Chrystus Jezus jest obrazem Boga niewidzialnego – Pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne, czy to Trony, czy Panowania, czy Zwierzchności, czy Władze. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone. On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie. I On jest Głową Ciała – Kościoła. On jest Początkiem. Pierworodnym spośród umarłych, aby sam zyskał pierwszeństwo we wszystkim.

 
Kol 1, 15-18

 

Na Hawajskim Festynie, oczywiście w Nowym Jorku, a nie na Hawajach, jak sugeruje nazwa zrobiłem fotografię jednej z pań. Po niewielkich retuszach na photoshopie posłałem jej fotografię, sądząc, że będzie zadowolona, bo prezentowała się na niej bardzo dobrze. Jakże byłem zaskoczony, gdy w odpowiedzi usłyszałem: „Niech ksiądz coś zrobi na photoshopie, albo wykasuje to zdjęcie”. „Co się stało?”- pytam. Okazało się, że fotografia jest za wyraźna, widać na niej trochę zmarszczek i innych oznak mijającego czasu.

 
Nie lubimy przemijania i jego znaków na naszym ciele. Nie lubimy słyszeć o zbliżającej się starości, uciekamy przed nią na różne sposoby. Stosujemy diety odmładzające, naciągamy skórę w operacjach plastycznych, szprycujemy się różnymi podskórnymi wypełniaczami, które likwidują zmarszczki, farbujemy włosy, zakładamy sztucznie wyglądające peruki. To wszystko jest w porządku, byle z tym nie przesadzić i się nie wygłupić, jak to niektórzy mówią z tyłu liceum z przodu muzeum.

 
A najważniejsze to zaakceptować swój wiek, bo każdy okres w naszym życiu może być piękny. Trzeba umieć dziękować Bogu za piękne dzieciństwo, bo niektórzy mieli je bardzo krótkie, umieć dziękować za młodzieńcze lata i porywy młodego serca, pamiętając, że niektórzy tego nie doczekali, umieć dziękować za jesień życia, bo jest ona dopełnieniem całej naszej ziemskiej pielgrzymki. Potrafimy zachwycać się owocami dojrzewającymi jesienią, złotymi liśćmi, które spadają z drzew, a tak trudno nieraz cieszyć się jesienią naszego życia. A przecież Bóg darował nam piękny kwiat wiosny, radość dojrzewającego latem owocu oraz jesień spełnionego plonu i spadającego liścia.

 
Gdy jesienią, jak złoty liść spadać będziemy z drzewa ziemskiego życia, to nie po to, aby zbutwieć na wilgotnej ziemi, ale zmartwychwstać do życia, które przekracza wszelkie wyobrażenie. I to jest piękna symfonia całego naszego życia. Jeśli ktoś chciałby grać tylko wiosenne akordy nigdy nie zazna najgłębszego pokoju i poczucia spełnionego życia.

 

Gdy mówimy o przemijaniu i dyskomforcie jakie niesie wiek dojrzały, to gdzieś tam w tle czai się lęk przed śmiercią, z którą człowiek musi się zmierzyć, aby cieszyć się pięknem stworzonego świata, nad którym unosi się nierozwikłane fatum śmierci. Nie jest to problem tylko wieku podeszłego. Jest to problem całego naszego życia. Tylko człowiek naiwny i głupi sądzi, że to nie jest jego problem. Sadzę, że moja mama uśmiechnie się z wysokości nieba, gdy wspomnę naszą rozmowę, w ogrodzie szpitalnym, kiedy toczyła śmiertelną walkę z nowotworem. Przeczuwając zbliżający się koniec powiedziała mi, że, gdy była młoda w ogólnie nie odnosiła do siebie myśli o śmierci, umierali sąsiedzi zza płotu, starsi z rodziny lub ktoś inny. W ogrodzie szpitalnym dojrzewała myśl o wieczności. Martwiła się, że chudnę, towarzysząc jej w chorobie, do siostry powiedziała, aby spakowała dla mnie pościel, kołdrę, którą zrobiła z myślą o mnie. Jej ostanie dni były posumowaniem życia i przygotowaniem do wieczności.

 
Kolejkę do wieczności, najczęściej ustalamy według metryki urodzenia. Ale to kto inny ustawia tę kolejkę, i wcale nie bierze pod uwagę naszych metrykalnych zapisów. Aby się o tym przekonać wystarczy pospacerować cmentarnymi alejkami. Jak jesienny liść spadając z drzewa doświadczymy tajemnicy, o której w poetycki sposób pisał ksiądz Jan Twardowski:

 

Przygasnę przy ołtarzu,
iskierka przy iskierce
zostaną tylko buty jak przydeptane serce
Lampka wieczna jak lizak czerwony
lub policzek żołnierza,
który gra na trąbce
Msza się dzieje.
Matka Boska mnie trzyma
jak niezdarną bańkę na słomce.

Może będziemy jak ta „niezdarna bańka na słomce”, ale gdy tę „niezdarność” zawierzymy Bogu, wtedy On obdarzy nas mocą przekuwania doczesności w wieczność. On ze swoją mocą jest zawsze przy nas. Trzeba Go tylko zauważyć. Pięknie pisze o tym polski poeta Leopold Staff:

 
Wyszedłem szukać Ciebie o świcie i w trwodze  

  Nie znajdujac myslalem, zem szedl droga klamna; 

  I spotkałem Cię, kiedym odwrócił się w drodze,
 Bowiem przez całe życie krok w krok szedłeś za mną.
 Wędrowałem dzień cały pod cienia ciężarem,
  W chłodziem południe minął, by oto u końca
  Płonąć Tobą, o zmierzchu mym, czerwonym żarem,
  Jako wieczorna rzeka o zachodzie słońca.

Wystarczy się obejrzeć wokoło, aby dostrzec i usłyszeć Tego, który ukazując drogę do wieczności mówi do nas przez Mojżesza: „Będziesz słuchał głosu Pana, Boga swego, przestrzegając Jego poleceń i postanowień zapisanych w księdze tego Prawa; wrócisz do Pana, Boga swego, z całego swego serca i z całej swej duszy”. Jezus rzuca nowe światło na tę prawdę, odpowiadając na pytanie uczonego w Prawie: „Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” Kolejne pytanie, Jezus tak stawia, że uczony w Prawie sam sobie odpowiada: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego”. Co Jezus podsumował słowami: „Dobrze odpowiedziałeś. To czyń, a będziesz żył”.

 

Miłość Boga nie budziła żadnych wątpliwości. Problem zaczynał się, gdy była mowa o bliźnim: „A kto jest moim bliźnim?”- zapytał uczony w Prawie. Pytanie to możemy sformułować inaczej: „Kogo mam kochać?” Jezus odpowiada, że wszystkich, a czyni to przez przypowieść o dobrym Samarytaninie. Przy drodze leżał obrabowany i poraniony przez zbójców Żyd. Błagał o pomoc. Minęli go wszyscy, którzy powinni udzielić pomocy. Obojętnie minęli go jego rodacy, kapłani… Pomocy zaś udzielił Samarytanin. A trzeba wiedzieć, że Samarytanie i Żydzi gardzili sobą. I to jest miara miłości, którą stawia przed nami Chrystus. Jest to miłość wymagająca, od której człowiek się wykręca nieraz mówiąc, „ten człowiek nie zasługuje na naszą miłość”. Miłość to coś więcej niż uczucie, często zredukowanie do przyjemnych stanów emocjonalnych. Miłości towarzyszy przyjemne uczucie, ale to nie oznacza, że miłość jest samym uczuciem, które niesie tylko przyjemność. Prawdziwa miłość, której każdy z nas chciałby doświadczyć na własnej skórze, to troska o drugiego człowieka, każdego człowieka. Oczywiście ta troska przybiera różną formę w zależności od naszej odpowiedzialności za drugiego człowieka. Inaczej ona się wyraża w miłości do własnego dziecka, a jeszcze inaczej do bezdomnego na ulicy. Inaczej, ale nie wyklucza nikogo, bo każdy jest naszym bliźnim. Kochać to tak być obecnym w życiu bliźniego, tak postępować wobec niego, aby to służyło jego rozwojowi, by wprowadzało go w świat dobra, prawdy i piękna. Miłość wyraża się poprzez konkretne działanie. Miłość zaczyna się we wnętrzu człowieka, w jego sposobie bycia i prowadzi do słów i do czynów, które przybierają konkretny kształt w naszej codzienności.

 

Droga miłości Boga i bliźniego jest źródłem wewnętrznego pokoju i radości, nawet wtedy, gdy na podobieństwo jesiennego liścia, w tanecznym korowodzie spadać będziemy z drzewa ziemskiego życia. Doświadczył tego św. Alojzy Gonzaga, który przed śmiercią pisał do matki: „Zresztą nasza rozłąka nie będzie długa. W niebie zobaczymy się znowu. Złączeni na wieki z naszym Zbawicielem, rozradowani szczęściem wiecznym, ze wszystkich sił będziemy Go chwalić i na wieki sławić Jego miłosierdzie. Bóg odbiera nam swój dar tylko po to, aby umieścić go w pewniejszym i bezpieczniejszym miejscu, a ofiarować nam to, czego sami zapragniemy. Wszystko to piszę, ponieważ gorąco pragnę, abyś Ty, Dostojna Pani, i cała w ogóle rodzina, uważała moją śmierć za radosne wydarzenie, abyś towarzyszyła mi matczynym błogosławieństwem wtedy, gdy będę przemierzał ową drogę, aż dojdę do brzegu, gdzie się mieszczą wszystkie moje nadzieje. Piszę to tym chętniej, iż niczym innym nie zdołam okazać bardziej miłości, którą winienem Tobie jako syn wobec matki”.