Biczowanie Chrystusa – Piero della Francesca.

Biczowanie Chrystusa – Piero della Francesca.

To już ostatni tekst z tego cyklu. Nie dlatego, że temat został wyczerpany. Bynajmniej. Natomiast nastąpiło zmęczenie materiału. Autorskiego. Dosyć już, pora odpocząć.

 

Prezentowane przeze mnie historie dotyczyły osobliwych losów obrazów, zaginionych, kradzionych i odnajdywanych (albo nie), ich niejasnego pochodzenia; teksty te traktowały o dziełach dziwnych, zagadkowych, pełnych tajemnic, sekretów często do dziś nie rozwikłanych. Historycy sztuki od lat łamią sobie nad nimi głowy.

 
Ale czyż nie większą tajemnicę zawierają, na przykład, płótna francuskiego artysty Jeana Baptysty Chardina? Malował garnki, patelnie, szklanki… Dlaczego na miedziany rondel Chardina patrzymy z zachwytem, a taki sam w kuchni omiatamy obojętnym spojrzeniem? To jest tajemnica! Konie, krowy i kury George Stubbsa są po prostu urocze; zwierzyna domowa w rzeczywistości – nie koniecznie. To prawdziwe sekrety sztuki.

 

Autorzy własnych opowieści

 
Nie trzeba wnikać w zawiłości historii malarstwa. Każdy z nas może stworzyć podobne „opowieści muzealne”. W jaki sposób? Wystarczy pójść do muzeum – choć dziś nie trzeba nawet fizycznie gdzieś się udawać. Zwiedzać muzea świata można, nie ruszając się od komputera. Obejrzeć zawartość jednej czy drugiej galerii. Obraz, który się spodobał, który zwrócił uwagę, na pewno ma jakąś historię, zawiera jakąś osobliwość w sobie, albo jest coś interesującego w dziejach tego płótna. Wystarczy poszperać w internecie, zacząć przeszukiwać ów wirtualny świat, aby niemal na pewno natknąć się na informacje, które staną się budulcem do kolejnej gawędy.

 
Innymi słowy: dość już biernego przyswajania. Stańmy się, czytelnicy „Kuriera Plus”, aktywnymi twórcami własnych opowieści. Przy takim podejściu stwierdzimy, ile za pozornie oczywistym, bezproblemowym przedstawieniem na płótnie kryje się zagadek, tajemnic, albo przynajmniej powikłanych ludzkich losów. Ujęte w ten sposób będą ciekawe, fascynujące – czy to odnośnie prezentowanej sceny, czy w przypadku modela/modelki, albo artysty, bądź wreszcie ludzi, którzy obraz zawiesili na ścianie. Malowidło zmieniało właścicieli, wędrowało z kraju do kraju. Dzieło sztuki żyje. To nie martwy przedmiot, kawałek deski czy płótna w obramowaniu. Muzeum nie jest grobowcem sztuki. Przeciwnie, buzuje, kipi, wre od namiętności, sensacji, emocji, pragnień i rozczarowań. Przechodzimy obojętnie obok pierwszego trzeciego, dziesiątego obrazu. Nuda…

 
Nieprawda. Wielki spektakl ludzkich losów w dziejach. Tylko trzeba zajrzeć trochę głębiej, poszperać trochę w historii. A nade wszystko, bliżej przypatrzeć się obrazowi. Zwrócić uwagę na szczegóły, a w tym wszystkim zastanowić się, dlaczego? Dlaczego artysta namalował tak, a nie inaczej, dlaczego obrał taki temat, a nie inny, czemu włączył do przestawionej sceny takie właśnie elementy?

 
Na obrazie jednego z największych twórców włoskiego renesansu, Piero della Franceski, „Biczowanie”, w pobliżu katowanego Jezusa stoją trzy postaci. Rozmawiają, jakby zupełnie obojętne wobec rozgrywającej się tragedii. Nie zauważają tego, co się dzieje? Nie interesuje ich to? Zadajmy szkolne pytanie: co artysta chciał przez to powiedzieć? Może nie doszukamy się odpowiedzi. Nieważne, bo na pewno znajdziemy własną odpowiedź: co my, dziś, tu, w Nowym Jorku czy gdzie indziej, chcemy przez dzieło della Franceski (albo innego artysty) powiedzieć? Nawet nie zaglądając do źródeł historycznych, stwórzmy własną opowieść, której kulminacyjnym ujęciem będzie obraz włoskiego artysty.

 
Reżyser i pisarz, Lech Majewski, zrealizował fascynujący wizualnie film „Młyn i krzyż” (dostępny na YouTube), jako swoistą „opowieść muzealną” do obrazu Petera Breughla „Droga krzyżowa”. Stworzył całą, rozwijającą się w czasie historię dopisaną do nieruchomego płótna flamandzkiego mistrza.

 

Nauczmy się patrzeć

 
Prawda, w dzisiejszych czasach nastąpiła wielka dewaluacja obrazów. Coraz głębiej pogrążamy się bezmiarze wizualnych przedstawień. Fotografie krążą z niesamowitą prędkością, codziennie pojawia się w przestrzeni elektronicznej tysiące nowych zdjęć. Nie jesteśmy w stanie ich przetworzyć – przyswoić sobie, zinterpretować, wpasować w nasz system wrażliwości. Zmęczenie, obojętność. Ślizgamy się po powierzchni. Rzucamy tylko okiem na jeden wizerunek, bo już idzie następny i dalszy. Nie wiemy, kto ważny, kto ma coś do powiedzenia, a kto tylko pstryknął kolejną fotkę.

 
Dziś przecież nie jest ważne, co się przedstawia; istotne jest sam akt zrobienia zdjęcia. Nie co, ale kto? Ponieważ miliony ludzi robi zdjęcia, więc najważniejszy będę ja sam, autor. I przechodzimy do następnego i kolejnego: zdjęcie, zdjęcie, zdjęcie… Ja, ja, ja…

 
Wyzwólmy się spod tyranii obrazów. Jak powtarza znakomita artystka, Jagoda Przybylak, mieszkanka Greenpointu, przestaliśmy patrzeć. W obliczu tego potopu wizerunków tak naprawdę zatraciliśmy umiejętność patrzenia, nie widzimy – ani fotografii, ani rzeczywistości. Jej rada? Zatrzymać się w tym szaleńczym pędzie, przyjrzeć się starym fotografiom, przypatrzeć się obrazom dawnych mistrzów. Dziełom tych, którzy widzieli, potrafili spojrzeć na rzeczywistość i ująć ją w rygorze wizerunku. Innymi słowy, musimy zwolnić tempo życia, wyjść na chwilę ze strumienia, ba – rwącej rzeki bieżącego dnia i zatrzymać się chwilę, zastanowić. Musimy nauczyć się na nowo wrażliwości na sztukę, na świat przedstawiony, a to oznacza w konsekwencji – na otaczającą nas rzeczywistość.

 
Stosunek do obrazów jest szczególnym przypadkiem naszego stosunku do świata, do tego, co wokół nas. Jeśli nie widzimy w realiach codzienności niczego ciekawego, jeśli nas nudzi i zobojętnia, to znaczy, że nie umiemy patrzeć, tak naprawdę nie widzimy tego, co nas otacza, na co się natykamy. Pora zacząć patrzeć. Zacznijmy od obrazów…