To piękne światło, ale chore światło. Niebo ciemne i groźne, niżej jaskrawo i jasno. Na niebie apokalipsa. Niżej zwyczajny czwartek. Chleb, papierosy, profil w oknie tramwaju. To piękne światło, ale chore światło. Idę, spod stóp ucieka mi miasto1. Czytam Świetlickiego. W drodze do pracy. W deszczowy czwartek. Jadąc metrem linii M. Spod stóp ucieka Queens i Brooklyn. Odbijam się w oknie kolejki. I wszystko się zgadza. Oprócz papierosów. Światła samochodów ślizgają się po mokrym asfalcie. Nad rzeką piętrzy się ołowianie i złowrogo. A ja uśmiecham się do poety, który – jak to ma w zwyczaju – złośliwie i dowcipnie komentuje rzeczywistość. Ironicznie trawestując („dobra zmiana” / „drobna zmiana”), szydząc z rządzących („Gowin sam w domu”), podkreślając swoją niezależność, osobność. „Wojna cwanych z cwanymi, która wywołuje wojnę głupich z głupimi. Wcześniej trwała w ukryciu, teraz toczy się jawnie. Nie potrzebuję haseł i zgromadzeń. Maszeruję po suficie. Jestem jeden, łatwo mnie policzyć”2. Lektury wystarczy na kilkanaście przystanków. A potem „czytam maile, ale nie odpowiadam, tylko za siebie, tu”. 3

*

„Nie jestem twórcą płodnym czy raczej rozpłodowym. Długo szukam, zanim czymś się podzielę. Jestem zupełnie pozbawiona agresywnej ambicji twórczej”- mówi Bronka Nowicka, której tom prozy poetyckiej „Nakarmić kamień” otrzymał tegoroczną nagrodę Nike. Podobnie jak z Noblem dla Dylana, werdykt podzielił środowisko i publiczność. Pisano, że decyzja „dziwaczna” i „nietrafiona”, autorka nieznana (nagrodzona książka to debiut prozatorski artystki), trudna forma. Czytam rozmowę z Nowicką. Fragmenty utworu, zdania – jak napisze recenzentka – podszyte wyobraźnią charakterystyczną dla poezji: „Postanawiam, że nigdy nie będę kobietą. Jeśli nawet wyrżną mi się piersi – z czasem wylecą, jak mleczne zęby”- pisze. Albo: „Pewnego dnia ojciec znalazł ręce […] Po kilku dniach bycia na miejscu ręce jadły, piły i pstrykały palcami. Za jakiś czas zachciało im się bić. Wtedy ojciec pokazał im mnie”. I już wiem, że muszę. Teraz, zaraz. Więc korzystając z postępu technologicznego, kupuję wersję cyfrową i za kilka minut czytam pierwsze zdanie: „Smutek mnie uczy, że służę do życia”. Czterdzieści miniaturowych próz składa się na przygnębiającą i nieskończenie piękną opowieść o wyobcowaniu, trudnym dzieciństwie, lęku, samotności.

„– Czy nie wiesz, gdzie są martwe ptaki? – zapytało dziecko kamień, bo nikt, kogo pytało wcześniej, nie wiedział. Nie grzebie się ich i nie grzebią się same, więc powinny leżeć na ziemi. A że jest ich dużo jak ludzi, powinny leżeć jeden obok drugiego. Jeśli nie jeden na drugim. Nie tylko pod drzewami, ale też na chodnikach i ulicach, bo ptaki na pewno potrafią umrzeć w locie, skoro ludzie mogą robić to, idąc. Nie jest to coś, do czego koniecznie trzeba się zatrzymać.

– Więc gdzie? – spytało dziecko, bo w całym ogrodzie nie było ani jednego ciała, z którego wyprowadził się ptak. Było tylko pióro. Dziecko dotknęło się nim i pomyślało, że wszystkie ptaki, które umarły w powietrzu, nie spadły. Zrobiły się lżejsze o siebie i zawisły. Dlatego może zdarzyć się grad bębniący o dachy wróblami albo czarny deszcz, który wypłucze z góry wszystkie wrony. Albo taka zima, że trzeba będzie odśnieżać gołębie. Może też nic się nie zdarzy i martwe zwierzęta zostaną w niebie, a ludzie na ziemi.” 4
Gdybym potrafiła, właśnie tak chciałabym pisać.

*

Poezja to jednak trudny temat. Jedni lubią nieoczywiste metafory. Skróty. Żeby było miejsce na wyobraźnię. Dowcip. Dystans. Zabawę słowem. Inni oczekują głębokiego przesłania. Lubią pompatycznie. Wysokim głosem. Nawet jeśli to tylko tekst rockowej piosenki, oczekują patetycznego skurczu. Nasz szacowny redakcyjny kolega, po raz kolejny wykpił Marię Peszek, cytując w ostatnim felietonie tekst „Hujawiaka”. W odpowiedzi przytaczam interpretację dr hab. prof. Artura Rejtera z Zakładu Historii Języka Polskiego Uniwersytetu Śląskiego, który w pracy naukowej (!) poświęconej twórczości kontrowersyjnej artystki napisał tak: „Kobieta w „Bezwstydniku” nie pozostaje obojętna wobec kluczowych zjawisk współczesnej kultury, np. procesu globalizacji (także emocji) – tak m.in. można odczytać utwór pt. „Hujawiak”. Nasycony anglicyzmami tekst jest metaforą ponadkulturowego i ponadczasowego poszukiwania, być może miłości, być może „tylko” odpowiedniego mężczyzny? […] Zagubienie, a właściwie zapętlenie podmiotu wyrażone zostało w pozornie paralelnych leksemach, np. puk puk- fuck fuck, fukam- fuckam, których podobieństwo występuje jedynie na poziomie graficznym. I w warstwie artykulacyjnej, i semantycznej wyrazy te wszak różnią się od siebie w znaczący sposób. Podobnie jest z parą poliż- polish, która oparta jest na podobieństwie graficznym i fonetycznym. Z tymi fragmentami kontrastują segmenty ramowe tekstu. Początek nawiązujący do wrażeń zmysłowych, co podkreślają predykaty poliż, posolić, wy_miętolić, jest bezpośrednim zwrotem do – wydawałoby się konkretnego – adresata mężczyzny. Tekst wieńczy zaskakująca w kontekście całego utworu, ironiczna deklaracja podmiotu: pójdę po rozum do krowy, obnażająca rozpaczliwe i bezproduktywne poszukiwania kobiety, skoncentrowanej na mężczyźnie, a nie samej sobie. Podmiotowość kobiety zostaje poważnie zachwiana, jako że poddaje się ona bez reszty mężczyźnie, nie potrafi pójść po rozum do głowy – zatem ratunek widzi w rozwiązaniu drastycznym, ośmieszającym ją zarówno jako jednostkę, jak i grupę reprezentującą całą płeć (zarówno biologiczną, jak i kulturową). Ironiczny wymiar utworu podkreśla też jego tytuł, kalambur/ wulgaryzm Hujawiak. [..] Kluczowy dla całego utworu jest również angielski czasownik (to) fuck – przewijający się w różnych konfiguracjach, od sfrazeologizowanego, obecnego także w kolokwialnej polszczyźnie, zwrotu fuck you, aż po kreatywne de fuckto (por. łac. de facto ‘w rzeczywistości, faktycznie”) […]” 5

Z opracowania językoznawcy można się dowiedzieć, że „artystka wysoko ceni słowo jako formę” i „adresuje teksty do bardziej wymagającego odbiorcy”. „Współtworzy dyskurs kobiecego (feministycznego) zaangażowania i kontestacji, jakże kluczowy i ważny w czasach postmodernistycznego przełomu, zwłaszcza w Polsce po 1989 roku”- podsumowuje autor. Zatem, konkludując, Marysia nie śpiewa tylko o dupie Maryni. Nawet jeśli właśnie o niej śpiewa.

1,2,3 Marcin Świetlicki, Drobna zmiana

4 Bronka Nowicka, Nakarmić kamień

5 Artur Rejter, Płeć – język – kultura – Geometria pieprzenna, Wizerunek kobiety w twórczości Marii Peszek.