Bracia: Zapomnieliście o napomnieniu, z jakim Bóg się zwraca do was jako do synów: „Synu mój, nie lekceważ karcenia Pana, nie upadaj na duchu, gdy On cię doświadcza. Bo kogo miłuje Pan, tego karci, chłoszcze zaś każdego, którego za syna przyjmuje”. Trwajcie w karności! Bóg obchodzi się z wami jak z dziećmi. Jakiż to bowiem syn, którego by ojciec nie karcił? Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się radosne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości.

 
Hbr 12, 5-7. 11

 

Ks. Mark Link w jednym ze swoich kazań przytoczył list młodego człowieka. Oto jego treść: „Byłem jednym z najlepszych kanadyjskich pływaków w mojej kategorii. Pewnego dnia moi przyjaciele namówili mnie do zażycia narkotyków. I tak to się zaczęło. Wkrótce byłem uzależniony. Zacząłem tracić zdrowie zarówno fizyczne, psychiczne jak i duchowe. Było ze mną bardzo źle. Wiedziałem, że zmarnowałem życie. Straciłem przyjaciół i poczułem się bardzo samotny i zalękniony. Na domiar złego byłem zadłużony u dilerów narkotyków na trzy tysiące dolarów. Samobójstwo jawiło się mi jakie jedyne w wyjście z tej trudnej sytuacji. Podjąłem decyzję samobójstwa i nawet napisałem pożegnalny list do rodziców: ‘Drodzy rodzice, przykro mi bardzo, że sprawiam wam taki ból. Proszę nie martwcie się zbytnio. Gdybym jednak żył, to sprawiłbym wam jeszcze więcej bólu. Kocham was i całą rodzinę. Christopher”. Zacząłem pić, aby przezwyciężyć strach.

 
W ostatniej chwili coś mnie powstrzymało. Chwyciłem słuchawkę i zadzwonieniem pod Kryzysowy Numer Telefonu Zaufania. Nie wiedziałem wtedy, że moja matka żarliwie modliła się w mojej intencji. Kilka dni później rozpocząłem program rehabilitacyjny dla narkomanów. Wkrótce wróciłem do zdrowia zarówno fizycznego jak i duchowego. Zacząłem wtedy czytać Biblię. Im więcej czytałem, tym bardziej doświadczałem pokoju i radości. To doprowadziło mnie do bezgranicznego zaufania Bogu.

 
W międzyczasie potęgowało się we mnie pragnienie pełniejszego poznania Jezusa. Może to śmieszne, ale błagałem Go na kolach, aby był ze mną w moim życiu, nie zdając sobie sprawy, że On już jest przy mnie. Od tego czasu minęło już pięć lat. Czuję wyraźnie Boże błogosławieństwo. Uczę w katolickim liceum, udzielam się w mojej wspólnocie parafialnej. Ciągle jednak uczę się jeszcze pełniejszego otwarcia na miłość i miłosierdzie Boga. Chris”.

 
Powyższa historia jest piękną ilustracją Ewangelii na dzisiejszą niedzielę. Ktoś z tłumu zapytał Jezusa: „Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?” Zanim usłyszymy odpowiedź na to pytanie zastanówmy się czym jest zbawienie. Ogólnie mówiąc jest ono uwolnieniem z niebezpieczeństwa i cierpienia, ocaleniem i zwycięstwem.

 
Biblia używa czasem słów ‘zbawiony” lub ‘zbawienie” odwołując się do tymczasowego, cielesnego uwolnienia, jakie doświadczył św. Paweł w więzieniu. Częściej jednak słowo ‘zbawienie” dotyczy wieczności, duchowego uwolnienia. Jezus utożsamia zbawienie z wejściem do królestwa Bożego. I w tym duchu wypowiada się na ten temat sługa boży ks. Franciszek Blachnicki, założyciel i duchowy ojciec Ruchu Światło-Życie:

 
„Zbawienie znaczy więc tyle, co życie wieczne, życie pełne, życie nie zagrożone śmiercią. Wszystko, co prowadzi do takiego życia, nadaje naszemu życiu sens, natomiast wszystko, co staje na drodze do takiego życia, co jest przeszkodą, to wszystko pozbawia życie sensu. Otóż z takiego pojęcia zbawienia w znaczeniu jakimś pełnym, ostatecznym, wynika, że zbawić człowieka może tylko Bóg, bo tylko Bóg jest źródłem życia. Człowiek nie ma w sobie źródła życia. Człowiek zawdzięcza swoje życie Bogu. Człowiek żyje dzięki Bogu. I dlatego tylko Bóg może wybawić człowieka od śmierci i dać mu życie po śmierci, dać mu życie wieczne, czyli zbawienie”.

 
Jezus odpowiadając na to pytanie „Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?” powiedział: „Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie zdołają”. Wąskie drzwi sugerują, że możemy usiłować wejść do Królestwa Bożego szerokimi drzwiami. Nie trzeba się wtedy przeciskać, można przejść przez nie wlokąc za sobą wiele zbędnych ziemskich tobołów.

 
Christopher, którego list przytoczyłem na wstępie, aby znaleźć się gronie najlepszych pływaków musiał zdobyć się na wiele wyrzeczeń. Treningi pochłaniały wiele czas i kosztowały wiele wysiłku, musiał rezygnować z wielu przyjemności. Używając ewangelicznego języka osiągnął ten sukces, wchodząc przez wąskie drzwi. Te wyrzeczenia owocowały radością i satysfakcją zdobywanych medali.

 
Aż przyszedł moment, gdy Christopher postanowił wejść do radości życia szerokimi drzwiami, drzwiami łatwizny życiowej. Pierwsza dawka narkotyków tak łatwo otwarła przed nim szeroko drzwi radosnego uniesienia. Jednak była to złudna radość, prowadząca do nikąd, rujnująca całe życie i popychająca do destrukcji. Dobrze, że w czas przyszło opamiętanie i przez wąskie drzwi wyrzeczeń wracał do normalnego życia, został ocalony, zbawiony. Wróciła zwykła codzienna radość, która nieraz była okupiona wyrzeczeniem.

 
W tych wąskich drzwiach odnalazł ocalenie od ziemskiej klęski i zrozumiał naukę Chrystusa o wąskich drzwiach, o których słyszymy w dzisiejszej Ewangelii. Życie ziemskie Christophera wypiękniało, jak ścieżka pośród kwiatów, która prowadzi do radości zbawienia. Wtedy to czujemy powiew łagodnego wiatru, zapach żniwnych pól, dotyk życzliwej ręki. A gdy zdążamy do szeroko otwartych drzwi zatracenia, Bóg daje nam szansę zejścia na drogę prowadzącą do wąskich drzwi, za którymi nasza ofiarna miłość zakwita najpiękniejszymi kwiatami wieczności.

 
Jednak Chrystus przestrzega, że te wąski drzwi mogą być zatrzaśnięte przed nami przez Pana domu: „Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas, stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: ‘Panie, otwórz nam!”, lecz On wam odpowie: ‘Nie wiem, skąd jesteście”„. Może to mieć miejsce, gdy w czasie naszego zdążania do szerokich drzwi, pogoni za wszelką cenę za przyjemnościami światowymi nagle przestaniemy czuć ciepło promieni słońca i podmuch łagodnego wiatru, bo wszystko zostanie okryte cieniem śmierci. Aby jednak nie było za późno Chrystus upomina nas w Ewangelii: „Odstąpcie ode Mnie wszyscy, którzy dopuszczacie się niesprawiedliwości!”

 
Ktoś powiedział, że są trzy rodzaje chrześcijan. Chrześcijanin – holownik. Są to ludzie, którzy idą za Chrystusem nie tylko w czasie słonecznej pogody, gdy wszystko dobrze się układa, ale także w czasie sztormu trudnych doświadczeń życiowych. Idą za Jezusem nie tylko wtedy, gdy sprzyja im wiatr i fale, ale także wtedy, gdy wiatr jest przeciwny. Uczestniczą we Mszy św. nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy powiedział: „To czyńcie na moją pamiątkę”. Pomagają innym ludziom nie dlatego, że im się to podoba, ale dlatego, że Jezus nakazał: „Abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem”. To oni przechodzą przez ewangeliczne wąskie drzwi.

 
Chrześcijanin – żaglowiec. Są to ludzie, którzy idą za Chrystusem gdy fala i wiatr im sprzyjają. Kiedy wiatr jest przeciwny odstępują od Chrystusa i Jego nauki. Chodzą do kościoła na Mszę św. bo czynią to ich znajomi i przyjaciele, bo tak wypada. Ale gdy zabraknie tej presji nie zobaczysz ich w kościele. Pytają często jak daleko można się posunąć, aby nie zgrzeszyć, zamiast ile jeszcze powinienem zrobić dla miłości. Podążają oni za Jezusem przez szerokie drzwi, a niechętnie spoglądają na wąskie. Podążają za Chrystusem bardziej ze względu na tradycję, rodzinę i przyjaciół niż naukę Ewangelii. Można ich zobaczyć najczęściej dwa razy do roku w kościele na Boże Narodzenie i Wielkanoc.

 
Wreszcie chrześcijanin- tratwa. Są chrześcijanie tylko z nazwy. Nie podążają za Chrystusem nawet, gdy sprzyja im wiatr i fala. Jeśli idą za Chrystusem to tylko dlatego, że ktoś ich ciągnie lub popycha w tym kierunku. Praktykują wiarę nie dlatego, że chcą, ale muszą. Takie tratwy możemy często spotkać na mszach pogrzebowych lub ślubnych.

 
Tak oto staje przed nami pytanie: Czy jestem chrześcijaninem- holownikiem, żaglowcem, czy tratwą?