Jaki jest pożytek z książki bez obrazków, albo bez dialogów? Zastanawiała się Alicja z krainy czarów, nim wpadła do króliczej dziury, by przedostać się do osobliwego świata, który od tamtego czasu nas fascynuje.

Cykl artykułów, jakie zaplanowałem, będzie traktował o takich właśnie książkach. Ważnych, choć na ogół traktowanych w sposób, w jaki myślała o nich Alicja. Po wzięciu takowej do ręki większość zainteresowanych traci entuzjazm. Wystarczy przekartkować, by popaść w znużenie. Ciąg wypowiedzi, często długie, trudno zrozumiałe zdania, męczące akapity na kilka stron druku, nie sposób odetchnąć z uwagi na brak obrazków albo dialogów. Te wprawdzie niewiele wnoszą do treści (chyba że są to rozprawy Platona – nic tylko dialog), ale dają odpocząć. Niedobór akcji utrudnia podążanie wyobraźnią i myślą za autorem.

Książki te po angielsku nazywa się ogólnie non fiction. Stanowią od dziesiątków lat moją główną lekturę. W serii artykułów będę mówił o wybranych tylko dziełach tego typu, które zrobiły na mnie największe wrażenie, albo – jak mi się wydaje – wpłynęły na mój sposób myślenia, odczuwania, styl życia.

To, co zamierzam, jest przedsięwzięciem trudnym. To jak porwanie się z motyką na słońce, daremna walka z wiatrakami. Zapewne, ale cóż to byłby za świat, gdybyśmy raz po raz nie rzucali się z motyką na słońce, nie ruszali systematycznie do walk z wiatrakami. Porażka pewna, ale nie w tym rzecz, tylko właśnie w wysiłku, w podjęciu na nowo próby zmierzenia się z czymś, co nas przerasta; w zmaganiu z problemami, które nurtowały innych.

Zaplanowałem w tym cyklu swoiste dyskusje na temat rozpraw (nie całych, tylko wybranych zagadnień) niekiedy całkiem skomplikowanych. Mogę nie podołać zadaniu. Nie przejmuję się na razie. Jak uznam, że się nie udało, to po prostu zrezygnuję i wezmę się za inne dzieła.

Orientalizm
W pierwszej kolejności chciałbym zainteresować czytelników Kuriera „Orientalizmem” Edwarda Saida, książką, która wywarła na mnie potężne wrażenie. Przeczytałem ją dopiero tutaj, w Ameryce. I dobrze, bo w Polsce nie zrozumiałbym głębi myśli autora – wybitnego myśliciela, Palestyńczyka, profesora literatury na Uniwersytecie Columbia. O uczonym tym było swego czasu głośno w mediach, gdy sfotografowano go, jak w czasie intifady razem z palestyńskimi chłopakami rzucał kamieniami w izraelskich żołnierzy (choć podobno nie celował w nich, tylko tak ogólnie rzucał).

„Orientalizm” jest stosunkowo trudną książką, dziś przetłumaczoną na dziesiątki języków, należącą do kanonu humanistyki światowej. Jest ona w całości podporządkowana jednej tezie, iż zachodnioeuropejska fascynacja Orientem, datująca się od XVIII wieku, a rozkwitła w romantyzmie (by przypomnieć tylko polskiego „Giaura”, czy „Ojca zadżumionych”), była w istocie wygodną próbą przedstawienia tamtego świata (islamskiego – arabskiego i perskiego) z zachodniego punktu widzenia. Bardzo prędko orientalistyka z nauki przekształciła się w ideologię uzasadniającą wyższość Zachodu nad Orientem, a więc i słuszność zachodniej dominacji nad tamtymi krajami i ludami.

W istocie orientalistyka była przede wszystkim ideologią, a dopiero w dalszej kolejności – nauką. Orientalizm to przedstawienie ludzi tamtych rejonów, ich kultury, religii, obyczajów, etc. jako egzotycznych, zacofanych, pięknych, ale podstępnych. Orientalizm wzmacniał uprzedzenia wobec arabskiej rzeczywistości oraz uzasadniał dyskryminację w traktowaniu islamu nie jako innego świata, ale jako „gorszego”, podrzędnego; jego mieszkańców – jako osoby rządzące się prymitywnymi odruchami – zemsty, zysku, irracjonalnych popędów. W istocie niedojrzałe do „wyższej” cywilizacji zachodniej, toteż trzeba nimi pokierować, pokazać im właściwą drogę, „nauczyć cywilizacji”. Ludzie i całe narody tamtego obszaru widziano w kategoriach tajemnicy, magii i baśniowej egzotyki, ale zarazem zacofania i dzikiego nieokrzesania, miotanych emocjami miast rozumem. Nie to, co my, oświeceni.

Choć książka Saida jest głównie poświęcona literaturze, jednak dużo w niej polityki. Autor z goryczą pisze też krytycznie o przywódcach świata orientalnego, którzy przyjęli ów zachodni stereotyp – wygodną dla siebie pozycję do handlu z Zachodem.

Polski „orient”
W tym miejscu (jeśli nie wcześniej) czytelnik zapewne się żachnie: problemy ludów świata islamu zapewne są poważne, ale tak naprawdę to co nas one obchodzą? Z Arabami jest tylko kłopot, to przecież terroryści, albo w najlepszym wypadku zawzięci czciciele Mahometa, którzy pchają się na Zachód, ale uporczywie trwają przy swych niedzisiejszych obyczajach.
No cóż, jestem przekonany, że „Orientalizm” Edwarda Saida lepiej, wnikliwiej, wyjaśnia dzisiejszy konflikt z fanatykami islamskimi niż robią to nieudolni zwykle dziennikarze. Ale nie w tym rzecz.

Jeśli czytelnik pofatyguje się, by wziąć do ręki „Orientalizm” i skreśli starannie w tekście słowa „Orient”, „Arabowie”, „islam”, zaś wpisze w to miejsce: „Polska”, „Polacy”, itd., wierzę, iż wpadnie w osłupienie. Ta książka, jak każde wybitne dzieło, ma charakter uniwersalny. Możemy tę rozprawę czytać jako traktat o nas. Co dla nas z niej wynika?

Polską historię na użytek Zachodu nie pisali Polacy. Pozwoliliśmy (niezależnie od przyczyn), żeby nasze dzieje, kulturę, obyczaje przedstawiali obcy. Powstał w ten sposób i utrwalił się na Zachodzie karykaturalny, wrogi, niechętny, bądź lekceważący wizerunek kraju, narodu, jego dziejów. Ponieważ historia, jako nauka, zaczęła rozwijać się dopiero w XIX wieku, nic tedy dziwnego, że pisano ją z punktu widzenia zaborców – głównie Rosjan i Niemców. Była to nie tyle historia Polski, co jej imperialny produkt użyteczny z perspektywy polityki obu krajów. Stan ten trwał niemal do końca XX wieku.

Po latach kształtowania takiego obrazu, Polacy niekiedy z trudem rozpoznają swoje dzieje widziane oczyma Zachodu. Burzą się, protestują, wietrzą złą wolę, spisek. Tymczasem jest to rezultat dwustuletniego zaniedbania: oddaliśmy naszą historię we władanie obcym. Jak przekonująco pokazuje Said w „Orientalizmie”: cudzoziemcy urabiają wizerunek, zwłaszcza zdominowanych narodów, podług swojego punktu widzenia; aby uzasadnić obecny i politycznie korzystny dla nich stan rzeczy.

Dziwimy się i oburzamy, iż protesty, przekonywania, argumenty, że jest i było inaczej, nie odnoszą skutku. Bo nie mogą. To wynik 200-letniej polskiej beztroski. Stereotypy już zakorzeniły się w świadomości człowieka Zachodu. Polacy obrali w ostatnich dziesięcioleciach niedobrą taktykę, która – na przykład w polityce Kongresu Polonii Amerykańskiej (PRL nie miał żadnej polityki w tej sprawie) przyjęła z gruntu błędną, fatalną formułę „obrony dobrego imienia Polski”. Czyli: biernego zachowania, reakcji, zaledwie odpowiadania na „grubsze” zaczepki i większe przeinaczenia. Powodowało to więcej złego niż dobrego. Polska historia jest zafałszowana przez nas samych do bezgranicznych rozmiarów. Odpowiadanie fałszem na fałsz innych to najbardziej zgubna polityka kulturalna, jaką można sobie wyobrazić.

Nie przynosi też skutku. Ważniejsza, na dobrą sprawę jedyna, jest polityka aktywna – kształtowania dobrego imienia. Czyli, musimy jako naród, jako państwo, przystąpić do tworzenia wizerunku kraju, społeczeństwa i jego dziejów zgodnie z naszymi wyobrażeniami i naszymi interesami. Rosjanie nigdy nie byli zainteresowani tym, by przedstawiać nas w pozytywnym świetle. Tak samo Niemcy. Ze sprawną propagandą (choć niekoniecznie przecież zawsze w złej intencji), działali przez 200 lat, kształtując Polskę na obraz i podobieństwo wizerunku, jaki chcieli „sprzedać” na Zachodzie. Nie możemy liczyć, spodziewać się, żądać, od przedstawicieli innych narodów, żeby za swoje pieniądze przedstawiali nas, tak jak my chcemy; aby tracili swój czas, wnikając w obcy sobie punkt widzenia. Zapomnijmy o obiektywizmie. Nie istnieje coś takiego. Historia jest wypadkową wielu ścierających się subiektywnych punktów widzenia. Innej po prostu nie ma. A Polacy w tym starciu byli i są nieobecni. Po prostu oddaliśmy pole.

W cudzych oczach
Wystarczy sięgnąć nawet po wnikliwe historie polityczne Europy, dzieje malarstwa, literatury – powiedzmy. Co znajdujemy? Wkład Francji, Hiszpanii, Anglii, Niemiec, Włoch – oraz Rosji. Pośrodku? Nic, czarna dziura. Pustynia dziejowa, pustkowie kulturalne. Nawet najbardziej życzliwy (ale niezorientowany) czytelnik stwierdzi: to narody (bo dotyczy całej środkowej Europy zagarniętej przez zaborców) niehistoryczne. Niczego nie włożyły do dziedzictwa cywilizacji europejskiej. Nawet nie warto się nimi zainteresować i lepiej, że bardziej „kulturalne” narody (z jednej strony Niemcy, z drugiej – Rosjanie) pokierują nimi ku wyższej cywilizacji.

Zmiana tej sytuacji będzie trwała pokolenia, albo i dłużej zważywszy niemrawe ruchy polskiej polityki kulturalnej kierowanej na Zachód. Tacy uczeni jak Norman Davies czy Timothy Snyder robią fantastyczną robotę, ale potrzebujemy nie kilku przypadkowych entuzjastów, ale systematycznej, planowej polityki kulturalnej obliczonej na dziesiątki lat. Oznacza to, że Polska musi mieć setki podobnych uczonych, publicystów, reżyserów, producentów filmowych – w USA, w całej Zachodniej Europie – historyków, literaturoznawców, specjalistów od dziejów nauki, sztuki, tkactwa – czegokolwiek. Wielki wysiłek, ogromne pieniądze. O tych Polacy nie lubią rozmawiać, zwłaszcza o własnych, koniecznych wydatkach. Tym bardziej, jeśli mają być przeznaczone na cele tak nieuchwytne, niepraktyczne zgoła, jak kultura w najszerszym rozumieniu. Tymczasem w dłuższej perspektywie, te wydatki są najbardziej opłacalne, przynoszą największe korzyści.

Czesław Karkowski