Środa rano
Za tydzień powinniśmy już wiedzieć, kto będzie nam prezydentem USA przez kolejne lata. Nie piszę przez kolejne cztery lata, bo czy Trump czy Clinton, każde z nich jest tak kontrowersyjne i omotane różnego rodzaju skandalami, że dotrwanie do końca kadencji może być problemem.
Sondaże znów się niemal zrównały, choć wciąż ze wskazaniem na kandydatkę Partii Demokratycznej. Ale pamiętajmy, że zawsze gdy Trump zrównywał się w sondażach z Clinton, kandydat republikanów dawał się sprowokować do słownych potyczek bez sensu. Tuż po konwencji demokratów tracił cenny, polityczny czas na słowną nawalankę z muzułmańskimi rodzicami amerykańskiego kapitana US Army, który poległ na polu chwały. Później wdał się z dysputę z byłą miss oraz innymi kobietami, które nagle – niespodzianka, niespodzianka – po kilkunastu latach od zdarzenia przypomniały sobie, że były napastowane przez miliardera. Zresztą sam kandydat niemal każdego dnia i nocy „rozprawiał” się z prawdziwymi i wyimaginowanymi wrogami własnoręcznie wysyłając w świat – często brutalne i ostre wiadomości na medium społecznościowym Twitter. Na tym tle, nudnawa, mówiąca niczym zaprogramowany robot Hillary Clinton prezentowała się jako oaza spokoju, stabilności i równowagi.

Chyba najlepszy komentarz pochodzi od Peggy Noonan, kiedyś piszącej przemówienia prezydentowi Reaganowi, od wielu lat cenionej publicystki „The Wall Street Journal”. Właściwie już tytuł i podtytuł ostatniego komentarza mówią wszystko: „Wyobraźcie sobie Donalda Trumpa o zdrowych zmysłach. Wiemy, że jest świrem. Co by było, gdyby nim nie był?” I dalej argumenty, przyjmowane przez wielu sfrustrowanych wyborców Partii Republikańskiej, którzy nie mogą uwierzyć, że za sprawą tak słabego kandydata własnej partii, do Białego Domu może się wprowadzić osoba będąca uosobieniem „status quo” obowiązującego w Waszyngtonie od czasu zakończenia Zimnej Wojny, a więc już prawie trzydzieści lat. Trump doskonale wyczuł nastroje wyborczej bazy Partii Republikańskiej, której liderzy przed wyborami są niemal zawsze wojowniczy i „żądają krwi” w Waszyngtonie, aby po zdobyciu mandatów i stanowisk kontynuować wszystko tak, jak było od lat. A więc status quo. Jakie to „grzechy” Partii Republikańskiej? Noonan wymienia jednym tchem: „Liderzy partii w mniejszym lub większym stopniu akceptują politykę otwartych granic i lubią wielkie porozumienia handlowe. Połowa ich wyborców tego nie akceptuje! Długoletnia doktryna Partii Republikańskiej nakazywała cięcia wydatków socjalnych. Połowa wyborczej bazy tego nie chce, przynajmniej nie teraz! Liderzy partii republikańskiej intuicyjnie kierują się w polityce zagranicznej asertywnymi impulsami. Gdy Trump beształ George’a W. Busha i jego politykę „budowania nowych/tworzenia państw”, gdy mówił, że przeciwstawiał się inwazji na Irak, tłumy biorąc jego słowa za prawdziwe, wiwatowały. Mówią, że Trump zadeklarował, że nie chciał napadać na świat ani go nie zapraszał. Nie tylko połowa bazy wyborczej wiwatowała, ale przynajmniej połowa pozostałej połowy dołączyła, gdy sezon prawyborów się skończył” napisała Noonan. I dalej, wyobrażała sobie, że Trump wykazałby się zdolnościami Ronalda Reagana, który przy pomocy uroku osobistego, pozyskiwałby tych republikanów, z którymi się nie zgadzał. Tworzyłby nową, szerszą platformę, zamiast „obrażać ludzi, starać się ich umniejszyć, prowokować burze na Twitterze przeciwko nim”. Słowem co by było wtedy, gdyby istniał „Trump o zdrowych zmysłach”? I sama sobie odpowiada: „O mój Boże, Trump o zdrowych zmysłach wygrałby zdecydowanie” z kandydatką, która jest uosobieniem – jak sama napisała niedawno „dekadenckiej klasy przywódczej Ameryki”.

Trzeba przyznać, że w ostatnich dniach kampanii Trump to wzór dyscypliny: mówi głównie o rzeczach związanych z portfelem zwykłego Amerykanina plus „wysuszę bagno korupcji” w Waszyngtonie. Dla Hillary Clinton to… niezbyt dobra wiadomość, bo przydałby się właśnie teraz „skandalista Donald TrumP” aby przykryć choćby niepomyślne infiormacje o tym, że Federalne Biuro Śledcze (FBI) wznowiło śledztwo w sprawie korzystania przez nią z prywatnych serwerów do wysyłania pocztą mejlową, gdy pełniła funkcję sekretarz stanu USA. To tylko przypomniało wszystkie grzechy państwa Clintonów – skupioną na sobie, kochającą sekrety, niezwykle wzbogaconą przez ostatnie lata „super parę” z jądra Królestwa Status Quo. Jeden z sondaży już pokazuje, że osiem procent Amerykanów więcej ma zaufanie do Trumpa, niż pani Hillary. Słowem zapowiada się arcyciekawy finisz wyścigu o prezydenturę, o którego wynikach mam nadzieję napiszę coś na tej kolumnie za tydzień.

Czwartek
Warto czytać ciekawe pisma w internecie (jak lansowana przeze mnie www.NowaKonfederacja.pl) albo coś takiego jak „Teologia Polityczna Co Tydzień”, dodatek elektroniczny prowadzony przez redaktorów zacnego pisma, dzisiaj już chyba rocznika w papierze. W tym tygodniu rozważania „Na co nam Uniwersytet?”

O czym gadają, mocium Panie? Najlepiej ilustruje to wstęp Marcina Darmasa: „Mamiony opowieściami rodziców postanowiłem jechać: „Tam mają tradycję, mają klimat, to miasto wprost stworzono do studiów”. Kierunek: Kraków. Alma mater: Uniwersytet Jagielloński. Imponujące Collegium Maius. Studentki polonistyki w kwiecistych sukienkach na ul. Gołębiej. Instytut Socjologii w dawnym szpitalu dla obłąkanych. Z indeksem w ręku lewitowałem kilka centymetrów nad krakowskim brukiem. Przeczytałem od deski do deski ‘Historię myśli socjologicznej” zmarłego w zeszłym tygodniu Jerzego Szackiego przy kontuarze ‘kolorów” przy placu Nowym, oczywiście – na Kaziku. W knajpach zmienialiśmy świat w oparach papierosów i przy piwie, układaliśmy gazetę o wymownej nazwie „Pietkiewicz”, gadaliśmy o poezji i o tym, czy warto sobie zaprzątać głowy istnieniem transcendencji czy też wcale.

Jakież było moje zdziwienie, gdy odwiedzałem przyjaciela, który studiował dziennie prawo na stołecznym uniwersytecie: Tu jest masówka, tu nikt na nikogo nie patrzy, nie daje ściągać, fałszują nawet pożyczone notatki, łajdaki jedne, żeby wybijać konkurencję na roku. Miałem szczęście. Odnalazłem Mistrzów, którzy nie mówili, co robić, nigdy belfersko nie pouczali, ale raczej pokazywali wzór do naśladowania. Nigdy nie zostałbym na uniwersytecie, gdyby nie oni.”

To obrazek z polskiego szkolnictwa wyższego z jego bolączką główną: taśmową produkcją dyplomów wyższych uczelni, które dają coraz mniej, zwłaszcza na rynku pracy. Ale to nie tylko problem Polski – przez amerykańskie uniwersytety przelewa się fala lewackiego skretynienia, gdzie zamiast nauki krytycznego i twórczego myślenia, wychowuje się kolejne pokolenia maminsynków nauczonych jak wyciskać kabzę w imię rzekomych niesprawiedliwości, prześladowań i harasmentów. Żeby nie zakłócić niezwykle kruchej emocjonalności obecnych studentów, tworzy się nawet specjalne strefy wrażliwości pozbawione poglądów i przekonań obcych… Uniwersytet, psia mać.