagubili się w świecie: nie całkiem wrośli w nowe środowisko (przypadek Eliota był wyjątkiem od reguły), trudno im było odnaleźć się później po powrocie w amerykańskiej rzeczywistości, w której dorastała już kolejna generacja. Ludzi tej swoistej luki pokoleniowej uznano za straconych dla rodzimego społeczeństwa.

Po drugie, byli „straceni” dla amerykańskiej sztuki i nauki, bo nieobecni w latach, powiedzmy 1910-1930 i dłużej. Co oczywiście nie było prawdą, bo – choć z dala – uczestniczyli czynnie w amerykańskiej kulturze; Pound dokonał w tym czasie kilku rewolucji w poezji amerykańskiej, która – na dobrą sprawę – do dziś nie może się wyzwolić spod jego wpływu; Eliot stał się instytucją sam w sobie. Pisarze jak Hemingway, Scott Fitzgerald, także Henry Miller (choć to słaby autor) kształtowali nową prozę, nową obyczajowość.

Do Europy i z powrotem
O „straconym pokoleniu” traktuje wspomniana książka Cowley’a „Exile’s return”. Młodzi Amerykanie wyjeżdżali, jak on sam, bo w ich odczuciu Stany Zjednoczone były pustynią kulturalną. Chcieli intelektualnej inspiracji, artystycznego rozmachu, nowości, awangardowej myśli, inwencji twórczej. Wtedy literatura amerykańska była w Europie (i na świecie) nieznana, uważana za tradycyjną, „zacofaną”. Kiedy w latach trzydziestych nastąpił powrót „straconego pokolenia” do kraju, zastali Amerykę odmienioną pod tym względem: jej literatura nabrała rozmachu, zaczęto jej nauczać na uniwersytetach, wkrótce posypały się „noble” dla twórców tego kraju.

Malcolm Cowley pisze o ich rozczarowaniu Ameryką. Następnie wraz z upływem lat – rozczarowaniu Europą zachodnią, która zaczęła się pospiesznie amerykanizować. A od tego przecież uciekali za granicę. Wracali do domów, ale nie mogli już znaleźć sobie miejsca, zaszywali się gdzieś na prowincji, jak Robert Frost na wsi, albo jak Hemingway – na Kubie.

Polskie wyjazdy
Czytając książkę o „straconym pokoleniu” nie mogłem nie myśleć o polskiej emigracji moich czasów i późniejszej, już po upadku PRL-u. Czy w czymkolwiek byliśmy i jesteśmy podobni do emigrantów amerykańskich? Wyganiała nas bieda, zacofanie PRL-u, brak perspektyw, ciekawość świata. Trochę podobnie, ale niestety te masowe wyjazdy nie przełożyły się na twórczy ferment, który zaowocowałby wybitniejszymi osiągnięciami. Właściwie „nasza emigracja”, choć najliczniejsza z kolejnych fal uchodźczych z Polski najmniej dokonała w dziedzinie sztuki i literatury (naukę zostawiam osobno, bo to specyficzna dziedzina). Dlaczego?

Jest to najbardziej ekonomiczna z emigracji – nie za chlebem, podstawą życia, nie z powodów ideologicznych, ale z oportunizmu. Wyjazd za komfortem życiowym, pogoń za mirażem dobrobytu, złudą amerykańskiego (zachodniego) luksusu. „Stracone pokolenie” chciało poszerzenia horyzontów, my w konsekwencji – zacieśnienia ich. Tak naprawdę Zachód nie interesował nas, jego oferta intelektualna została wyszydzona i odrzucona; oczekiwana konsumpcja okazała się mało atrakcyjna. Pozostała codzienna egzystencja.

„Stracone pokolenie” wiedziało, po co emigruje i potrafiło ten swój wyjazd do Europy przełożyć na intelektualny sukces dziesiątków twórców. Polska powojenna emigracja też wiedziała, dlaczego zostaje na Zachodzie. Przegrali wojnę, ale postanowili kontynuować walkę o Polskę wolną i demokratyczną. Artyści, uczeni, politycy pracowali dla siebie i dla kraju. Dało to znakomite efekty.

I my też wiedzieliśmy, po co wyjeżdżamy – po materialny „sukces”. I też zasadniczo się udało, ale pozostała miałkość intelektualna, atrofia wyobraźni, brak dokonań twórczych. Jak czytam nieliczne utwory literackie powstałe na emigracji, ogarnia mnie smutek. Ani intelektualnej głębi, refleksji nad czymkolwiek, co mogłoby odbiorców poruszyć, ani twórczych poszukiwań w strukturze dzieła, w języku. W poezji jest lepiej niż w prozie, miałkiej myślowo, artystycznie wtórnej. W sztukach plastycznych jest lepiej niż w literaturze.

Wielka Emigracja nadała ton wrażliwości całemu społeczeństwu polskiemu; emigracja po 1945 roku była natchnieniem intelektualnym i artystycznym dla PRL-u; ci, którzy wyjechali z Polski od czasów „Solidarności” po dziś dzień nie pokazali niczego wielkiego. Od dziesięcioleci mieliśmy bezpośredni kontakt z awangardą artystyczną i intelektualną Europy i Ameryki. Zachód nie okazał się dla nas twórczy, inspirujący, bo też i nie tego szukaliśmy. Nie wykorzystaliśmy szansy, zajęliśmy się urządzaniem życia, obrastaniem w rzeczy, konsumpcją.

Faktem jest, że w Polsce także zapanował marazm i czołobitność wobec bezkrytycznie powielanego Zachodu. Jak najmniej własnej inwencji, jak najwięcej importowanego produktu do skonsumowania. Może to taka kolej rzeczy. W potężniejącym nurcie indywidualnego równania w dół ani nie bolą nas sprawy narodowe, ani kwestie społeczne, ani nawet nie próbujemy wysiłku intelektualnego/artystycznego, aby wnieść własny, niepowtarzalny głos w dokonania krajowe, światowe. Ja, mnie i moje – to najważniejsze.

Także i w kraju nie odnotowano naszego wyjazdu, braku tej paru milionowej rzeszy Polaków mieszkających i pracujących za granicą. Nikt nie zauważa, bo nikogo to nie interesuje; ja, mnie i moje… Konsumować, konsumować…

Wyostrzam problem – zdaję sobie z tego sprawę, ale chcę postawić rzecz radykalnie. Doskonale również wiem – nastąpiły ogromne przemiany w kulturze. Prawdopodobnie literatura w tradycyjnym sensie straciła i traci na znaczeniu, rośnie znaczenie obrazu. Może faktycznie nie warto już angażować się w twórczość pisarską; dziś to margines kultury. Ale tekst pisany jako nośnik myśli pozostanie, choć może nie na długo. I tego właśnie – myśli – na emigracji zabrakło w takiej czy innej formie.

Czesław Karkowski