Piątek
Justin Timberlake jest gwiazdą muzyki pop. Śpiewa i podskakuje na ostro przetworzonych wizualnie teledyskach, śpiewając w stylu – ostatni hicior – „nie mogę powstrzymać tego uczucia/ więc tańcz, tańcz, tańcz/ nie mogę powstrzymać tego uczucia/ więc tańcz, tańcz, je, je, je”. Jakiś czas temu Justin jadł tosta w restauracji. Nie dokończył, więc sprytny kelner zabrał do torebki i… na aukcji internetowej niedojadek poszedł za 1025 dolarów (słownie: tysiąc dwadzieścia pięć dolców). Były już sprzedawane oddechy Beatlesów w słoiczkach, więc czemu nie? Współczesny Całun Turyński? Ręcznik, w który wytarł swą twarz Timberlake albo spotniałe – po występie – slipki Justina Biebera, może jego rzygowiny – w torebce – po przepitej nocy? Jako symbole naszej cywilizacji, obok kawałka rakiety lecącej na Marsa za sto lat w jakimś muzeum Ziemi… kto wie, kto wie?

 

Niedziela
Jeszcze a propos wizyty Papieża Franciszka w Krakowie i okolicach. Chodzi o jego odwiedziny w obozie śmierci Auschwitz. Franciszek pokazał tam prawdziwą charyzmę… milcząc. Nie wypowiedział ani słowa, tylko siedząc rozmyślał, pocałował szubienicę, na której wieszano więźniów. Potem wszedł do celi śmierci, gdzie umierał Maksymilian Maria Kolbe. Mała celka, osiem metrów kwadratowych, na ścianach wydrapane napisy-testamenty. Ciemność i rozświetlano słabą żarówką postać Papieża w białej szacie. I milczenie. Wielki gest. Jakże nie podobny do wielu „gadaczy Pana Boga”, zakochanych we własnych głosach przede wszystkim, zaśmiecających świat zbędnymi słowami. Auschwitz. Cela śmierci. Milczenie.

 
Przeczytałem ostatnio świadectwo Michała Micherdzińskiego, był jednym z ostatnich świadków słynnego apelu w obozie KL Auschwitz, na którym o. Maksymilian Kolbe zdeklarował się pójść na śmierć w zamian za współwięźnia. Kilka lat temu opowiedział o tym, co stało się 29 lipca 1941 r.

 
„Skończyła się selekcja, dziesięciu więźniów zostało już wybranych. Dla nich był to ostatni apel. Myśleliśmy, że zakończy się ten koszmar stania (…) aż tu nagle ktoś zaczął się przeciskał się między więźniami. Był to o. Maksymilian (…) Szedł prosto ku grupie esesmanów, stojących w pobliżu pierwszego szeregu więźniów. Wszyscy drżeliśmy, ponieważ było to złamanie jednego z najostrzej i najbrutalniej przestrzeganych zakazów (…) Byliśmy pewni, że o. Maksymiliana zabiją, zanim zdąży się przecisnąć. Ale stało się coś nadzwyczajnego, czego nie zanotowała historia 700 obozów koncentracyjnych, jakie zbudowała III Rzesza. Nigdy nie zdarzyło się, aby więzień obozu mógł bez poniesienia kary wyjść z szeregu. Było to dla Niemców coś tak niewyobrażalnego, że stali jak skamieniali. Patrzyli po sobie i nie wiedzieli, co się dzieje”.

 
I dalej:
„Wreszcie opamiętał się kierownik obozu. Wściekły, zapytał swojego zastępcę: ‘Was will dieses polnische Schwein?” – ‘Co chce ta polska świnia?” O. Maksymilian odpowiedział spokojnie: ‘Ich will sterben für ihn” – wskazując ręką na stojącego obok Gajowniczka – ‘Ja chcę umrzeć za niego”.

 
Jeżeli wcześniej Niemcy stali jak oniemiali, to teraz pootwierali ze zdumienia usta (…) Wreszcie padło drugie pytanie: ‘Wer bist du?” – ‘Kto ty jesteś?” O. Maksymilian odpowiedział: ‘Ich bin ein polnischer katolischer Priester” – ‘Jestem polskim księdzem katolickim”. Oto więzień wyznał, że jest Polakiem, pochodzi z narodu, który Niemcy nienawidzili, do tego przyznaje, że jest duchownym. Dla esesmanów ksiądz był wyrzutem sumienia (…) Ciekawe, że w tym dialogu o. Maksymilian ani razu nie używa słowa ‘proszę”. Jest tylko jego żądanie, którym złamał Niemca. Złamał sędziego, który uzurpował sobie prawo decydowania o życiu i śmierci, zmusił go do zmiany wyroku (…) Wreszcie stało się coś, czego do dzisiaj nie mogą zrozumieć ani Niemcy, ani więźniowie. Kapitan SS zwrócił się do o. Maksymiliana per ‘pan”: ‘Warum wollen Sie für ihn sterben?” – ‘Dlaczego pan chce umrzeć za niego?”

 
I nagle, ten wychudzony ksiądz, wykłada niemieckim nadludziom całą filozofię Jezusową.

 
„Upadły wszystkie kanony, które esesman wyznawał wcześniej. Przed chwilą nazwał go ‘polską świnią”, a teraz zwraca się do niego per ‘pan”. Stojący obok esesmani i podoficerowie nie byli pewni, czy dobrze słyszą. Tylko jeden raz w historii obozów koncentracyjnych zdarzyło się, aby wysoki oficer, który zamordował tysiące niewinnych ludzi, zwrócił się do więźnia w ten sposób. O. Maksymilian odpowiedział: ‘Er hat eine Frau und Kinder” – ‘On ma żonę i dzieci”. Oto cały katechizm w pigułce. On uczył wszystkich, co to znaczy ojcostwo, rodzina. On – człowiek mający dwa doktoraty obronione w Rzymie z najwyższą notą summa cum laude, redaktor, misjonarz, wykładowca dwóch wyższych uczelni w Krakowie i Nagasaki. On uważał, że jego życie jest mniej warte, niż życie ojca rodziny! Jakże to był wspaniały wykład katechizmu”.

 
Dalej Niemiec powiedział „gut” i dokonało się. O. Maksymilian poszedł do ciemnicy na głodową śmierć. Przeżył wszystkich dziewięciu towarzyszy, których przygotował do godnej śmierci. Choć miał jedno płuco, przeżył 386 godzin w głodowym bunkrze, zanim – dopiero drugi – zastrzyk fenolu nie skończył jego żywota. W przeddzień święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny – patronki przyszłego świętego. Reszta jest… milczeniem.

 

Poniedziałek
Nie wiem czy to ja, czy to normalne po czterdziestce. Czas. Obsesja uciekającego czasu. Każdego ranka jak dzielę sobie dzień na piętnastominutowe interwały, jest tego dużo. Ale szybko ginie w tyglu rozpraszającej bieżączki. Jakąż trzeba mieć wewnętrzną dyscyplinę, aby nie stracić chwili? Zresztą sprawdza się dobrze stara myśl, że jeśli nie masz samodyscypliny, ktoś wprowadzi ci swoją dyscyplinę.
Czas, czas, jakże szybko ucieka. Ledwo pisałem poprzednie „Kolanko” a już trzeba kończyć to. Coraz bardziej trzeba się pilnować, żeby czasu nie marnować. Na nie potrzebne rozmowy i spotkania, zbędne wiadomości, filmy i programy telewizyjne nie warte oglądania, ludzi którzy niczym odkurzacze wysysają dobrą energię, emocjonalnych wampirów… Nie warto, bo czasu coraz mniej, pewnie połówka życia minęła przecież. Tempus edax rerum. Czas pożeracz rzeczy/wszystkiego…