Czwartek
Jeszcze uzupełnienie do poprzedniej edycji „Kolanka”. Pamiętam zachwyt nad geniuszem szwajcarskiego zegarmistrza, który o dziesięcioleci potrafi najpierw wytoczyć (głównie ręcznie) części a następnie zamontować je do mechanicznego zegarka tak, aby ten co cztery lata samoczynnie się przestawiał zgodnie z rytmem lat przestępnych. Pomyślmy – mikroskopijne kółka zębate i sprężyny zaprojektowane tak, aby precyzyjnie raz na cztery lata, gdy obie wskazówki dotkną na cyferblacie liczby „dwanaście” przesunąć tarczę z datą. Piękne? Ile trzeba precyzji i dokładności.

 
A przecież są cykady wieloletnie (Magicicada), zwierzątka w Ameryce tak popularne że nazywane „17-letnią szarańczą”. Istnieje siedem rozpoznanych gatunków cykad wieloletnich. Trzy występują w cyklu 17-letnim (na północy Stanów): M. cassini, M. Septendecim, M. Septendecula. Cztery dalsze występują w cyklu 13-letnim na Południu: M. neotredecima, M. Tredecim, M. Tredecassini, M. Tredecula. No więc tych siedem gatunków (nie, widać jeden to za mało) charakteryzują się tym, że larwy wylęgają się na gałęziach, po czym spadają na ziemię aby siedzieć w niej albo 13 albo 17 lat. A po tym czasie, te liczące 2,5 – 3 cm długości, czarne z szeroko rozstawionymi oczyma i żółtymi lub pomarańczowymi pasmami na spodzie odwłoka żyjątka z przezorczystymi skrzydełkami żyją jeszcze około miesiąca. To czas poświęcony na rozmnażanie, po czym samce giną od razu, a samice żyją kilka dni dłużej, by móc złożyć jaja (przeważnie w rozwidleniach młodych gałęzi, gdzie robią 6-20 nacięć kory, w których składają do 600 jaj).

 
Pomyślmy tylko – kawałek białka zakopany w ziemi, nagle po 13 lub 17 latach „budzi się” i wypełza na powierzchnię. A są ich miliardy (do półtora miliona na akr powierzchni) tak że ciała martwych cykad (zawierające wysokowartościowe białko) w znacznym stopniu użyźniają ściółkę leśną. Zresztą w dużej mierze stanowią łatwe pożywienie dla innych zwierząt, bo są nieszkodliwe: nie gryzą, nie żądlą, nie są trujące, nie roznoszą chorób, jeśli niszczą zieleń, to niejako niechcący, swą ilością. Nie bronią się, bo latają ospale, więc giną masowo ale to nic, bo jest ich tak wiele, że nawet przy milionowych stratach gatunek przetrwa. Pokonują swych naturalnych wrogów liczebnością.

 
Żadnego zegarmistrza, żadnych urządzeń mierniczych, ale miliardy miliardów larw wie, że po 13 czy 17 latach wysysania soków z korzonków, czas wyjść (wszystkie naraz) w ciepły majowy wieczór na powierzchnię. No jak to tak? Przecież to kawałki białka, bez wewnętrznych zegarów czy urządzeń pomiarowych, a jednak… Jakoś nie chce mi się wierzyć, że to wszystko wzięło się z wielkiego bum, pomieszania wody z jakimiś chemikaliami i trwającego miliony lat somodoskonalenia, eliminacji. To się nie wzięło z chaosu, o nie…

 

 

Wtorek
Lubię czytać na Facebooku Roberta Tekielego. Współczesny katolicki świecki kaznodzieja, ale tak bardzo skąpany w kulturze pop. Ale przede wszystkim widać chęć odpracowania ezoterii z czasów „bRulionu”: stąd tak wiele tekstów i podtekstów dotyczących manowców życia duchowego. Tak, tu nie ma żartów: otwarcie się na świat demonów – choćby poprzez noszenie modnego pierścienia czy talizmanu czy uprawianie zabaw z duchami – może prowadzić do prawdziwej, realnej, nieodwracalnej zguby. Ale w wersji soft, to także piekło ulegania modom współczesności. Ale dosyć komentarza, lecimy z cytatami:

 
„Duch przenika wszystko. Zna wszystko, co we mnie. Chrześcijanie nie otrzymali ducha świata. Ducha płytkich przyjemności, szarpania się o kasę i władzę, zdobywania i uwodzenia. Otrzymaliśmy Ducha, który jest z Boga, dla poznania dobra, jakim Bóg nas obdarzył. Bóg nas bardzo obdarował. Warto dzielić się tymi wartościami, skarbami z innymi. Przedkładamy zatem duchowe sprawy tym, którzy są z Ducha. Naszym obowiązkiem jest głoszenie Prawdy. Sprzeciwiają się nam, kpią, wyszydzają, buntują się i olewają ludzie kierujący się wartościami niższymi niż duchowe: Człowiek zmysłowy bowiem nie pojmuje tego, co jest z Bożego Ducha. I, co porażające, ludzie są wobec tego całkowicie bezradni, bowiem człowiekowi idącemu pod sztandarem przyjemności i zysku głupstwem się to [co wartościowe naprawdę] wydaje i nie może tego poznać, bo tylko duchem można to rozsądzić”.

 
„Naprawdę życie nie jest największą wartością. Czasami trzeba bronić spraw ważniejszych. To niezwykłe odkrycie miało miejsce w kilku miejscach na świecie. Poza chrześcijaństwem, wcześniej dojrzewało w duchowości Izraela. Również porządkujące świat wartości samurajów wskazania, zbliżały ich do rozumienia uniwersalnego ładu świata. Do dziś we wdzięcznej pamięci zachowujemy Jana Chrzciciela, walczył o duszę pysznego króla, chcąc ratować go wbrew niemu samemu. Pamięć o władcy, który zmanipulowany, kazał zamordować proroka, nie może być dobra, i nie jest: był marionetką miotaną falami pożądliwości i pychą. Jan odpychał i pociągał tetrarchę: Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał. Jak widać można fascynować się osobą nosiciela prawdy, a samą prawdę odrzucać. Życie nie jest wartością absolutną, tak jak nie jest najważniejszą wartością, tak ważne dla współczesnych, zdrowie”.

 

 

Środa
Jak człowiek wszystkiego musi się nauczyć. Patrzę na małe dziecko, jak dotyka trawy, czując w dłoniach nową, nieznaną powierzchnię. Którą można targać, rzucać a nawet wąchać. A przecież to wszystko zostaje gdzieś zapisane na dyskach naszego mózgu (w postaci kombinacji chemikaliów) aby wrócić po latach, jak u mnie teraz. Kto nie pamięta pierwszych zapachów choćby? Mnie zawsze w dobry nastrój wprawia zapach świeżo skoszonej trawy. Kto – choć raz jeździł do dziadków na żniwa – nie pamięta zapachu ścierniska, ostrości na stopach czy smaku zbożowych ziaren. A pewien rodzaj smaru z koparek, który zawsze będzie wzbudzał u mnie wspomnienie żwirowiska, gdzie dziadek cieciował przy parku maszynowym. A wiosenny wiaterek od płynącej swym nurtem Wisły? Zapach dojrzewającego jabłka, gorzkość skórki orzecha… A kury? A brudne krowy, uciekające ciągle nad rzekę..? Szkoda gadać, wszystko to jest w środku głowy, zapisane jeden do jednego.