Śpimy razem. On raczej po prawej. Przy ścianie. Zawsze na wyciągnięcie ręki. Czasem odgrodzony poduszką. Zwykle na wierzchu. W całym swoim bezwstydzie. Wydziela ciepło. Które uspokaja. Oświetla bezsenne noce. Kiedy nie można się odłączyć. I nie pomaga ani medytacja ani liczenie ukąszeń komarów. Wyją karetki pogotowia. I alarmy samochodów zaparkowanych z tyłu głowy. Albo przeciwnie. Cisza jest bezdenna. Czarna i grząska. I roją się pytania o sens. Na które nie ma dobrych odpowiedzi. Właściwie nie ma żadnych odpowiedzi. Odpowiedzi się zużyły. Trzeba znaleźć nowe. Ale nie o drugiej w nocy. Kiedy zza ściany słychać chrapanie sąsiada. I syk parkującej niedaleko śmieciarki. A także, jeśli się dobrze wytężyć, stukot kolejki zatrzymującej się na stacji. I jeszcze cykady, które od niedawna mieszkają na ogródku Jerrego. Razem z kotami, szopem praczem, wiewiórką i psem sąsiada, co ma brzydką mordę i sporą nadwagę. A może to tylko taka rasa. Walcząca. Wyklęta. Zatem jesteśmy razem. W łóżku. O którym ktoś napisał. Że jest kołyską. I trumną. Leżymy obok siebie.

 
Ja. I mój telefon.

 
To relacja toksyczna. Uzależnienie. Z którym nawet nie próbuję walczyć. Mając świadomość przegranej. Jestem na elektronicznej uwięzi. I nie ma sensu szarpać i napinać smyczy.

O nowej formie komunikacji piszą naukowcy. Socjologowie badają. Psychologowie ostrzegają. Publicyści starej daty biją na alarm. Rodzice udają, że kontrolują. A artyści piszą piosenki. Chciałbym być twoim telefonem, przy którym teraz śpisz. Mieć zasięg całą dobę – wyznaje Fisz, skądinąd świetny tekściarz, z klanu Waglewskich, którego dotąd można było cytować bez przerwy i bez wstydu. Jednak po deklaracjach, że chce być dronem, krążyć wokół ukochanej jak satelity i być blisko niczym ekskluzywne kosmetyki- trudno nie czuć zażenowania. Jednak ciekawi samo zjawisko. Intymność relacji człowiek – smartphone. Przywiązanie do urządzenia, które właściwie przestało spełniać swoją podstawową funkcję. Nikt już nie rozmawia przez telefon. Raczej postuje, linkuje, komentuje, czatuje, wysyła krótkie filmy video, zdjęcia, nagrywa wiadomości na Whatsapp’ie, surfuje, sprzedaje, kupuje albo łapie Pokemony. Jednym słowem: żyje. W rzeczywistości rozszerzonej. Multiplikuje się. Będąc w kilku miejscach naraz. W łóżku na Queensie i jednocześnie nad polskim morzem, gdzie właśnie młodsza siostra buduje z dziećmi zamki z piasku i relacjonuje wydarzenie w czasie rzeczywistym. Jak w starym sloganie biur turystycznych: świat jest na wyciągnięcie ręki. O ile jest ona zaopatrzona w urządzenie mobilne z dostępem do internetu.

Mówi, że nie może spać/ Z telefonem przy głowie/ Mówi, że magnetyczne pola mu zmieniają/ Sny w magiczne, chaotyczne/ Pikselowe zupy zdarzeń/ Nie ma marzeń, budzi się zmęczony/ Śniło mu się/ Że życie to pasek ładowania/ Czeka na film/ Lecz tylko reklamy zamiast – śpiewa Julia Marcell na singlu promującym nową płytę. Na okładce artystka ma zbite kolano i perukę. Opiera ramię na pluszowym tygrysie. Wydaje się przygnieciona materią. Z tyłu pusta klatka na ptaki, figurka Matki Boskiej, dmuchana ryba, ogromna, plastykowa róża. Brakuje telefonu, z którym się pewnie nie rozstaje. Jak większość z nas. Współczesnych. Którzy daliśmy się złapać. W internetową sieć. Czasem jeszcze wyglądamy przez jej oka na tzw. prawdziwy świat. Ale częściej odwracamy wzrok. Ku niewielkiemu ekranowi. Gdzie – jak się wydaje – tętni życie. Trwa nieustająca impreza. I lepiej żeby nas nic nie ominęło.

Autor „Smutnych historii spisanych na kacu i tanim papierze” zamieścił rysunek. Niebo. Młody mężczyzna staje u bram. Św. Piotr – Witamy w raju, masz jakieś pytania? Nie podnosząc wzroku znad telefonu, mężczyzna odpowiada: Hasło do Wi-Fi?

Życie jest gdzie indziej. Coraz bardziej. Coraz dotkliwiej. W modnych knajpach dla pretendujących intelektualistów pijących sojowe latte, wypisane kredą odezwy na tablicach: „Porzuć internet. Rozmawiaj” albo „Zamiast łapać Pokemony, wyjdź z domu i złap kontakt z drugim człowiekiem”. Jednak gdzie nie spojrzeć, ludzie przypięci do sieci. Pochyleni nad ekranami. Zanurzeni w światy, które projektują sobie sami. Wyobcowani, lecz jednocześnie złaknieni kontaktu. Bliskości. Z kimś, kto na drugim końcu łącza wysyła swoje S. O. S.

 
O trzeciej nad ranem rozmawiam z przyjaciółką z Polski. O czwartej czytam recenzję książki. O piątej oglądam zdjęcia z wakacji znajomych, którzy po kilkunastu latach po raz pierwszy odwiedzili ojczyznę. Jednocześnie pocieszam kolegę, który przeżywa boleśnie powrót z emigracji. Ma depresję i pisze, że chce się zabić. Przed szóstą przeglądam nową kolekcję ubrań ulubionej marki. Odpisuję na zaległe maile. Śmieję się na widok Cecyla miauczącego pod oknem. Scenkę zarejestrowałam wiosną. Myślę o tym, jak bardzo się zmienił. I że w ogródku teraz zielono. I pełno warzyw. A wtedy ledwie wschodziła trawa. I poranki były chłodne. Potem sprawdzam pogodę. Kurs dolara. I wydarzenia kulturalne, które czekają mieszkańców Brooklynu w najbliższy weekend. W końcu przeciągam się i wstaję.

 
W mieszkaniu cicho.

 
Od wczoraj nic się nie wydarzyło.

 

Napisz do autorki:
[email protected]