O tym, że wakacje bywają męczące nie trzeba nikogo przekonywać. Planowanie, pakowanie, godziny w podróży, a potem jeszcze trzeba walczyć o miejsce na plaży, stać w kolejce po gofry, smarować się olejkiem na plecach, wysypywać piasek z butów i wydawać, wydawać, wydawać pieniądze. I jeszcze martwić się o pogodę, która nad polskim morzem bywa kapryśna jak „córka rybaka”. Na niedogodności wypoczywania w kurortach nad Bałtykiem postanowiła ponarzekać Agata Młynarska. Dziennikarka podzieliła się wrażeniami na swoim profilu: „Podróż samochodem z Helu do Trójmiasta w lipcowy dzień potrafi trwać sześć godzin. We Władysławowie jest totalny armagedon – zjechali wszyscy państwo Kiepscy z rodzinami i przyjaciółmi, jedzenie jest drogie i przeważnie niedobre – ryby smażone na oleju nie pierwszej świeżości, królują gofry i fryty”- pisze gwiazda telewizyjna. „Wszędzie gra muzyka, w każdej knajpie faceci w gastronomicznej ciąży opędzają się od swoich dzieci i umęczonych żon. Wiadomo, browar to podstawa!”- grzmiała Młynarska. Krytyka rodaków wypoczywających nad polskim morzem nie spodobała się internautom. Pod wpisem zaroiło się od negatywnych komentarzy. Kilka dni później dziennikarka napisała: „W ostatnich dniach odczułam na własnej skórze, co to znaczy efekt internetowej kuli śnieżnej (czy może raczej piaskowej burzy) po moim wpisie na temat wakacji nad Bałtykiem. Moją intencją nie było generalizowanie i w efekcie sprawienie komukolwiek przykrości”- dodała. Gwiazda przeprosiła wszystkich, których jej wpis „uraził lub dotknął”. I obiecała, że na przyszłość będzie „bardziej precyzyjna w formułowaniu myśli”. Jednak nie wszyscy potępili słowa Młynarskiej. Mateusz Hładki, dziennikarz jednej ze stacji telewizyjnych, niedawno pojawił się w Sopocie. Reporter nie był zachwycony tym, co tam zastał. „Lato w pełni”- napisał. „Bez szklanki gorącego napoju ani rusz. Zimno, szaro i buro. Są ładni ludzie, od niektórych czuć dobre perfumy, jest też dużo „Kiepskich”. Agata – brawo za trafną diagnozę, nie przepraszaj. Nie ma za co”- podsumował dziennikarz. Wygląda na to, że – jak śpiewała przed laty Irena Santor- „już nie ma dzikich plaż” nad polskim morzem. Został tylko dziki tłum.

 

 
Lato to również pora festiwali muzycznych. Na tegorocznym Open’erze zagrał amerykański zespół Red Hot Chili Peppers. „Ostre papryczki” od początku trasy nie miały łatwo. Najpierw zespół musiał rywalizować o publiczność z reprezentacją piłki nożnej, która w tym samym czasie rozgrywała historyczne spotkanie z Portugalią. Następnie, na Białorusi, artystów spotkała przedziwna historia. „Ochrona lotniska zabrała muzyków do specjalnego biura, w którym poprosiła ich o podpisanie sterty CD i plakatów”- czytamy. „Tyle, że były to płyty i plakaty zupełnie innego zespołu – Metalliki”. Basista Red Hot’ów podzielił się przeżyciem na Instagramie. „Próbowaliśmy im tłumaczyć, że nie jesteśmy Metalliką, ale zażądali, byśmy i tak to podpisali. Za nimi stała siła”- napisał w internecie i zamieścił zdjęcie z tego kuriozalnego wydarzenia. „Fakt, że raz zagrałem z Metalliką, uwielbiam ich z całego serca, ale nie jestem ich basistą Robertem Trujillo”- żartował Flea. Białoruskim oficerom to jednak nie przeszkadzało. Ten czy inny zespół – nieważne. Ważne że z Ameryki. „Kapitalistycznej, zgniłej i zepsutej”- jak głosi oficjalna propaganda.

 

 
Czy znacie Travisa DesLaurier’a? Ten przystojny Kanadyjczyk podbił serca milionów fanek na całym świecie. Zanim trafił do show biznesu pracował na budowie. Szybko się jednak okazało, że jest zbyt ponętnym, by biegać z młotkiem i postanowił spróbować swoich sił jako model, dzięki czemu otrzymał też rolę aktorską i poprowadził program telewizyjny. Aktualnie Travis w internecie eksponuje nie tylko swoje pięknie wyrzeźbione ciało, seksowne tatuaże, blond grzywkę i uwodzicielskie spojrzenie, ale również… kota, z którym ćwiczy używając go zamiast hantli. „To bardzo ryzykowne”- przestrzegła jedna z entuzjastek Kanadyjczyka. „On jest seksowniejszy od ciebie”- napisała o rudym kocurze, który ma na imię Jacob. I – jak przystało na gwiazdę nowych mediów- już ma swoje konto na Instagramie i za chwilę ilością „lajków” pobije właściciela.

 

 
„Jak często, dzwoniąc do kogoś, słyszy pan w słuchawce: Hello? Is it me you’re looking for? – zapytano Lionel’a Richie. „Nieustannie”- odpowiedział. „Mało tego, codziennie na ulicy ktoś mnie zaczepia i pyta, czy to przypadkiem nie jego szukam. To stały element mojego życia”- śmieje się. „Tak”- odpowiadam zazwyczaj. Nie umiem inaczej, widząc jak ludzie pękają z radości, że wpadli na taki dowcip. Zresztą sam czuję dumę i radość, że utwór „Hello” od 30 lat wciąż jest na tapecie”- wyznał Lionel. O którym w Polsce żartowano, że „ryczy”. Do słuchawki telefonu. I na scenie. Artysta właśnie skończył 67 lat i nie ma zamiaru „ze sceny zejść”. „Większość moich kumpli jest już na emeryturze, ale ja przecież nigdy tak naprawdę nie pracowałem. Od czego miałbym odpoczywać?”- zapytał retorycznie. „Uwielbiam robić muzykę. Miałbym zamiast tego chodzić na ryby? Nie lubię wędkowania. Ani polowań. Zamiast wakacji wolę ruszyć w trasę”- wyznał Richie, który wcielił w życie chińską złotą radę: „rób to co kochasz, wtedy nigdy nie będziesz musiał pracować”.