Ilekroć patrzę z okien mojego warszawskiego mieszkania, tylekroć widzę rowerzystów – młodziaków, średniaków i starszaków. Jadą pojedynczo, parami i w grupach. Ścieżki rowerowe mają wygodne – szerokie z dobrą nawierzchnią i dobrze oznaczone. Na Starych Bielanach bywają one szersze niż trotuar dla pieszych. W dobie wielkiego natłoku samochodów, Warszawa stała się miastem cyklistów; podobno zajmuje pod tym względem ósme miejsce wśród stolic europejskich. Najszybciej pędzą kurierzy z charakterystycznymi wielkimi torbami. Zwinnie przemieszczają się także po chodnikach dla pieszych. Bywa, że przelatują mi tuż przed nosem. Ostatnio widziałem wielkie grupy cyklistów jadące przeciwko czemuś lub za czymś. Przypomniał mi się Wyścig Pokoju, którym żyła cała Polska na przełomie lat 50. i 60. Uśmiecham się do osób na rowerach, bo sam jestem cyklistą. Po powrocie do Warszawy na stałe zamierzam przejechać ją całą na dwóch kółkach, podobnie jak niegdyś przejechałem spore połacie Nowego Jorku. Szykowana jest trasa rowerowa wzdłuż Wisły, od Konstancina – Jeziorny aż do Mostu Północnego. Już teraz jest przejezdna na większości długich odcinków. Oba brzegi stolicy można bez problemów przejechać pod mostami, jadąc niemal cały czas w zieleni. W ogóle zieleń to jeden z głównych i niedocenianych atrybutów Warszawy. Można wędrować wśród niej całymi godzinami, czasem wręcz z parku do parku. Dbałość o przyrodę jest większa niż przedtem. Coraz częściej napotkać można tablice informujące o parkowej lub leśnej roślinności i unoszących się nad nią ptakach wraz z ilustracjami ułatwiającymi ich rozpoznanie. Przybywa terenów rekreacyjnych z urządzeniami do ćwiczeń gimnastycznych.

 
Na Skarpie Nowomiejskiej, tuż za najstarszym kościołem Warszawy, stanął nowy pomnik Marii Skłodowskiej-Curie trzymającej w ręku światełko polonu, jeśli tak to można określić. Jest to udana, realistyczna rzeźba Bronisława Krzysztofa, przedstawiająca uczoną jako kobietę o klasycznych rysach i zamyślonej twarzy. Turyści chętnie się z nią fotografują a potem oglądają teatr kolorowych fontann zainstalowanych u stóp tejże skarpy. Maria patrzy na Wisłę. W notatkach tak o niej napisała – „Rzeka leniwie toczy w szerokim łuku swe wody, które z bliska wydają się mętne, lecz w dali błękitnieją odblaskami nieba. (…) Ta rzeka ma dla mnie powab, którego istoty nawet pojąć nie mogę”.

 
Turystów dużo. Zwłaszcza z Niemiec, Francji, Rosji i Japonii. Nierzadko słychać też język angielski. Obserwuję grupy młodych Rosjan zwiedzających zabytki; sprawiają wrażenie zainteresowanych tym, co mówi przewodnik. Sporo rosyjskich turystów mieszka w akademikach AWF-u, zatem mam możliwość przyjrzenia się im uważniej. Nie różnią się niczym od młodzieży polskiej, żartują, flirtują, bawią się w różne gry na boiskach. Do Polaków nie podchodzą. Robią obfite zakupy w pobliskich sklepach i jedzą w okolicznych restauracjach. Nie są głośni. Ponoć zostawiają sute napiwki. W Muzeum Chopina w Pałacyku Ostrogskich też sporo Rosjan. Przeważają jednak Japończycy idący o lepsze z Francuzami. Ci drudzy wiedzą, że nasz największy kompozytor był po ojcu Francuzem. Jego kult wśród Japończyków, Chińczyków i Wietmaczyków jest wciąż zagadnieniem nie zbadanym. A przecież jakże ciekawym, także i dla nas Polaków.
Ale jakoś tego nie zgłębiamy.

 
Sierpniowa Warszawa to czas wielu koncertów klasycznych i popularnych, czy jak kto woli – masowych. W salach, na placach, na łąkach, na dziedzińcu zamkowym, na plażach. Jest w czym wybierać. Ławeczki z fragmentami utworów Chopina rozlokowane na Krakowskim Przedmieściu i ulicy Miodowej cieszą się sporym zainteresowaniem przechodniów. Z każdej rozlega się inne dzieło. Przy dawnym Pałacu Zamoyskich, z którego carscy żołdacy wyrzucili fortepian Fryderyka, rozlega się „Etiuda Rewolucyjna”.
W teatrach przewaga sztuk małoobsadowych i komediowych, w kinach te same filmy, co w Nowym Jorku. Dużo widowisk eksperymentalnych i alternatywnych. W księgarniach bardzo mało klientów. W Naukowej im. Bolesława Prusa przy wspomnianym Krakowskim Przedmieściu przez dwie godziny było ich zaledwie sześcioro. W Empiku na Starych Bielanach też nie ma dużego ruchu. Nieliczni klienci kupują gadżety na prezenty. A książki o sztuce i tematyce historycznej są coraz piękniejsze. Zwłaszcza albumy. Po prostu dzieła sztuki same w sobie. Cierpię niewymownie, bo mnie na nie nie stać. I nie mam już ich gdzie położyć, bo regały i szafy są nimi wypełnione do imentu.

 
Domki fińskie na Jazdowie jednak są rozbierane. Miały się ostać. Drewniane, spowite winem i otoczone kwiatami wrosły w pejzaż mojej Warszawy. Z dobudówkami, werandkami, mansardkami przypominały trochę zminiaturyzowany świdermajer, wśród którego wzrastałem. Kiedy mieszkałem na Wiejskiej, często przychodziłem tu z moją psinką Filipinką. W jednym tych domków mieszkał Janusz Kapusta, zanim zawitał na dłużej do Nowego Jorku. Chciał tu także zamieszkać Michał Bajor a i ja wyobrażałem sobie, że po powrocie z tegoż Nowego Jorku kupię sobie taki domek obok niego. Ale gdzie tam! Dziś i tak musiałbym się zeń wyprowadzić. Na furtce ogrodu jednego z nich widnieje ostrzeżenie – „Uwaga zły pies! A gospodyni jeszcze gorsza”.

 
Pochodzenie i dzieje mebli w moim mieszkaniu to temat na rozbudowane opowiadania. Podobnie jest z przedmiotami domowego użytku, nawet tymi najbardziej prozaicznymi. Powinienem w końcu je napisać. Ileż osób trzeba by w nich umieścić, ileż sytuacji wspomnieć, niekiedy bardzo zabawnych. Po pradziadku leśniku mam niemiecką menażkę zdobytą podczas I-ej wojny światowej. Czasem coś w niej gotuję. Jestem tylko epizodem w życiu tych przedmiotów.

 
Coraz więcej okien bliskich i zaprzyjaźnionych należy już do kogoś innego. Niektórych już w ogóle nie ma. Nie jestem twardzielem i wyznam, że serce mi bije mocniej, jak w nie patrzę, szczególnie w te, za którymi bywałem szczęśliwy, a które należały do nieżyjących już osób. A także pisarzy szczególnie mi bliskich. Okna od podwórka w mieszkaniu Marii Dąbrowskiej zamieniły się w krzyczące otwory bez futryn i szyb. Kamienica, w której mieszkała, musi częściowo ustąpić miejsca nowoczesnemu „Trójkątowi przy Polnej”. Czy ostanie się ta część, w której było muzeum tej wielkiej pisarki? W pięknym mieszkaniu Antoniego Słonimskiego przy Alei Róż 6 znajduje się teraz galeria z projektami wnętrz apartamentowych. Ileż wspomnień się we mnie obudziło, kiedy znalazłem się tu ponownie po 45 latach i spojrzałem z balkonu pana Antoniego na Dolinę Szwajcarską. Słonimski był moim mistrzem w latach polonistycznej młodości. Do dziś chętnie opowiadam jego dowcipy i anegdoty. Jego „Alfabet wspomnień” inspirował mnie przy pisaniu „Mieszkańców mojej pamięci” w tym samym stopniu co „Kalendarz i klepsydra” Tadeusza Konwickiego.

 
Bociany szykują się do odlotu, jak wynika z informacji meteorologów, a ja tymczasem kończę ten sześćsetny numer „Kartek”. Bagatela! Traf chce, że powstał w moim rodzinnym mieście.