Poniedziałek noc
Pięć dni Papieża Franciszka w Polsce. Śledzone na żywo, dzięki transmisjom wideo Radia Watykańskiego poprzez media społecznościowe (do czegoś poważnego się jak widać też nadają). I muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. To przede wszystkim duchowość Franciszka, zakorzenienie przekazu w Ewangelii. I wrażliwość wynikająca z faktu, że jest zakonnikiem, jezuitą, a więc człowiekiem, który działał jako misjonarz, na obrzeżu Kościoła katolickiego lub wręcz na wrogiej Jezusowi ziemi. Do tego to reprezentant Ubogiego Świata Południa, który tak trudno często zrozumieć mędrkom z bogatej Północy.

 
Dla mnie Światowe Dni Młodzieży to ponowne odkrywanie jak różnorodny jest Kościół katolicki a jednocześnie jak uniwersalny w przekazie i swej otwartości. Proste słowa Franciszka po włosku – bez wydziwiania w gadce po dwa zdania w 45 językach. Wspaniały kontakt z młodymi katolikami zewsząd, bo w centralnym punkcie zawsze Ewangelia.

 
Wreszcie najbardziej dramatyczny i piękny moment wizyty: Papież uważany za ekologicznego, niemal multi-kulti, składający hołd świętemu Maksymilianowi Kolbe (którego miłośnicy podziałów zapewne wrzucą do worka z napisem ‘kościół rydzykowy”) w kombinacie śmierci Auschwitz. W kompletnej ciszy, w zaciemnionej celi śmierci, zwierzchnik Kościoła w białej szacie dotykający murów, będących świadkami najpodlejszego zgonu (z głodu, we własnych odchodach) i modlący się w miejscu, gdzie – jak mówił komentator – „nawet drzewa na zewnątrz wyglądają złowrogo”. Bez słów, bez międolenia tak charakterystycznego dla współczesności…

 
Czyż potrzebne większe świadectwo, że światło Zmartwychwstałego rozświetla nawet największe mroki? I że w tej Podróży Ku Dobru, nie jesteśmy sami, my wierzący, ale mamy wspaniały Kościół, duchownych, świętych, ale także „nasze babcie i mamy, dziadków” (z ich różańcami i moherowymi beretami często), do rozmów z którymi tak namawiał argentyński Ojciec Święty…

 
Pewna irytacja na masy komentatorów, dla których wszystko musi być przyziemne, mieć polityczne znaczenie, popierać A i krytykować B. Dobrze to ujął Krzysztof Wołodźko w moim ulubionym, internetowym magazynie idei www.nowakonfederacja.pl: Wiele powiedziano, że Franciszek jest dla współczesnych Polaków „trudnym papieżem”. Po długich latach „królowania” Jana Pawła II i dużo krótszych czasach jego „umiłowanego ucznia”, czyli Benedykta XVI, nastał czas Franciszka, papieża z „dalekiego kontynentu”.

 
Jan Paweł II był domownikiem, który pielgrzymował do Polski, by pocieszać i karcić swój naród, Benedykt XVI był przyjacielem domu, bliskim przez więź – po części realną, po części wyobrażoną – z „naszym papieżem”, a Franciszek odwiedził nas jak ktoś obcy – często traktowany nieufnie, dziwacznie „podzielony” w naszej debacie publicznej, afirmowany przez lewicę za wypowiedzi społeczno-gospodarcze i okołoekologiczne, krytykowany na prawicy za rzekomy nadmierny „humanitaryzm” nauczania.

 
Dokładnie tak! Przyznam, że najbardziej irytują mnie tzw. integryści. Prawicowi katolicy, głównie komentatorzy, którzy rozparci wygodnie na pluszowych kanapach przykładają Franciszka do własnego wzorca katolicyzmu. Katolicyzmu, dodajmy, bardzo wygodnego: bo przecież w Polsce można na luzie jechać komentarzem po bandzie, nikt nikomu nie poderżnie (jeszcze) gardła (jak we Francji czy Belgii) albo nie zarzuci płonącej opony na szyję (codzienność w Afryce) za katolstwo.

 
Wkurzają mnie – i znów podeprę się tekstem Wołodźki – napastliwcy Franciszka. Dla nich Papież nazwany „idiotą” przez jednego z prominentnych prawicowych publicystów czy wiecznie roześmiany Franciszek z selfików, bohater „Ewangelii według memów”. Dla naszych pluszaków-komentatorów, wszystko jest proste a Franciszek ma pasować do ich sztancy. Tymczasem, on jest inny a dla nas wierzących to prawdziwe błogosławieństwo i lekcja pokory. Ma rację Wołodźko, gdy pisze: Jan Paweł II uczynił ze swojego talentu aktorskiego narzędzie ewangelizacji, Benedykt XVI z kolei był dostojnym lecz łagodnie uśmiechniętym depozytariuszem Tradycji. Obecny papież w oknie na Franciszkańskiej był jak serdeczny duszpasterz, który lubi mówić o konkretnych sprawach. Uważam, że jego przekaz jest bardzo mądrościowy, ten „styl papieski” nawiązuje do starotestamentalnych pouczeń dotyczących dobrego życia z Bogiem – życia prostych ludzi, którzy chcą być wierni Ewangelii choć nie znają traktatów teologicznych. Franciszek, kaznodzieja opowiadający ludziom, nie znającym często teologicznych wygibasów, jak żyć w zgodzie z Ewangelią. Takim go zapamiętałem z tych pięciu dni w Polsce.

 

Wtorek rano
Jeszcze Franciszek w czasie prywatnego spotkania z polskimi biskupami. Z zapisu rozmowy. Franciszek mówi do polskiej braci biskupiej: To prawda, dechrystianizacja, sekularyzacja współczesnego świata są silne. Wręcz bardzo silne. Niektórzy jednak mówią: Tak, jest silna, ale widać przejawy religijności, jakby budził się zmysł religijny. Ale może to być także zagrożeniem. Myślę, że w tym tak zsekularyzowanym świecie mamy też inne niebezpieczeństwo, uduchowienie gnostyckie: owa sekularyzacja daje możliwość rozwoju nieco gnostyckiego życia duchowego. Przypomnijmy, że była to pierwsza herezja Kościoła: apostoł Jan atakował gnostyków – i to jak, z jaką siłą! – tam, gdzie jest duchowość subiektywna, bez Chrystusa. Moim zdaniem najpoważniejszym problemem owej sekularyzacji jest dechrystianizacja: usunięcie Chrystusa, usunięcie Syna. Modlę się, odczuwam… i nic więcej (…) Kościół – sierota: dzisiejszy gnostycyzm, ponieważ jest właśnie dechrystianizacją, bez Chrystusa, prowadzi nas do Kościoła, powiedzmy lepiej do osieroconych chrześcijan, do osieroconego ludu. A my powinniśmy sprawić, aby nasz lud to odczuł. Co mógłbym doradzić? Przychodzi mi na myśl – ale myślę, że jest to praktyka Ewangelii, gdzie zawarte jest nauczanie Pana – bliskość. Dzisiaj my, słudzy Pana – biskupi, kapłani, zakonnicy, przekonani świeccy – powinniśmy być blisko ludu Bożego. Ależ piękne słowa, nic nie trzeba dodawać.

 

Wtorek popołudniem
Powinienem czasem zamilknąć. Im więcej się wie i rozumie, tym mniejszą ma ochotę komentować, zaczerniać biały ekran literkami. Sporo hałasu, po co go mnożyć? Zbyt często niezbornie zapisuję co mnie trapi albo interesuje. I tylko fakt, że to zapiski „na kolanie”, z doskoku, dają wytłumaczenie. Małe. Ale jednak. Ileż znaczenia jest w milczeniu… tylko jak to przekazać milcząc?