Reforma mediów publicznych ma na celu poddanie ich kontroli politycznej ze strony partii rządzącej. Następuje to na przekór zapowiedziom wiceministra kultury Krzysztofa Czabańskiego, który właśnie został szefem Rady Mediów Narodowych. Tylko kto z tej partii będzie je kontrolował?

Pierwszą decyzją RMN było odwołanie Jacka Kurskiego z funkcji prezesa Telewizji Polskiej. Jednak drugą decyzją Rady było przywrócenie go na to stanowisko po kilku godzinach. Nastąpiło to na żądanie Jarosława Kaczyńskiego, do którego odwołał się Kurski. Tyle zostało z obietnic oddzielenia mediów publicznych od polityków obozu rządowego.

Już pierwszego dnia działalności Rada podważyła oficjalny sens swego istnienia. Tylko ktoś naiwny mógł brać poważnie zapowiedzi, że RMN będzie pilnowała niezależności TVP, Polskiego Radia i Polskiej Agencji Prasowej od polityków u władzy. Ktokolwiek rządził w Polsce miał kontrolę nad mediami publicznymi. Kontrolowała je także Platforma Obywatelska, jednak robiła to pośrednio i bardziej elegancko.

Rada Mediów Narodowych przejęła kilka najważniejszych uprawnień Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, w tym faktyczną obsadę kierownictwa TVP. Pamiętajmy, że KRRiT nie mianowała bezpośrednio zarządu Telewizji Polskiej ale tylko jej radę nadzorczą, i ta dopiero mianowała zarząd. Dzięki temu powstawało złudne wrażenie izolacji TVP od polityków. Oczywiście KRRiT ustalała w zakulisowych uzgodnieniach z obozem rządowym, kto wejdzie do rady nadzorczej i kto zostanie prezesem. Przewodniczącym KRRiT był Jan Dworak, prywatnie przyjaciel prezydenta Bronisława Komorowskiego a jej członkowie sympatyzowali z Platformą.

Obecnie jest podobnie. Szefem Rady jest Krzysztof Czabański, bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego od dziesięcioleci. Członkami rady są posłowie do Sejmu, troje z PiS, jeden z PO i jeden z Kukiz ‘15. Różnica polega na tym, że Rada bezpośrednio mianuje szefów mediów publicznych. Natomiast sympatyczną nowością jest nakazana ustawą obecność w 5 osobowej Radzie po jednym przedstawicielu dwóch największych partii opozycyjnych. Wprawdzie partia rządząca ma zagwarantowaną przewagę głosów a więc swobodę decyzji, jednak opozycja ma bezpośredni wgląd w pracę Rady. Dzięki temu jest dużo trudniej coś ukryć przed opinią publiczną. Udział opozycji w Radzie to cukierek na osłodę przejęcia pełnej kontroli przez partię rządząca.

Walka w PiS o to, które środowisko będzie miało większy wpływ na program i pobór pieniędzy z TVP odbywa się przy otwartej kurtynie, ku uciesze opozycji i wrogich PiS mediów. Grupa braci Karnowskich związana z portalem wPolityce oraz tygodnikiem wSieci dowodzi, że usunięcie Kurskiego to atak na władzę Jarosława Kaczyńskiego bo to on zrobił go prezesem TVP. Oskarżenie o bunt przeciwko władzy Kaczyńskiego to próba zadania śmiertelnego ciosu przeciwnikowi.

Jednak Krzysztof Czabański, tygodnik DoRzeczy i Tomasz Sakiewicz z „Gazety Polskiej” głoszą z kolei, że Kurski jest złym prezesem, bo za wolno wprowadza zmiany i wydaje chaotyczne decyzje personalne. Nie ma też planu prowadzenia misji oświatowej przez TVP. Zdaniem Czabańskiego w tej wojnie chodzi o „ogromne interesy, które żerują na pieniądzu publicznym albo mają nadzieję na nim żerować”. Natomiast Sakiewicz pisał, że zanim bracia Karnowscy zaczną rozdzierać szaty w obronie „świetnego” prezesa TVP powinni ujawnić, ilu z nich ostatnio podpisało lub podpisuje kontrakty w telewizji.

Kurski nie pozostaje dłużny. Atakuje Czabańskiego za brak obiecanej przed wyborami parlamentarnymi ustawy o finansowaniu TVP z opłat ściąganych przy poborze prądu – zamiast abonamentu, bo abonament płaci tylko kilka procent starszych widzów. Czabański zapomniał, że na wprowadzenie nowej opłaty trzeba uzyskać zgodę Unii Europejskiej, co zajmuje wiele miesięcy czasem ponad rok i wcale nie jest pewne. Prezes TVP skarży się na brak również obiecanej ustawy, która pozwoliłaby zwolnić wszystkich pracowników TVP, część z nich przyjąć na nowo i tak pozbyć się „złogów” postkomunistycznych. Byłaby to okazja niepowtarzalna w naszym pokoleniu uczynienia z TVP istotnie Telewizji Polskiej.

W PiS występuje tendencja jak ze starej piosenki Agnieszki Osieckiej „Co się polepszy to się popieprzy”. Kiedyś celował w tym Kaczyński sabotując swe sukcesy ryzykownymi wypowiedziami, ale zmądrzał. Regułę więc zaczęło stosować jego otoczenie. Próba usunięcia Kurskiego bez zgody prezesa PiS była dużym błędem Rady – jej członkowie za bardzo uwierzyli w swą niezależność. Również moment zwolnienia prezesa TVP tuż po sukcesie obsługi dziennikarskiej Światowych Dni Młodzieży a wcześniej szczytu NATO w Warszawie dowodzi braku wyczucia. Szkoda tylko, że marzenie o dobrej i niezależnej Telewizji Polskiej pozostanie marzeniem.