Początki Las Vegas, gdy rządzili gangsterzy.

Początki Las Vegas, gdy rządzili gangsterzy.

Gangster należy do głównych bohaterów masowej wyobraźni Amerykanów. Wciela zbójecką wersję ideału pioniera. Przemocą bierze w posiadanie terytoria, żeby je poddać kapitalizmowi. Pieniądz jest jego wiarą, siła nadzieją i nikt nie mówi o miłości.

To przeznaczenie Amerykanów, ale również gangsterów, wyraża Manifest Destiny. Manifest jest przekonaniem powstałym w XIX wieku, że biali osadnicy europejscy muszą zająć całą Amerykę Północną aż do Pacyfiku. Mieli pokazać zepsutemu Staremu Światu, że na dziewiczym terenie potrafią zbudować purytańską cywilizację cnoty.

Misję przejęli prezydenci amerykańscy, jako ideał szerzenia na całym globie Pax Americana. Woodrow Wilson ogłosił więc 14-punktowy plan zakończenia I wojny światowej, zaś George Bush wydał wojnę w Iraku, która miała zaszczepić demokrację na Bliskim Wschodzie.

Najgorsze miejsca z najlepszą muzyką
Poza kilku historykami mało kto wie, że gangsterzy byli animatorami kultury prawdziwie masowej. Mając purytańską moralność w głębokiej pogardzie mogli dawać prostakom to, czego tylko zapragnęli. Pierwsi członkowie mafii sycylijskiej przybyli do Nowego Orleanu w latach 1860. Przejęli wtedy kontrolę nad gospodarką szarej strefy: domami publicznymi, barami i klubami nocnymi. Właśnie tam rozkwitł jazz.
Porządnym Amerykanom jazz wydawał się muzyką czarnych kryminalistów ale Murzyni i Włosi pracujący w dokach Mississippi lubili do niej tańczyć. W 1917 r. Louis Armstrong dostał pierwszą wypłatę za grę na trąbce w tawernie należacej do Henry Matranga, największego przestępcy początku XX wieku w Ameryce, jak podaje historyk Thaddeus Russell.

Włoscy oraz żydowscy gangsterzy prowadzili sławne kluby jazzowe Nowego Jorku i Chicago. Miłośnikiem jazzu był Al Capone. Jako pierwszy patron regularnie płacił muzykom hojne stawki, a za koncert życzeń dawał im 100-dolarowe napiwki. Niczym prawdziwy mecenas sztuki wydobył artystów z nędzy. Kluby Chicago wprowadziły jazz do kultury Ameryki. „Najgorsze miejsca na State Street zawsze miały najlepszą muzykę”, wspominał pewien muzyk. „Nie było by Wieku Jazzu i bardzo mało jazzu wogóle gdyby nie biali gangsterzy, którzy wzięli pod swe skrzydła czarnych i białych muzyków”, mówi badacz Jerome Charyn.

Broadway to też bękart gangsterów. Do powstania centrum teatralno-muzycznego przyczynił się legendarny Arnold „Mózg” Rothstein. Przekształcił zorganizowaną przestępczość w biznes zarządzany niczym korporacja. Zorganizował sieć informatorów, którym dobrze płacił dzięki zapleczu finansowemu w środowisku żydowskich bankierów. W wieku 30 lat stał się milionerem w latach 1920-tych, gdy milion dolarów to były poważne pieniądze.

Rothstein kontrolował cały handel narkotykami w Ameryce ale zaczął również poważnie inwestować w teatry rewiowe Nowego Jorku. Miał nieoficjalne biuro w restauracji Lindy’s na rogu 49 Ulicy i Broadway’u. Lubił prowadzić interesy stojąc przed lokalem w otoczeniu goryli, przyjmując zakłady i pobierając długi od przegranych klientów. Uważany za „Mojżesza” żydowskich gangsterów, za pieniądze rozstrzygał spory w środowisku i pośredniczył między nimi a władzami miasta. Jego mecenat teatralny sprawił, że Broadway stał się najważniejszym centurm kulturalnej rozrywki w Ameryce. Zresztą Rothstein świecił przykładem także kultury bycia. Gangster Lucky Luciano przyznał, że nauczył się od jego, jak dobrze się ubierać.

Pierwsi po gwiazdorach
Prohibicja wprowadzona przez siły purytańskiej cnoty w roku 1920 wcale nie przybliżyła Amerykanom nieba, jednak gansterów wyniosła na szczyty społecznej hierarchii. Tylko w pierwszych dwóch latach zakazu sprzedaży alkoholu spożycie wina mszalnego – wyjętego z zakazu – wzrosło o osiemset tysięcy galonów, czyli około 300 tysięcy litrów! Na pewno nie księża to wypili. W każdej dzielnicy każdego miasta działały lokale z nielegalnym wyszynkiem. Na samym Mahattanie było ich pięć tysięcy, a każdy zakazany. Kiedy na Coney Island, plaży na Brooklynie, przemytnikom alkoholu udało się uciec straży przybrzeżnej, wiwatowało im tysiące ludzi. Gangster stał się ludowym bohaterem.

Dziesięć lat po wprowadzeniu prohibicji magazyn przemysłu rozrywkowego „Variety” przeprowadził ankietę, kto jest najbardziej znany. Na pierwszym miejscu znalazły się gwiazdy filmowe. Na drugim gangsterzy. Na trzecim sportowcy a politycy na czwartym.

Gangsterzy popularność zawdzięczali prasie, która stale pisała o ich zbrodniach i mniejszych przestępstwach. A największy rozgłos przyniósł film gangsterski; stał się najbardziej lubianym gatunkiem kina. Trzy filmy o największych dochodach z tego okresu to „Mały Cezar”, „Wróg publiczny” i „Scarface”. Pierwsze dwa opowiadają o Al Capone, a ostatni o życiu Hymiego Weissa, szefa żydowskiego gangu lat 1920. We wszystkich trzech fabuła jest opowiedziana z punktu widzenia gangstera, choć poprzednio byli pokazywni jako podli przestępcy. Teraz potraktowno ich ze współczuciem i czułością.

Mały Cezar to mały oszust z małego miasta, który robi dużą karierę w Chicago: staje na czele syndykatu zbrodni dzięki swej odwadze, inteligencji i wytrwałości. Jego śmierć jest tragedią, zamiast wymierzeniem sprawiedliwości.

W drugim filmie tytułowy Wróg Publiczny też zaczyna jako rzezimieszek i wspina się na szczyt gangu. Bezwzględny i bystry zdobywa sympatię widza, który musi żałować jego śmierci.

Scarface jest najbardziej bezczelny, tu postać nawiązująca do Al Capone wygłasza swoje credo: zrób to pierwszy, zrób to sam i rób to dalej. Gdy wychodzi z więzienia, krzesi zapałkę pocierając o metalową plakietkę policjanta, aby przypalić papierosa.

Publiczność to uwielbiała. Wymęczona Wielkim Kryzysem kochała bohaterów antysystemowych. Ale nie komunistów, tylko gangsterów chciała na ekranach. Wcielali bowiem duchu pionierskich indywidualistów.

Kino czy kościół
Nie takie miało być amerykańskie kino! Wynalazca kamery i projektora Thomas Edison utworzył kompanię produkcji i dystrybucji, którą połączył z kilkoma firmami należącymi do białych, anglosaskich protestantów z klasy wyższej. Ich monopol miał kontrolować wszystko, co było pokazywane w kinach Ameryki. Edison ze wspólnikami obiecali opinii publicznej produkować tylko zdrowe, chrześcijańskie, prawdziwie „amerykańskie” filmy.

Jednak grupa żydowskich imigrantów w Nowym Jorku ukradła wynalazek Edisona. Zaczęli sami produkować obrazy seksowne i gwałtowne. Filmy pokazywali w „nickelodeonach” w dzielnicach robotniczych, po pięć centów za bilet. Edison był wściekły. Prasa widziała tu „schlebianie najniższym namiętnościom dzieciństwa” a tanie teatry uznała za „beznadziejnie złe”, grzmiał Chicago Tribune. Postępowa moralistka Jane Adams żądała, żeby fabuły wyłącznie zachęcały do oszczędności, trzeźwości, poświęcenia dla wspólnoty i etyki pracy – myląc kino z kościołem.

Mimo prześladowań ze strony sądów i policji „nickelodeony” szerzyły się jak zaraza. Edison ze wspólnikami wynajęli oddziały zbirów, którzy konfiskowali filmy, bili reżyserów i aktorów, wypędzali widzów z kin i podpalali. Jednak renegaci zapewnili sobie ochronę własnych gangsterów.

Z magazynów protestanckiego monopolu znikały kamery, projektory, filmy i objawiały się w prowizorycznych studiach żydowskich producentów. Ogień palny witał zbirów Edisona z dachów nickelodeonów a podpalenia zniszczyły mu magazyny w Nowym Jorku, Filadelfii i Chicago. W 1915 roku sąd uznał, że kompania Edisona jest nielegalnym monopolem. Wojnę z Edisonem wygrali czcigodni mecenasi kultury: Marcus Loew z Metro-Goldwyn-Mayer, Carl Laemmle z Universal Pictures, Adolph Zuckor z Paramount Pictures, William Fox z Twentieth Century-Fox oraz bracia Warner.

Miasto Grzechu
Bohater filmu „Gangster Squad” Mickey Cohen jest postacią historyczną ciekawszą, niż jego ekranowa wersja przykrojona na użytek moralistów. Zmarł we własnym łóżku we śnie, a wcale nie zakatowany metalową rurką w więzieniu, jak mówią w filmie. Miał 200 garniturów szytych na miarę, lecz popierał nie tylko wykwintne krawiectwo. Przyłożył się też do budowy hotelu Flamingo, gdzie poprowadził dział zakładów sportowych. Tu powstała idea Las Vegas jako atrakcji dla bogaczy ale również kwintesencji amerykańskiej kultury masowej. Stworzyła je mafia.

W połowie lat 1940 przyjechał tu Bugsy Siegel z Nowego Jorku, by przejąć kontrolę nad gangsterami w pobliskim Los Angeles. Za pożyczony od kolegów milion dolarów założył na pustyni elegancki kurort dla elity Hollywood. Przybytek hazardu otworzył na Boże Narodzenie 1944 roku. Sprowadzeni samolotami filmowcy bawili się trzy dni, i wyjechali. Siegel musiał zamknąć Flamingo a po paru miesiącach otworzyć dla gorszej publiczności. Interes nie szedł, więc rok później został zastrzelony ale zbrodniarze przekonali się do kasyn.

Tak powstało Sin City, Miasto Grzechu, łatwego bogactwa i seksu, gdy reszta Ameryki żyła jeszcze w cnocie. Wyczyny Franka Sinatry, Steve Martina i Sammy Daviesa Jr. dostarczały prasie rozkosznego zgorszenia. Tu zaczął karierę pianista Liberace, który wyniósł kicz na wyżyny najgorszego smaku. W kwietniu 1956 r. przez tydzień śpiewał Elvis Presley, ale zrobił klapę. Występował również Ronald Reagan z tresowanymi małpami. Nie przypuszczał wtedy, że po latach wygra zimną wojnę. Hotele urządzały na dachach „party atomowe”. Przy koktajlach goście mogli podziwiać rozbłyski nieba od bomb jądrowych odpalanych na pobliskich poligonach.

Wizyta w Vegas
Byłem tam onegdaj. Po przemierzeniu Las Vegas Boulvard dotarłem do kasyna Main Street Station aby złożyć hołd Reaganowi. Skierowałem się do męskiej ubikacji i stanąłem przed ścianą urynałów dla chwili refleksji. Urynały wiszą na pokrytych graffiti złomach muru berlińskiego. Sierp i młot namalowane są tak wysoko, że niestety nie sięgnąłem strumieniem. Patrzyłem na zdjęcia ludzi przemykających na Zachód. Gustowna tablica podaje, że podczas ucieczek zginęło pod murem sto osób. Manifest Przeznaczenia Stanów Zjednoczonych przekroczył Atlantyk docierając do Niemna i Bugu.

O czasach, gdy Las Vegas rządziła mafia Maritin Scorsese nakręcił „Casino”, wspomnienie nostalgiczne. Powiedział potem, że stare Las Vegas ustąpiło czemuś, co wygląda kusząco i jest dobre dla dzieci, jednak dobiera się do samego rdzenia triumfującej Ameryki – do rodziny. To już nie są hazardziści, prostytutki i niedobitki gangsterów.

Obecnie kasynami rządzą zupełnie legalne kompanie. Stworzyły atrakcje dla taty z mamą i gromadką dzieci. Dzieci oglądają walkę piratów pod hotelem Treasure Island, kiedy rodzicom wyłudza się dolary.
„Te kasyna stworzyłby Bóg, gdyby miał pieniądze” chełpił się właściciel przepysznego „Bellagio”, Steve Wynn. Ba! Na niektórych nawet się pojawił. Jezus z „Ostatniej Wieczerzy” Leonarda da Vinci obserwuje postój taksówek z plafonu nad podjazdem hotelu Wenecjanin. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam – tu kultura wypływa z rynsztoka zanim się uświęci, gdy u nas w Europie jest odwrotnie.

Początki Las Vegas, gdy rządzili gangsterzy.

Początki Las Vegas, gdy rządzili gangsterzy.