Sobota
A jednak Brexit. Brytyjczycy ruszyli tłumnie do urn (frekwencja 72 proc.) i w większości pokazali środkowy palec arogancji, rozpasaniu, oderwaniu od rzeczywistości urzędasów z Unii Europejskiej i prawdziwym włodarzom UE z Berlina oraz politycznej poprawności i straszeniu konsekwencjami za odejście od jedynej, słusznej linii lewicowej ortodoksji: mianowicie konieczności zlewania się narodów w ogólnoświatowe multi-kulti, pod przywództwem mądrali z Oksfordów czy Harvardów.
Część głosujących za wyjściem Wielkiej Brytanii ze wspólnoty, może odczuwać jednak kaca. Fajnie jest pokazać „gest Kozakiewicza” bandzie darmozjadów i psujów z Brukseli, ale może się skończyć tym, że Brytole rzeczywiście z UE wypadną. A konsekwencje mogą być dla nich bolesne.

 
Z perspektywy Warszawy to fatalna wiadomość. Polska traci eurosceptycznego sojusznika w dziele reformowania EU, która zamienia się w elitarny pomysł zrodzony w głowach oderwanych od rzeczywistości eurokratów. Dodatkowo zwiększa się siła Berlina, co w kontekście rosyjskich amorów wobec Niemiec, może być groźne. Wreszcie – jak wynika z pierwszych informacji – eurobiurokraci nic nie zrozumieli z głosowania. Będzie dalszy nacisk na integrację polityczną i federalizację, coraz bardziej wbrew społeczeństwom. Aż przyjdzie prorosyjska Marine Le Pen i zaorze Francję swoim Frontem Narodowym, a wtedy w ogóle może być mało wesoło…

 

Niedziela
Mam w dupie małe miasteczka/ mam w dupie małe miasteczka – pisał swego czasu w wierszu Andzrej Bursa. I było coś w tym, że te polskie małe miejscowości – zryte przez buldożery Hitlera i Stalina – po wojnie zniszczono komunistyczną bylejakością, zabudowano pudełkami ohydnych domów, a dorżnęła emigracja do wielkich miast czy zagranicę. Mam nadzieję, że odżywają. Bo przecież tą różnorodonością był i jest silny każdy naród. To wielkie bogactwo historii ale i ludzi, ciągłości historycznej w Polsce, która przez ostatnie setki lat była orana na wskroś a ludzie przemieszaczali się o kilkaset kilometrów to na wschód, to na zachód. Wiecie gdzie odkryłem jak wielkie jest bogactwo lokalnej Polski? W sanktuarium maryjnym w Merrillville w Indianie, gdzie umieszczono godła powiatów, z których przybyły tam pielgrzymki. Ponad trzysta. Piękne, dumne symbole. Za tymi dumnymi symbolami, stali dumni i ludzie, których komuna chciała rzucić w błoto sowiecko-kacapskiej nijakości. Mam nadzieję, że te wszystkie lokalności się odbudowują.

 

Poniedziałek
Sztuka reklamy książek. „Gestapo”, książka napisana przez Jacquesa Delarue, „aresztowanego za sabotaż w okupownej Francji”, swoista kronika jak „ziemia Beethovena wyniosła sadyzm do sztuki pięknej”. I dalej w opisie: „wywiady Delarue z byłymi agentami Gestapo dają wielowarstwową historię siły, która zabijała studentów opierających się władzy, prowadziła aryjską politykę eugeniki czy wprowadzała w życie Ostateczne Rozwiązanie kwestii żydowskiej. Ta książka to wnikliwe wejrzenie w Gestapo oraz fanatyków i megalomanów takich jak: Eichmann, Himmler, Heydrich, Mueller – którzy z takim powodzeniem stworzyli tak złowrogą oragnizację”.

 
Ładny opis, ale dotykający tylko problemu. Ten Beethoven i sadyzm to przecież klucz do zrozumienia zaczadzenia Niemców nazizmem. To ta typowa dla nich wówczas mieszanka sado-masochizmu, z jednej strony niemal anielskie przyśpiewki żołnierzy-blondasków, podniosłość Wagnera i Brahmsa, z drugiej bezwględny mord, gdzie ideologia ledwie tylko skrywała najbardziej wyuzdaną chęć rabunku. Znamy obrazki z sierpnia 1944 r., gdzie niemieckie żołdactwo, po skończonej pracy polegającej na mordowaniu, gwałceniu i paleniu żywcem, odpoczywało przy zrabowanym patefonie, puszczając z płyt wzruszające melodie niemieckich klasyków. Nie przypadkiem Berlin wyprodukował taką ilość perwersyjnych sadystów…

 
Ale, można powiedzieć, to się zmienia. Multi-kulti oraz współczesna kultura dance i narkotyków przeorały niemiecką świadomość na tyle, że nie wyglądają na naród, który tryska agresją. Dalej niemiecka maszyna biurokratyczna realizuje z powodzeniem interesy państwa, ale nie ma w tym tej mieszanki sado-masochistycznej perwersji, która kosztowała życie miliony kilkadziesiąt lat temu…

 

Wtorek
Stosunek mediów do Trumpa przypomina związek sado-masochistyczny. Kandydat obraża dziennikarzy, zrywa zapowiedziane rozmowy, obraża się niczym rozkapryszone dziecko – gdy piszę te słowa, Trump właśnie „ćwierknął” na Twitterze „w @CNN jeśli o mnie chodzi, same negatywy. Nie oglądam ich więcej”. A przecież przez tygodnie wychwalał pod niebiosa szefostwo stacji i chętnie udzielał tam wywiadów. Z drugiej strony 24-godzinne stacje telewizyjne pomimo fochów Donalda i jego oskarżeń dziennikarzy obsługujących kampanię prezydencką, że są „najbardziej nieuczciwymi ludźmi”, nie są w stanie bez Trumpa wytrzymać. Łamiąc zasadę, że kandydaci powinni być przesłuchiwani na żywo w studio (aby nie dać możliwości łatwej ucieczki od trudnych pytań), często pozwalają nowojorskiemu miliarderowi na rozmowy telefoniczne. Wystąpienia Trumpa są transmitowane z reguły na żywo bez przerw, bo przecież w każdej chwili może powedzieć coś kontrowersyjnego, co będzie u konkurencji a nie u nas. Do historii przeszedł wyborczy wieczór po prawyborach na Florydzie, gdzie Trump przez prawie godzinę improwizował – w otoczeniu produktów marki „Trump” (m. in… steków) oraz odpowiadał na pytania dziennikarzy, co z reguły nie ma miejsca, aby nie narazić kandydata na sprowakowanie niepotrzebnej wpadki. Prawie godzinny występ był transmitowany przez ogólnokrajowe stacje informacyjne CNN, Fox News i MSNBC, które nawet na sekundę nie przerwały przekazu, gdy na mównicę weszła również zwycięska tego dnia, Hillary Clinton (jej wystąpienie odtworzono… z taśmy). Trump to jak do tej pory w kampanii murowana oglądalność a więc krociowe zyski z reklam.

 
I tak już zupełnie na koniec: już media były gotowe na zwrot, już chciały Donalda na dechy i pod fleki w imię wyboru „pierwszej kobiety-prezydenta”, zatrzymania „faszyzmu”, a tu Brexit i zamach terrorystyczny w Istanbule. Tematy dające wiatr w plecy Trumpa, których nie da się pod medialny dywanik schować. A więc znów będzie Donald-szołmen w akcji, a skoro tak, nie da się go zupełnie zignorować, bo widzowie, oglądalność, reklamy… I tak w koło Macieju, bo świat niebezpieczny i strasznie nieprzewidywalny a zarabiać sałatę w telewizji trzeba, prawda?