Z antypaństwowym okrzykiem. Drinkiem w lewej ręce. Zaciśniętą pięścią prawej dłoni. Skaczę pod sceną na której czterech facetów uzbrojonych w bandżo, tubę, akordeon, bęben i grzebień śpiewa teksty Tuwima i Broniewskiego, robiąc przy okazji dużo hałasu, jak na podwórkowo – punkową kapelę przystało. Wieczór jest ciepły. Pachną lipy, choć dopiero czerwiec. W małym, dość obskurnym klubie na Manhattanie, pełna sala. Muzycy noszą kaszkiety, kamizelki w jodełkę, koszule splamione krwią. Wyglądają jak przeniesieni z międzywojennej Warszawy. Albo Łodzi. W każdym razie jakiejś innej rzeczywistości. Świata, o którym czyta się w książkach. Gdzie lży się bolszewików, wyśmiewa ONR-owców, walczy z sanacją. Pokazuje środkowy palec, a właściwie figę z makiem, „faszystom, komunistom i radykałom”. Hańba! to nie kapela ale zjawisko. Wyładowanie atmosferyczne. Transmisja energii międzyplanetarnej. Czarna dziura która zasysa. Zawłaszcza.

 

Ledwo słoneczko uderzy
W okno złocistym promykiem,
Budzę się hoży i świeży
Z antypaństwowym okrzykiem.

 

Zanurzam się aż po uszy
W miłej moralnej zgniliźnie
I najserdeczniej uwłaczam
Bogu, ludzkości, ojczyźnie*

 

„Bogu, ludzkości, ojczyźnie” krzyczy publiczność i nie może przestać. Nawet gdy koncert się kończy. I kapela musi ze sceny zejść. Niepokonana. Lecz subordynowana. Bo bilety sprzedane na drugi gig i trzeba opuścić salę. Grają więc pod barem. Grają na ulicy. Rzewne pieśni z repertuaru Eugeniusza Bodo. Jakieś współczesne kawałki, do których upojona publika ochoczo podryguje. Po raz kolejny „Żandarma”, który stał się niekwestionowanym przebojem wieczoru:

 

Idzie sobie żandarm
Urzędowo srogi
Ja się go nie boję
Bo mi nic nie zrobi

 

Marszczy brwi surowo
Oczy we mnie wpiera
A ja sobie świstam
Takiego szlagiera

 

Jeśli mnie zapyta:
– Dlaczego pan śwista?!
Nic mu nie odpowiem
Bo jestem artysta!**

 

Przechodnie zwalniają kroku. Na widok ogromnej złotej tuby. Na dźwięki osobliwe, egzotyczne nieco. Lecz nie na tyle, by się zatrzymać. Przystanąć w biegu. Jest piątek wieczorem. Ulice East Village wypełniają się szukającymi frajdy. W knajpie pełno. Więc stoimy przed. Pijemy piwo z butelki. Niesieni punkowym duchem. Łamiemy nowojorskie zakazy. Krzyczymy głośniej od trąbiących taksówek, charczących klimatyzatorów. Oswobodzeni na chwilę. Z uwierającej skorupy powszedniości. Dogrzebuję się do siebie sprzed lat. Kiedy muzyka miała moc. Potrafiła zawładnąć. Coś człowiekowi uczynić w środku. Kiedy teksty piosenek chciało się wypisywać na ścianach. Skandować w tłumie. Powtarzać jak mantrę w samotności. Nastoletni bunt, bezkompromisowość, ideowość. Co się z tym wszystkim stało? Zastanawiam się na głos. A ktoś odpowiada, że w tych smutnych czasach, gdy przystanki tramwajowe Młodzież Wszechpolska, patriotyczna i prawdziwa, okleja hasłami „Zabicie wroga ojczyzny to nie grzech, to droga do nieba”, w modzie są łyse głowy i koszulki z husarią, wszyscy się radykalizują, okopują w poglądach, skaczą do gardeł, oskarżają, opluwają i nienawidzą – jedyna nadzieja w sztuce. Której – na szczęście – nie da się całkiem zakneblować. Zawsze będą poeci gotowi wznosić antyrządowe okrzyki. I gwizdać na politycznych żandarmów.

 

* Julian Tuwim, „Mój dzionek”

 
** Julian Tuwim, „Gwiżdżąc sobie a muzom na ulicy poeta rozmyśla o kompetencjach władzy”

 

Napisz do autorki:
[email protected]