Zanurzam się w zieleń pozanowojorską. Soczystą, gęstą, woniejącą i tajemniczą. Z wielkimi drzewami posplatanymi pnączami i naroślami. Zieleniącą się wszystkimi odcieniami tej barwy i rozbłyskującą światełkami świetlików, które tu i ówdzie jeszcze świecą, idąc o lepsze z niebieskim światłem ze smartfonów. Tu sarenka, tam jelonek, tu uroczysko, tam pagórek, tu orzeł, tam jastrząb. Ptaki ćwierkają, cykady cykają, grzyby rosną. Pełnia lata. Potrzebuję tej zieleni jak kania ddżu. Po wieżowcach i po gęstwie budowlanej, jaką jestem zewsząd otoczony, widok niezabudowanej przestrzeni z zielenią staje się moją elementarną potrzebą. Nie bez znaczenia są zapewne drzemiące w podświadomości pejzaże z dzieciństwa z polanami, lasami sosnowymi, wydmami, wrzosami, łąkami i rzeką świdrującą ku Wiśle. Coraz częściej odczuwam potrzebę oddalenia się od wszystkich i wszystkiego, wyciszenia i skupienia. Coraz bardziej pragnę zmniejszenia ilości spraw, tematów i wątków, które toczą się we mnie i wokół mnie. Coraz częściej pragnę, żeby było mnie mniej. Nie mam też już dawnej cierpliwości do stereotypów, schematów, rytuałów i tych samych zachowań. Parzy mnie uciekający czas. Może by tak do klasztoru na trochę? Najlepiej do eremu. Ale czy mnie przyjmą?

Przemierzając samochodem i pieszo podnowojorską przestrzeń podziwiam nierzadko ład urbanistyczny, z jakim jest zagospodarowana. Oczywiście nie wszędzie jest on taki sam, zdarzają się także chaos i niewyobrażalna wręcz brzydota, ale przeważa jednak myślenie krajobrazem i poszanowanie istniejącej przyrody. To w nią wtapia się powstające osiedla domków jednorodzinnych i szkół oraz zabudowań handlowych lub urzędowych. To wokół nich wyrasta przyroda nowa, ta ozdobna i ta dopełniająca przyrodę zastaną. Prawie nigdzie nie ma płotów i ogrodzeń. W Polsce odwrotnie. No i wszędobylski tam chaos, i co tu kryć – straszliwa wręcz brzydota budowlana. Nie wykształciliśmy w sobie myślenia krajobrazem jak np. Francuzi, Szwajcarzy, czy Norwegowie. Tam pierwsze, co się rzuca w oczy to ład i współbrzmienie architektury z przyrodą. Czyżby mieli oni większe od nas poczucie estetyki? Z badania przeprowadzonego przez CBOS wynika, że 82 Polaków nie ma zastrzeżeń natury estetycznej do przestrzeni, w jakiej żyje.

Na ulicach Midtown na Manhattanie jest coraz więcej ludzi. Parują. Ja też paruję. Upał nie do zniesienia. Uciekam jak najszybciej do domu. W tymże domu mam swój mini świat złożony głównie z książek, pamiątek, dzieł sztuki i widoków za oknami. Lubię w nim przebywać. O dziwo inni też ten mój świat lubią. Chętnie doń wracają. Niektórzy po latach, także ci marnotrawni. Owszem, cieszą mnie ich powroty, acz bywa, że w nowej rzeczywistości nie jest możliwe wskrzeszenie dawnych relacji. W każdym razie nie w tym samym natężeniu.

Wiesław Myśliwski – „Ktoś, kto nie pisze, też żyje w sobie, we własnej wyobraźni, a nie na zewnątrz. Na zewnątrz żyjemy w stereotypach. Żyjemy w tym, czego się nauczyliśmy, co nam się ciągle nadaje, co widzimy, co słyszymy, w co nas wciągają. Natomiast prawdziwie żyjemy tylko w sobie. Tylko w sobie jesteśmy wolni”.
W pracowni Jerzego Kubiny wchodzę wraz z przyjaciółmi w jego świat malarski. Jedyny w swoim rodzaju. Jego dzieła oczekują od widza skupienia i wyobraźni. Ba, współpracy myślowej. Im więcej się w nich widzi, tym lepiej. Kanwą są najczęściej rdzawe brązy i szarości na płótnach i jedwabiu. Kiedy sporadycznie zdarzają się między nimi złocistości, czerwienie, zielenie, czy błękity – niemal krzyczą. Im dłużej się z tymi obrazami obcuje, tym bardziej wciągają. Najbardziej przemawia do mnie cykl „Ziemia” oraz „Błękitny deszcz”. Wstrząsa wielkie „Memento mori”. Wstrząsa, ale nie przeraża.

 

Przeciwnie, przygotowuje na to, co się ze mną stanie, kiedy mnie już nie będzie. Jestem z tym pogodzony. Jurek jest kreatorem zwielokrotnionym. Nawet jak opowiada, to jest to kreacja narracyjna. Kocha malować, kocha tworzyć, nie kocha natomiast polityki. No, ale niech się tylko zacznie o niej mówić!… Pytam Jurka, jak sam określa styl swoich obrazów. Jest to po prostu kubinizm – odpowiada. I w rzeczy samej trudno o lepszą definicję – kubinizm i tyle. Aż tyle.
Życie bez komputera? Nie nie jest już możliwe. Próbuję na wyraju, przymuszam się, trenuję wolę, ale gdzie tam! Już się nie da.
Zaciekawia mnie biedna dzielnica murzyńska w Trenton. Podnieca swoiście. Gotowa scenografia dla teatru, gotowy plener dla filmu i dla malarzy. Znakomite pole obserwacji dla socjologów, etnologów i antropologów. Niektórych mieszkańców już znam niemal z widzenia. Nic nie robią przez cały dzień, ino wysiadują na ganku lub na schodach. Żebym ja tak mógł… Podobno to dzielnica równie niebezpieczna jak miasto Camden. Zapuścił bym się w nią na piechotę, ale trochę się boję. W końcu Murzyni o mało mnie nie zabili na Bronksie, w końcu dwa razy mnie napadli i okradli. Okradli też kilku znajomych. Spoko – nie buduję na tym żadnych rasowych teorii, lęk jednak pozostaje lękiem.
Lepiej żyć dla ojczyzny, czy dla niej umrzeć? Tak jakoś nasunęło mi się to pytanie 1 sierpnia w 72 rocznicę Powstania Warszawskiego.
Podczas spotkań młodzieży z papieżem Franciszkiem widzę wiele uduchowionych twarzy. Niektóre jakby wycięte z obrazów dawnych mistrzów. Niektóre pięknieją i subtelnieją w uduchowieniu. Jakiż to kontrast z obliczami, jakie się widzi na ulicach stolicy świata. Owszem, bywają piękne, ale ducha w nich ani śladu. Uśmiech Franciszka rozpromienia i opromienia wszystkich. Młodzi wpadają w zasłuchanie. Potrzebują autorytetu, potrzebują przywódcy. A jest kogo słuchać, bo mądry to papież. Gdybyż tak jeszcze jego słowa i apele trafiały nie tylko do serc, ale i rozumu! Kiedy patrzę na tłumy, jakie go otaczają i za nim podążają, mam wrażenie, że widzę lepszą część ludzkości. Może nawet najlepszą.
Podziwiam znakomitą organizację całych Światowych Dni Młodzieży. Znakomitą pod każdym względem! Nie nowa to sprawa, bo podczas wizyt Jana Pawła II i Benedykta XVI Polacy objawiali zdumiewające umiejętności organizacyjne i logistyczne. Objawili je także podczas manifestacji, strajków i akcji Solidarności. Okazuje się, że kiedy przychodzi co do czego – jakby to powiedział autor „Wesela” – “ to wisz pon, to my tu gotowi, my som swoi, my som zdrowi”. A już jak duch boski nad nami się unosi, to dokonujemy rzeczy pięknych, żeby nie powiedzieć – niemożliwych. Szkoda jeno, że ten duch tak nieczęsto nas nawiedza.