Pisałem przed tygodniem o wielokulturowym tłumie w nowojorskim wagonie metra, i jak turysta lub świeży emigrant zachwyca się tą różnorodnością.

Problem jednak mam z wielokulturowością. Ci ludzie w metrze nie mają ze sobą nic wspólnego, oprócz faktu rezydowania w tym samym kraju i mówienia w jego języku, gorzej lub lepiej. Ja też nie mam nic z nimi wspólnego oprócz tego, że nas stąd nie deportują.

Rasy nie mieszają się, nie mieszają się też przedstawiciele różnych narodowości. Z braku wspólnego mianownika, ludzie z przeciwnych krańców świata nie nawiązują ze sobą związków i przyjaźni.
Chętnie wszyscy porównują Amerykę z Europą. Tam faktycznie idea multikulti trzeszczy w posadach za sprawą fali zamachów terrorystycznych, pod którymi na ogół podpisują się, rezydujący tam legalnie, muzułmanie.

Nie jestem ekspertem od spraw Europy, skoro tylko jestem tam gościem, zwykle w drodze do Polski. Widzę niemniej, że kiedyś ładna i spokojna dzielnica Paryża wygląda teraz jak Algier, a ta część Londynu, w której kiedyś mieszkałem została przeniesiona gdzieś na Bliski Wschód. Są to osobne dzielnice i choć ich mieszkańcy są od urodzenia obywatelami i mówią po francusku/angielsku/niemiecku płynnie i bez akcentu, tworzą jednak państwo w państwie. Nie miejsce tu analizować jakie są tego przyczyny. Ja widzę jedynie, że np. na Wyspach Brytyjskich tworzą się wyspy zupełnie innej, impregnowanej na wpływy, kultury.

W Nowym Jorku nie ma za bardzo takich dzielnic. Może od biedy jest to Flushing z ludnością chińską i koreańską. Brighton Beach jest coraz mniej rosyjski, Greeenpoint coraz mniej polski, a East Village już dawno nie jest ukraińska. Są jakieś mikrodzielnice, ulice gdzie w każdym mieszkaniu gnieżdżą się rodziny z Meksyku a w innej, z Indii. Niemniej nie mamy poczucia, że tak będzie na zawsze. Przeciwnie – dzieci tych imigrantów, choć ciągle śniadolice, będą już mówiły głośnym gardłowym angielskim amerykańskim, obficie ukraszonym słowem „like” i innym, zaczynającym się na „f”.

Co łączy pierwsze pokolenie imigrantów? Nic. Polacy spotykają się i żenią z Polkami, Meksykanie z Meksykankami. Wyjątkiem są przebojowe i atrakcyjne ruskie dziewczyny; spotykają się i wychodzą za mąż za mężczyznę, który ma obywatelstwo i pieniądze. To są prawdziwe kosmopolitki. Chinki takie nie są i Koreanki też nie.

W rodzinach imigrantów rodzice naciskają, aby przyjaźnić się i spotykać ze swoimi. O ile jeszcze Polacy tolerują amerykańskiego boyfrienda tu i ówdzie, to Chińczycy absolutnie nie akceptują w rodzinie kogoś innej narodowości. Co ciekawe, także w następnym pokoleniu Chińczyków i Koreańczyków w Ameryce zauważamy, że zwykle wybierają na partnera kogoś swojej narodowości, nawet jeśli rozmawiają z nim wyłącznie po angielsku. Zapewne w pokoleniu kolejnym już będą to związki azjatycko-amerykańskie ale na razie lepiej czują się z kimś o tych samych obyczajach i kulturze.

Czy istnieją pary mieszane? Istnieją, ale jest ich bardzo mało. Paradoksalnie, to w Europie częściej spotka się pary czarno-białe. Tu jeśli już, przystojny i umięśniony Murzyn ma w posiadaniu dużą, grubą i brzydką białą dziewczynę, która jest dumna, że ją chciał. Albo jest to biały facet, który raczy spotykać się z Murzynką, jeśli tylko nie jest zbyt czarna i jeśli jest naprawdę piękna i superzgrabna.
Latynosi kiszą się we własnym sosie, my kisimy się we własnym, kapuścianym. Nie tylko różni nas kolor skóry – także inne tradycje, kuchnia, budowa ciała (więc i preferencje seksualne), wykształcenie, temperament, religia. Różni nas wszystko.

W tradycyjnym, homogenicznym społeczeństwie wszystko jest poukładane jak klocki: ludzie poznają ludzi w swojej grupie wiekowej, na podobnym poziomie wykształcenia, atrakcyjności, zamożności. Spiker polskiej telewizji spotyka się z laską, która produkuje filmy. Młody naukowiec lubi towarzystwo doktorantki. Robotnik z Konina lubi sklepową z Konina. Bogaty biznesmen bierze sobie za żonę najatrakcyjniejszą dziewczynę w całej Juracie a dużą różnicę wieku rekompensuje jej masażami w Tajlandii, surfowaniem w Australii i zakupami w Złotych Tarasach. Nawet jednak ten ostatni „mezalians” wpisuje się dobrze w społeczne reguły.

Te reguły kierują i dziś społeczeństwem argentyńskim, tajskim, koreańskim, rosyjskim. Na tym tle ten amerykański, nowojorski zwłaszcza, miszmasz, nie trzyma się kupy. Za dużo tu różnic, za dużo wektorów skierowanych w przeróżnych kierunkach. Ja, średniolatek z Warszawy, z wyższym wykształceniem, pracujący całe życie głową, nie mam nic wspólnego z 90 procentami ludzi tu przybywających. Mogę po chrześcijańsku życzyć im wszelkiej pomyślności, dam żebrakowi i grajkowi dolara, przytrzymam drzwi krępej Meksykance, odpowiem coś wesoło grubej Murzynce z Jamajki, ale jesteśmy z innych planet. Nawet jeśli los rzucił nas chwilowo do wspólnej pracy w sklepie, na budowie, nie czujemy powinowactwa. Nie odwiedzimy się w swoich domach, nie wymienimy adresów i telefonów.

Znowu – w Warszawie, Seulu lub Zurychu spotykamy codziennie ludzi, którzy mogą nam pomóc, z którymi chcielibyśmy się zaprzyjaźnić, robić coś razem. Ograniczamy się do swojego pokolenia, miasta, profesji ale i tak te grupy są duże i łatwo je znaleźć. Gdzie tu, w Nowym Jorku, znaleźć przyjaciela? Narzeczoną? W autobusie miejskim? Na kursie jogi? W drogim sklepie z żywnością organiczną? Przecież od razu trzeba wyeliminować 90 procent osób, bo są za stare, za młode, za grube, za brzydkie, za ciemne, za jasne.

Tak naprawdę ten różnobarwny, wielokształtny tłum w wagonie metra zupełnie nas nie obchodzi. Patrzymy na tych ludzi jak na zwierzęta różnych gatunków, które umieszczono razem na wybiegu. Nie pogryzą się, bo wtedy groziłaby im deportacja z zoo. Ale też nie będą się ze sobą parzyć.