Paryż wart jest nie tylko mszy, ale i grzechu, grzeszę zatem, a jakże, i to nie sam… Pomykam po tym mieście jak po Warszawie. Oczywiście po dawnym Paryżu i po dawnej Warszawie, bo i tu, i tam nowych dzielnic nie znam, jeśli nie liczyć paryskiej La Defense. Jakoś mnie do nich nie ciągnie, acz doceniam niekiedy szaleństwa nowej architektury. Ten dawny Paryż zupełnie mi wystarcza. Mogę szwendać się po nim bez końca, po miejscach już znanych i dopiero co poznawanych. A jest ich tak wiele, tak wiele… I jak zawsze, zaczynam od miejsc pocztówkowych, by przejść potem do miejsc polubionych w przeszłości a później do wędrowania po rejonach nieznanych. Za każdym pobytem zapuszczam się gdzie indziej.
Przy Łuku Triumfalnym wita mnie rzęsisty deszcz, po prostu ulewa. To zapewne za karę, że nie było tu mnie aż pięć lat. Ulewa ulewą, ale z dumą patrzę na nazwisko Dąbrowski dwukrotnie wyryte na Grobie Nieznanego Żołnierza. Chodzi oczywiście nie o moją rodzinę, tylko o generałów Jana Henryka i Jarosława. Duma, bo to moi rodacy. Nasi rodacy. Jest wśród nich także generał Józef Zajączek wyryty na tymże Grobie jako Zavonczek. Francuzi często przekręcali nasze nazwiska, snadź są dla nich za trudne. Ale i ich nazwiska nam także nastręczają trudności. Sam Łuk Triumfalny i umieszczony pod nim ów Grób Nieznanego Żołnierza sprawiają wrażenie takie, jak trzeba – pobudzają nuty patriotyczne i budzą dumę narodową nawet w młodych ludziach. Widuję ich tu skupionych a nawet wzruszonych.

Na Polach Elizejskich leje jak z cebra. Mimo to przelewają się po nich tłumy turystów z całego świata, po prostu tłumy. Nasza 5 Aleja na Manhattanie to po prostu małe piwo przy tychże Polach. Oświetlone dziesiątkami tysięcy żarówek wyglądają jak droga do wielkiej szczęśliwości. Szkoda jednak, że sprowadzona jest ona do wszechogarniającego konsumpcjonizmu. Do luksusowych salonów mody, urody i samochodów nie wchodzę, bo to nie mój świat, zaglądam jednak do Kabaretu Lido. A tam tancerze ćwiczą zakładanie lewej stopy za prawe ucho i rozkroki w powietrzu w kankanie, tancerki zaś szpagaty i tańce na żyrandolach. Wszystkie są bardzo wysokie, niektóre bardzo ładne, no i ta półnagość, albo nagość prawie, że całkowita. Owszem, nie trudno wpaść w oszołomienie…

Taniec jest tematem dyżurnym podczas mojego obecnego pobytu w Paryżu, goszczę bowiem u znakomitej tancerki charakterystycznej Isabelle Herouard i zarazem nauczycielki tegoż tańca w Balecie Opery Paryskiej. Wraz z moimi polskim przyjaciółmi, równie znakomitym tancerzami – Zofią i Janem Czechlewskimi zjechaliśmy do Paryża, by świętować okrągłe urodziny Isabelle. Zaczęliśmy w środę a skończymy w sobotę. Szampan, świetne wina, wyszukane kulinaria, wesołe rozmowy są codziennością. Solenizantka tryska dowcipem, olśniewa iście paryską lekkością, elegancją i wdziękiem, fascynuje opowieściami o przygodach z tańcem. W swoim ciele ma od dawna wszystkie tańce francuskie i… polskie. Ba, uczy tychże polskich tańców nawet w Tokio. Miłość do nich, podobnie jak i do zespołów „Mazowsze” i „Śląsk” wykształciła w Isabelle polską duszę. Wprawdzie jest rodowitą paryżanką, ale kocha również Warszawę, którą uważa ze swoje drugie miasto. W jej bibliotece natykam się m.in. na „Złotą księgę pieśni polskich”. Od rana nuci nasze piosenki ludowe a wieczorami gra na akordeonie i pokazuje kroki tańców, o które proszę, nie wyłączając bretońskich, normandzkich i gaskońskich. Jeśli dodać do tego smak gaskońskiego wina, dopełniany radosnym śmiechem, będziemy mieli miarę szczęśliwości, jakiej zaznaję w dawnej stolicy świata. Z Zosią i Jankiem łączą mnie stosunki niemal rodzinne za sprawą ich syna Adama, zjawiskowego solisty z zespołu „Mazowsze”, z którym połączyła mnie przyjaźń wyrosła na gruncie jego sztuki. Mimo, iż taniec fascynuje mnie od dzieciństwa, wciąż jest dla mnie nieodgadnioną tajemnicą i to już od jego praźródeł. Lubię słuchać opowiadań tancerzy, bo mówią nie tylko słowami, ale i całymi sobą. Wystarczy jeden ruch, czy gest, by zobaczyć postać, o której mówią. W lot chwytają to, co w niej osobliwe a czasem i komiczne.

Mieszkanie Isabelle położone jest wśród mansard XVII Dzielnicy, które kojarzą mi się z różnymi obrazami, filmami i powieściami, m.in. „Cyganerią” Murgera, na podstawie której powstała słynna opera. Skoro o operze mowa, muszę odnotować, że dzięki Isabelle byłem ponownie w dawnej Operze Paryskiej zwanej Pałacem Garniera na wieczorze baletowym ułożonym wedle kompozycji George’a Balanchine’a. Przedtem widziałem tu m.in. „Święto wiosny”, „Sylwię” i „Prousta”. Wizyta w tym arcydziele budownictwa teatralnego zawsze jest dla mnie wielkim przeżyciem. W określeniu „arcydzieło” nie ma cienia przesady, albowiem dawna Opera Paryska jest arcydziełem totalnym, wliczając weń proporcje, kąt nachylenia sceny w stosunku do widowni, ozdoby, rzeźby, plafon Chagalla, przytulność lóż, piękno żyrandoli, przestrzenne westybule, słynne schody, wejście dla cesarza, fontannę w podziemiach i tamtejsze podziemne zakamarki z jeziorkiem, znanym nam dobrze m.in. z „Upiora w operze”. No i ta słynna kurtyna! Już to wielki obraz, już to udrapowana specjalnie tkanina, wzorowana na kurtynach z teatru Ludwika XV. Cudo! Mam monografię poświęconą tejże kurtynie i całemu teatrowi i strzegę jej jak w oka w głowie, bo niejeden teatroman chciał ją ode mnie wypożyczyć lub odkupić za duże pieniądze. Mało kto wie, że budowę tejże Opery wedle projektu Charlesa Garniera nadzorował z ramienia francuskiego rządu Aleksander Walewski, syn Napoleona i Marii Walewskiej. Z programu balanchinowskiego najbardziej podobała mi się subtelna „Sonatina” do muzyki Ravela i dynamiczny układ do Koncertu Skrzypcowego Igora Strawińskiego. Tancerze francuscy, nierzadko piękni jak modele i modelki, osiągają szczyty techniki, wykazując jednocześnie maksymalne powściągnięcie emocji. Tak maksymalne, że często sprawiają wrażenie chłodnych i li tylko wyrozumowanych. Mogłem się o tym przekonań już po raz któryś z rzędu. Podobnie jest z francuskim aktorami i reżyserami dramatu, oni również emocje ujawniają tylko w sytuacjach bardzo szczególnych. No cóż, są po prostu chłodniejsi od nas, żeby nie powiedzieć – zimni. Ale oczywiście nie można generalizować. Widywałem wielkich aktorów francuskich, których powściągliwość emocjonalna wzruszała mnie bez reszty. Widuję na cmentarzach francuskich mężczyzn tak „sucho” zrozpaczonych nad grobami żon, że serce się kraje.

Wśród grobów odwiedzonych wraz z Zosią i Jankiem na Cmentarzu Montmartre zaszedłem tradycyjnie na grób Wacława Niżyńskiego, legendarnego tancerza, który był Polakiem, o czym mało kto pamięta. Zajrzeliśmy również do Offenbacha („raz ciach, ciach, Offenbach, Offenbach”), Stendhala, Zoli, Dalidy. Na niektórych mogiłach są rzeźby nagich mężczyzn. Całkiem realistycznych, ze wszystkimi akcesoriami. Nie pojąłem ich znaczenia. Może następnym razem. Rzeźby same w sobie są świetne. Tradycyjnie też zaszedłem do naszego Jula Beautifula. Jest to już grób symboliczny, bo Drugi Wieszcz w 1926 roku został przeniesiony na Wawel. Odczuwam mus przychodzenia tu taki sam jak na grób Chopina. Silny mus, wielki mus. Nieodparty. Snadź romantyzm nie wyparował ze mnie do reszty…