Nie spodziewałem się, że przeczytaną w młodości (w pewnym sensie, pod przymusem) rozprawę „Człowiek maszyna” francuskiego lekarza i (trochę) filozofa, Juliena La Mettrie, będę w przyszłości tak często przywoływał w myślach.

Nauczyciele filozofii w Polsce tę oświeceniową rozprawkę zalecali szczególnie gorliwie do studiowania: propagowała materialistyczny pogląd na świat, krytycznie wyrażała się o podstawowych religijnych wyobrażeniach, jak np. o koncepcji duszy, choć La Mettrie nigdy nie odżegnywał się od pojęcia Boga; powiadał jedynie, iż jako uczony i jako racjonalista nic na ten temat nie może powiedzieć. Z jego punktu widzenia „nieśmiertelna maszyna” jest absolutną fantazją. Klasyczne dziełko francuskiego uczonego z pierwszej połowy XVIII wieku wydawało się tedy idealnym narzędziem szerzenia laickiego poglądu na świat, tak mile widzianego przez propagandę PRL.

Pamiętam, że czytałem zadaną lekturę (na szczęście krótką) ze sporym znużeniem: płaska, prymitywna argumentacja, bez wyobraźni i odrobiny głębi. Racjonalizm w najgorszym wydaniu. Lektura zaliczona i zapomniana.

Tylko materia
Nie całkiem jednak. Podstawowa teza La Mettrie, wyłożona w tytule, głosi, iż człowiek jest maszyną, która sama siebie nakręca. Narzuca się oczywiście, natychmiast porównanie ludzkiego ciała do mechanizmu zegara: precyzyjnej, świetnie pracującej aparatury, która funkcjonuje przez lata dzięki poruszającym tę maszynerię płynom krążącym po organizmie; wprawiają one poszczególne organy w ruch, utrzymują to skomplikowane urządzenie – ludzkie ciało – na chodzie. Francuski myśliciel wielokrotnie do tej metafory się odwołuje.
Nie był jednak tak ślepy, jak może nam się wydawać, tak niewrażliwy na bogactwo rzeczywistości. Jako skrajny racjonalista swej epoki wystąpił przeciwko wielowiekowemu przeświadczeniu o dwojakiej charakterystyce świata, formule najlepiej ujętej wcześniej przez jego wielkiego rodaka, Kartezjusza. Filozof ów powiadał, iż cała rzeczywistość składa się z dwojakiego rodzaju bytów, a ich różnica polega na odmiennej „substancji”, z której się składają. Istnieją więc twory materii, którą charakteryzuje rozciągłość (zajmują pewne miejsce w przestrzeni), oraz „ducha”; jego specyfiką jest myślenie; nie zajmuje ona miejsca w przestrzeni, co najwyżej myślenie tak specyficzne dla duszy, może opisywać przez czas. Ale to oczywiście, nie jest tych bytów pełna charakterystyka.
La Mettrie wystąpił gwałtownie przeciwko Kartezjuszowi powiadając, iż rzeczywistość ma charakter jednorodny, składa się wyłącznie z przedmiotów materialnych, rządzących się prawami mechaniki. Żadnych innych w tym świecie nie ma. A jeśli są, to uczony nic na ich temat nie może powiedzieć.

Reperowanie człowieka
Z dużym oporem przyszło mi po latach uświadomić sobie, iż koncepcja La Mettrie nie była bynajmniej przejściową aberracją Oświecenia, ponawianą przez nielicznych późniejszych, skrajnych materialistów. Jest żywa ciągle, ma się dobrze i króluje w dzisiejszej nauce, w praktyce współczesnych społeczeństw. Dla nas, zwykłych ludzi najlepiej doświadczaną, odczuwalną w medycynie. Człowiek wciąż widziany jest w niej (podobnie jak w XVIII wieku) jako maszyna. Miast zegarka lepszym przykładem byłoby porównanie do samochodu. Istota ludzka jest więc bytem na wskroś materialnym, sumą składową licznych części umożliwiających jej funkcjonowanie. Jeśli coś zaczyna szwankować, źle działać, wystarczy interwencja fizyczna w ludzkie ciało – naprawa danego urządzenia, albo coraz częstsza w dzisiejszych czasach – wymiana popsutej części na nową, abyśmy mogli z warsztatu-przychodni lekarskiej-szpitala wyjść „naprawieni”. Lekarstwa usuwają wadę, pomagają w prawidłowym przywróceniu krążenia płynów po organizmie, „reperują” wadliwą część. I wychodzimy jak nowi, ponownie zdolni do prawidłowego funkcjonowania. W sytuacji poważniejszej, trzeba wymienić popsutą część na nową i człowiek-maszyna ponownie jest na chodzie.

Jeśli się myśli o istocie ludzkiej jako o takim właśnie agregacie, to potrzebni są specjaliści od poszczególnych części ciała: wiedzą oni jak ją „naprawić”, usprawnić wadliwe funkcjonowanie, coraz lepiej orientują się, jak ją wymienić. I dalej w drogę. Specjalista od nerek nie interesuje się wątrobą; od płuc – pomija (na ile może) sprawę serca; specjalisty od żył (krążenia) nie obchodzą kości. I tak dalej. W tym kierunku rozwija się zachodnia myśl, w tę stronę coraz dalej zmierza współczesna medycyna. Lekarz przestaje widzieć człowieka jako istotę ludzką, ale traktuje go jako maszynę właśnie, materialny całkowicie twór złożony z odpowiedniej sumy części.

Współczesne roboty
Ponieważ ten sposób myślenia okazuje się praktycznie skuteczny (medycyna święci coraz większe triumfy), tedy brniemy dalej i dalej w tym kierunku. Nawet nasza „dusza” (mówiąc słowami Kartezjusza) traktowana jest jako materialny substrat, naprawialny w taki sam sposób, w jaki przywrócić można do funkcjonowania niesprawne serce, bolącą nogę, czy niestrawność żołądka.

Polegamy na współczesnej medycynie coraz bardziej, jesteśmy od niej uzależnieni coraz silniej: złe samopoczucie – wziąć tylenol i w drogę; coś nam dolega – na półce Duane Reade czy CVS znajduje się odpowiedni środek zaradczy; czujemy się psychicznie źle – też na to jest pigułka. I znowu jest dobrze, za godzinę – jest świetnie. Chodzimy, działamy przez cały dzień jak nakręceni, jak samochód, który ma służyć do poruszania się z miejsca na miejsce. Do pójścia do pracy, do bycia wydajnym, produktywnym, sprawnym. Samochód jest przecież po to, by jeździł, a nie służy do stania.

Uzależnienie od zachodniej medycyny coraz bardziej nam dokucza. To właśnie Kartezjusz w XVII wieku, a za nim inni filozofowie Oświecenia wytyczyli reguły naszego (zachodniego świata) myślenia ważne do dziś. Nawet się nie zastanawiamy nad ich prawomocnością. Oczywiście, że mieli rację! Czyż można inaczej – nawet do głowy nam nie przyjdzie inna myśl.

A jednak można. Istnieje zaniedbany, lekceważony, pomijany wschodni (albo religijny) sposób myślenia o człowieku. W takim ujęciu nie jest on agregatem części, ale przede wszystkim pewną całością, nade wszystko organizmem podporządkowanym naczelnej zasadzie. Nazwijmy ją homeostazą, równowagą. Miast więc troszczyć się o jego część, powiedzmy wątrobę, zadbajmy przede wszystkim o tę całość, a wkrótce poszczególne części (choć nie jest to w tym myśleniu dobre określenie) zaczną sprawnie działać.

Doceniam ten sposób myślenia, ale czy go wolę? Nie! Nie mam czasu, cierpliwości na doprowadzenie wpierw całego organizmu do stanu równowagi. Nikt mi nie da wielomiesięcznego zwolnienia na psychofizyczną odbudowę całości. Potrzebuję dziś, teraz, tego poranka funkcjonować dobrze. Łykam więc tylenol (tu naturalnie traktuję go jako metaforę praktycznej medycyny Zachodu) i po kilkunastu minutach czuję się dobrze. Mogę chodzić, nic mnie nie boli, jestem gotów do pracy przez cały dzień.

Podporządkowani jesteśmy kapitalizmowi, produkcji, wydajności, funkcjonowania teraz, dziś. Praktyczniej jest, szybciej i łatwiej wymienić niesprawną część niż czekać długo na doprowadzenie do równowagi całego organizmu. Precz więc z filozofią wschodnią, precz z religią! Jeśli modlitwa komuś służy, to niech ją zastosuje przed wzięciem tylenolu. I w drogę, nie ma czasu, zaczyna się kolejny dzień, musimy być sprawni gotowi, produktywni. Od tego zależy nasza płaca, terminowe płacenie rachunków, nasz obiad i mnóstwo innych wydatków.

Czesław Karkowski