Sobota
Z Czyśca z „Boskiej Komedii” Dantego o naturze miłości w Pieśni XVIII:
„Lecz powiedz, proszę, Ojcze mój jedyny:
Co jest ta miłość, przez którą się płodzą,
Mówisz, zarówno dobre, jak złe czyny?”
„Niech – odrzekł – w myśl mą źrenice ugodzą
Twego rozumu; niechaj się rozświeci
Błąd tych, co ślepi, przecież ludzi wodzą.
Duch, co z natury swej na miłość leci,
Do każdej rzeczy przyjemnej się skłania,
Skoro w nim lubość chęć do lotu wznieci.
Wasza pojętność bierze cel kochania
Z rzeczywistości; tu ziemska uroda
W kształtach powabnych duszy się odsłania.
A gdy się dusza na jej zachwyt poda,
To zwie się miłość;
(…) Tak gdy ogarnie duszę pożądanie,
Które jest ruchem ducha, nie spoczywa,
Aż kochanego przedmiotu dostanie.
Teraz się tobie wyraźnie odkrywa
Błąd, którym, ludzie, często się łudzicie,
Że każda miłość przez się jest godziwa.
Zda się wam, iż treść w takim pierwobycie
Zawsze jest dobra; lecz że wosk bez skazy,
Nie przeto czyste musi być odbicie”.

 

Niedziela
C. S. Lewis napisał, że „jeśli cały świat nie miałby żadnego znaczenia, nigdy byśmy się o tym nie powinni dowiedzieć. To tak jakby nie było świtła na świecie i jednocześnie żadnych stworzeń z oczami, nie wiedzielibyśmy, że ciemność istnieje. Ciemność byłaby bez znaczenia”. Słowem, musi być Sens gdy jest Bezsens, aby lepiej widzieć Światłość, potrzebna jest Ciemność. Tak tłumaczyć można Zło: to w kontraście do niego, uwypukla się Dobro. Zwłaszcza to Dobro przyrodzone, które nosimy w sobie gdy jesteśmy małymi dziećmi (nawet najwięksi zbrodniarze byli kiedyś uciesznymi dzieciątkami). Może te wszystkie nasze doświadczenia – zwłaszcza doświadczenia Zła, które bolą najbardziej – układają się w nieznaną Drogę. Jeśli ktoś wierzy w Boga, wierzy że zawsze prowadzi ona do jeszcze większego Dobra. A to Dobro nadaje znaczenie naszym czynom czy słowom w zetknięciu ze Złem.

 
Tak sobie myślę, gdy docierają do mnie wiadomości o bezsensownych rzeziach, mordach dnia współczesnego. Albo trywialności i głupocie, powodującej że wiele rzeczy ginie w galarecie bezsensu. Nie możemy ulegać tym nastrojom: im większe mroki, tym bardziej powinniśmy lgnąć do jasnych stron życia.

 

Poniedziałek
Brytyjczycy zagłosowali w referendum za wyjściem z Unii Europejskiej i zaczęły się ruchy tektoniczne. Zrezygnuje ze stanowiska premier David Cameron, dla którego referendum okazało się zabójczą zagrywką (w ten sposób przejął dla swej partii środowiska eurosceptyczne w wyborach 2015 r. ale nie przewidział, że decyzją o wyznaczeniu referendum wywołał proces, nad którym stracił kontrolę). Przeoraniu ulegnie cała brytyjska polityka. Tąpnięcia będą odcuwalne także na kontynentalnej Europie, gdzie obecna brukselska eurobiurokracja musi się liczyć bardziej z głosem ludu. Albo, na co niestety wskazują pierwsze głosy i działania, jeszcze bardziej okopie się w Eurotwierdzy Bruksela, co tylko rozsierdzi krytyków UE i da im nowy asumpt do działania.

 
Wszędzie wszyscy drapią się po głowach co po Brexit, choć Wielka Brytania nie wszczęła jeszcze formalnej procedury wychodzenia z Unii Europejskiej. Tutaj mamy do czynienia z głębszym procesem o dużo większych konsekwencjach, niż nam wszystkim się zdaje. Dobrze chwycił to Michał Kuź z mojego ulubionego, internetowego miesięcznika idei „Nowa Konfederacja”: „Kiedy w marcu zeszłego roku postawiłem tezę o tym, że we wszystkich niemal rozwiniętych krajach stary podział na tradycyjną lewicę i prawicę zastępuje podział na globalistów i lokalistów, sądziłem, że piszę raczej o wolnym procesie, który spokojnie rozłoży się na kilka do kilkunastu lat, zanim dojdzie do punktu kulminacyjnego. Potem jednak była brawurowa kampania Berniego Sandersa i przede wszystkim Donalda Trumpa, a w końcu przegrana zwolenników pozostania Wielkiej Brytanii w Unii.”

 
Podział na globalistów i lokalistów, zamiast tardycyjnego podziału prawica-lewica. Jest w tym dużo racji, bo podzielone są dotychczas w miarę spójne partie polityczne na całym Zachodzie. Kontynuuje Kuź: „No i oto wybuchła nam rewolucja lokalistyczna. Traf chciał, że akurat podczas referendum brexitowego Donald Trump przebywał w Szkocji. Do kamer wyszedł w kampanijnej czapeczce i luźnej marynarce. „Ludzie chcą granic…” – powiedział do reporterów. No tak, w sumie nic dodać, nic ująć. Ludzie nie chcą dzielić swoich przestrzeni publicznych z przypadkowymi przybyszami w imię niejasnych ideologicznych przesłanek. Zdawać się na decyzje bezimiennych biurokracji i kaprysy świata wielkich finansów. Chcą granic w ramach których mogą mieć poczucie kontroli nad wspólnotą polityczną i bliskiego kontaktu z władzą. Nie chcą być duszeni irracjonalnymi programami oszczędnościowymi jak Grecja, czy też zmuszani do bezterminowego przyjmowania milionów uchodźców, jak dziś niemal cała Europa. Państwa narodowe to zaś nie wymysł zacofanych umysłów, które nie rozumieją, że ludzkość to jedna wielka rodzina, tylko realnie największe możliwe terytorialnie wspólnoty polityczne, w których obywatele wciąż mają jeszcze poczucie współuczestniczenia w sprawowaniu władzy. Ich istnienie, w takich, a nie innych ramach, nie wynika ze złośliwości nacjonalistów, jak sugeruje po referendum wielu rozżalonych liberałów, tylko z ekonomii i mechaniki sprawowania władzy. Tę mechanikę z kolei warunkują cechy gatunku ludzkiego, to ile jesteśmy w stanie przyjąć informacji i z iloma innymi jednostkami wejść w jakiś sensowny kontakt (nawet przy użyciu protez, jak media tradycyjne i media społecznościowe). W tym sensie globalistyczny liberalizm dotarł do antropologicznej granicy, a po drodze zjadł i przerobił na swoją modłę większą część starej lewicy. Zmusił ją z czasem do głoszenia haseł zupełnie sprzecznych: otwarcia granic dla przybyszów, zgody na nieregulowany globalny rynek i (już tylko symbolicznie) obrony interesów ludzi pracy. A przecież tych trzech postulatów nie da się pogodzić”.

 
Warto się zastanowić nad tymi słowami. Bo one tłumaczą kwestię np. dotychczasowego sukcesu Trumpa bardziej, niż inwektywy o „rasizmie” czy „faszyzmie”. Autor dalej wraca do europejskiego podwórka. I pisze, że jego zdaniem nie uda się ani żadna polityka „silnego jądra” (w ramach której to wokół Niemiec skrzykną się chętni do dalszej eurocentralizacji) ani zamiana UE w związek zdecentralizowanych sieci (bo nie pozwolą na taką niezależność potężne „pająki” z Wall Street, Berlina czy Moskwy). „Cóż, pozostaje nam droga do mniej scentralizowanej i bardziej sprawiedliwej zarazem Europy, do Nowej Europy Ojczyzn” pisze autor Nowej Konfedracji. I chyba trzeba się z nim zgodzić. Jakby nie było, Polska musi się wzmacniać jako kraj i państwo, bo bez względu na to, jaką drogę obierze Unia Europejska, o pozycji obywateli polskich będzie decydować realna – a nie deklarowana czy „godnościowa” – siła Warszawy.