Zgodnie z indiańską bajką po śmierci
trafiasz na most zawieszony
nad rwącą rzeką.

 
Gdzie po drugiej stronie stoją wszystkie zwierzęta, które spotkałeś w życiu.

 
I one decydują, czy przejdziesz –
na drugi brzeg, nad wodą*

 
Przyjrzyj się. Póki masz okazję. Zanim oddamy je w inne ręce. Zapakujemy w kartonowe pudło. I nie będzie więcej poranków z komitetem powitalnym. Gdy za oknem pojawiała się najpierw para szarych, potem czarnych uszu. Kawałek ogona. I wielkie głodne oczy. Zapamiętaj. Jak biegały między dojrzewającymi pomidorami. Przeciągały w lipcowym słońcu. Niezgrabnie zeskakiwały z płotu sąsiada na hasło. Na dźwięk. Uciekały pod naszą obronę. Strzygąc uszami na widok zielonej miski spuszczanej na czerwonej tasiemce. Żeby właściciel budynku nie zobaczył śladów. I nie zbeształ. Że dokarmiamy bezpańskie. Które defekują między grządkami. Tratują równo posianą bazylię. Zagryzają gołębie. By potem rozwłóczyć truchło pod nosem człowieka.

 
Płakałam, gdy zabrano Szarego. Był najpiękniejszy z całej czwórki. Gibki. Z biało-popielatą sierścią. Czarnymi obwódkami wokół oczu. Nie mogłam przestać myśleć o tym, że robimy mu krzywdę. Zamykając w czterech ścianach z człowiekiem. Który, owszem, będzie go nosił na rękach, podsuwał najlepsze kąski, być może spał w jednym łóżku, czytał do snu i drapał za uchem. Ale który odbierze mu życie jakie mógł wieść na wolności. Zredukuje przestrzeń do kilkudziesięciu metrów kwadratowych. Z łatką nieba w wąskim prostokącie okna.

 
O ile łatwiej byłoby rozstawać się z kotami zimą. Grudniowym zmierzchem. Kiedy czarne sylwetki drzew. Spękana od mrozu ziemia. Wdzierający się pod skórę chłód. O ile przyjemniej byłoby wyobrazić sobie przytulne wnętrza ogrzane jasnym światłem. Parujący kubek herbaty, wełniany koc, książkę. A obok zwinięte w kłębek życie. Ale teraz, w środku upalnego lata, gdy Cecyl wraca po całodziennych harcach, pachnący stepem – jak żartuje K., ziołami, nagrzanym powietrzem; ma do ogona przytroczone małe ziarenka jakiejś ogrodowej rośliny i opowiada o wszystkich kocich sprawach, które przydarzyły mu się tego słonecznego popołudnia, prześladują mnie wyrzuty sumienia. I staczam się w kompletny banał. Wstydliwą tkliwość. Przypominam bohaterkę krótkiego nagrania, które jakiś czas temu zrobiło furorę w internecie: dziewczyna mówi, że kocha koty i płacze. Szlocha na myśl o biednych czworonogach, które chciałaby przygarnąć, ale nie może. Zalewa się łzami na wspomnienie ogonków i łapek. I najwyraźniej ma jakieś poważne zaburzenia emocjonalne. Ja chyba też. Bo reaguję niestosownie do sytuacji. Raczej histerycznie. Raczej przesadnie. Wprawiając w zdumienie wszystkich dookoła. A najbardziej siebie. Że tak potrafię.

 
Nigdy nie będzie takiego lata. Śpiewam pod nosem, witając Najstarszego Brata. Który w drodze i tylko na chwilę, ale jest. Zmaterializowany. I po kilku latach nieobecności znowu możemy się uściskać. Zamiast po muzeach, chodzimy po knajpach. Pijemy dobre wino i gadamy do późnej nocy. Nowy Jork, choć nieco znękany upałem, roztacza urok nadmorskiego kurortu. Nagle staje się miejscem, w którym można wypocząć. Odetchnąć. Z kieliszkiem zimnego prosseco i bryzą we włosach (jeśli akurat podróżuje się promem, albo przypadkowo stanie naprzeciwko wentylatora). Jemy czarne lody, które kolor zawdzięczają spopielonemu orzechowi kokosowemu, albo o smaku egzotycznych owoców, których nazw nie potrafię zapamiętać. Na śniadania opychamy się nowojorskimi bejglami, z wędzonym łososiem na kremowym serze. W urokliwych bedfordzkich knajpkach pałaszujemy soczyste hamburgery z frytkami i jest jak na wakacjach. Bezkarnie i beztrosko. A potem następuje „rewitalizacja smutku”. Pospieszne pożegnanie. I powrót do kieratu. Miasto znowu jest przeludnione, głośne i męczące. Metro się spóźnia. Worki na śmieci śmierdzą. Turyści chodzą za wolno. Z klimatyzatorów pracujących na pełnych obrotach bucha gorące powietrze. I nic tylko smażyć się w nowojorskim piekle. Za wszystkie grzechy. Za wszystkie czasy.

Chowam do szafy plastykowe miseczki, w których jadły ogrodowe kocięta i czekam na wiadomości od rodziców adopcyjnych. Czy Szary wyszedł z kartonowej klatki? Czy Czarna nadal głośno lamentuje? Wyglądam przez okno. W ogórkach pusto, w pomidorach pusto. Żadnego ruchu. Badawczych spojrzeń. Nic. Cienka jak nić pajęcza pępowina zrywa się.

 
Niedługo babie lato.

 
*Magdalena Bielska, Światy stworzone, fragment.

 
Napisz do autorki:
[email protected]