Przybywa ptaków na moim balkonie. Jest w nich wciąż więcej i więcej. Każdego rana urządzają mi wspaniałe koncerty, ba – budzą niekiedy. Wieczorami także ćwierkają, kiedy wracam z pracy. Polubiłem je i zdaje się, że i one mnie polubiły, bo już nie krępują się wcale moją obecnością. A to wpadną na chwilę do kuchni sprawdzając, co jem na śniadanie, a to zajrzą do salonu, a to zapuszczą się w gąszcz ziół i odpoczywają w ich cieniu. Bywa, że przeszkadzają w układaniu pasjansa, bywa że pomieszają karty lub zrzucą na podłogę. Poranne ptasie towarzystwo dobrze mnie usposabia do podjęcia codziennych czynności. Wśród drzew i ptaków czuję się częścią przyrody. Chyba czuła się nią także Maria Dąbrowska, która znała się na ptakach jak rasowy ornitolog i często o nich pisała, m.in. w „Dziennikach”. Podczas jednego z pobytów w Nieborowie, zanotowała – „Zieleń wszędzie przecudna, tylko ptaki tu mało śpiewają, a to ma dla mnie takie znaczenie! Ptaki śpiewające to największy cud stworzenia! Tylko dudki ze wszystkich stron przez cały dzień hut-hut- hutkają. I sikorki świegotaniem udają śpiew. Słowiki, owszem śpiewają dzień i noc, ale to nie są te olśniewające śpiewaki – słowiki szare, tylko rdzawe, o krótkich trylach i raczej kląskające”. Podobno w Ameryce nie ma słowików. Ciekawe, dlaczego?
Objechałem na rowerze parki, w których rosną moje ulubione drzewa. Wszystkie przetrwały zimę, wszystkie mienią się w słońcu zielenią. Lubię na nie patrzeć i czuję z nimi przedziwną więź. Przykuwają moją uwagę bardziej niż ludzie, którzy pod nimi odpoczywają, choć jestem fizjononomistą i często przyglądam się twarzom. Najwięcej ulubionych drzew mam w Central Parku i Prospect Parku. Lubię również dęby, jesiony, klony i graby, w pobliskim Tompkins Square, wierzby w międzydomowych ogródkach na East Village, sosny przy bulwarze ciągnącym się wzdłuż Hudsonu na wysokości Greenwich Village oraz lipy i modrzewie w McCarren Park. Niezmiennie cieszy mnie widok miłorzębów na Java Street na Greenpoincie i widok morwy rosnącej w „Kurierowym” ogródku. O niej już kilka razy w „Kartkach” pisałem.
Nie umiem odpoczywać. Siadłem sobie na krzesełku na Union Square i staram się pozbierać myśli w cieniu, niczym Kordian w londyńskim James Parku. Ale gdzie tam! Zaraz sumienie mnie podgryza, że nie ułożone, nie zatelefonowane, nie odpisane, nie przeczytane, nie zanotowane, nie obejrzane, nie wysłuchane i nie napisane. Czy ja kiedyś posiedzę spokojnie bez celu, dla samego siedzenia, dla odpoczynku właśnie? Wciąż męczą mnie nie napisane opowiadania, które onegdaj zamówili Elżbieta Sawicka i Krzysztof Masłoń, męczą artykuły, które miały być kontynuacją serii zaczętej w „Przekroju” i niedokończone teksty obiecane jeszcze Turowiczowi i Giedroyciowi. Gdy przychodzi co do czego, przekładam wszystko na czas emerytalny, kiedy będę już wolny od doraźnego wyrobnictwa. Nie wiem, skąd czerpię wiarę, iż mój najlepszy publicystyczny czas jest dopiero przede mną. A tu jeszcze ZASP wciąż chce nowe teatralia, a jeszcze chciałbym napisać powieść o krystalicznie uczciwym człowieku zniszczonym przez środowisko, człowieku, dla którego nie ma miejsca w świecie dzisiejszym. Miałby to być taki „Idiota” naszych czasów. Żeby chociaż coś z tego się udało urzeczywistnić! I zamiast brać się do dzieła, siedzę sobie na tym krzesełku i oddaję się wyrzutom sumienia. To wszystko przez ojca, który pracował od rana do wieczora, bo jak nie pracował, to uważał, że oszukuje Pana Boga. Nie spoczął w swym krótkim życiu nawet na moment. Tego samego wymagał ode mnie. Wprawdzie kupił mi kiedyś hamak do marzeń, ale z zegarkiem w ręku sprawdzał, ile czasu na nim spędzam, a potem zapędzał do pracy w sadzie lub ogrodzie. Argument był zawsze ten sam – książki nie uciekną a drzewa i rośliny trzeba codziennie pielęgnować, podtrzymywać przy życiu, obdarzać przyjaznym spojrzeniem a nawet z nimi rozmawiać. Serio! Po pracy dostawałem kieszonkowe na… kolejną książkę.
Kordian w James Parku –
„A ten ogród, czarowana sielanka Londynu,
Jak ustęp złoty w nudnym ginie poemacie.
Ludzie! Wy się tym drzewom przypatrywać macie
jak cudom Boga obok cudów waszej ręki.
Drzewa nietknięte, rajskie zachowały wdzięki;
Nieraz mgły nadpłynione w kłęby czarne zwiną
I liściowym wachlarzem na miasto odwieją.”
Dobrze się stało, że prezydent Andrzej Duda odwiedził wraz małżonką w ruinach Pompejów wystawę rzeźb Igora Mitoraja oraz w Neapolu miejsca związane Gustawem Herlingiem-Grudzińskim. O pamięć o obu tych twórcach trzeba bowiem się upomnieć, bo w Polsce zostali przesunięci gdzieś na boczny tor. Mitoraja uważam za wspaniałego rzeźbiarza, zaś Herlinga-Grudzińskiego za świetnego prozaika i zarazem mędrca. Mam wszystkie jego dzieła, łącznie z „Dziennikiem pisanym nocą”, który niesłychanie cenię. Natomiast w archiwum fotograficznym mam zdjęcia większości prac Mitoraja, które zrobiłem m.in. w Paryżu, Rzymie, Mediolanie i Lozannie. Nie udało mi się niestety dotrzeć do jego pracowni w Pietrasanta i zrobić z nim obszernej rozmowy, na którą wstępnie umawialiśmy się. Ciekawe, że artysta ten nie zdobył w Polsce takiego uznania, jakie miał we Włoszech i na Zachodzie. Wystawa w Pompejach jest jednym z tego dowodów. Otworzył ją prezydent Włoch, który specjalnie przyjechał na tę uroczystość do Pompejów.
Porównuję amerykańskie zapiski Józefa Czapskiego i Mirona Białoszewskiego i zestawiam, z tym co napisała Julia Hartwig w „Dzienniku amerykańskim”. Rzecz jasna u niej najwięcej jest opisów, zdumień i wrażeń, bo była tu najdłużej; pełne cztery lata. Czapski zaś i Białoszewski odbyli tylko krótkie podróże. Nie ulegli jednak pokusie formułowania podsumowujących sądów. Hartwig też nie. Zapisywała głównie osobliwości i próbowała chwytać fenomen miejsc, w jakich przebywała i osób, które poznała. I czyniła to świetnie, zmysł trafnej obserwacji nie opuszczał jej nawet na moment. Czapski wyszukiwał przede wszystkim różnice między Ameryką a Francją, jako, że przylatywał tu z Paryża, Białoszewski zaś szukał oryginalności, jakich nie widywał w Polsce, nie stroniąc np. od miejsc egzotycznych i kin pornograficznych. Dla Czapskiego równie ważne jak sama Ameryka są osoby, z którymi pragnął się zobaczyć. Spotkania z nimi opisał najpierw w „Paryskiej Kulturze” a potem pomieścił w tomie „Tumult i widma”. Zaprzyjaźniony z nim Białoszewski (głównie korespondencyjnie) szukał tu inspiracji, także leksykalnej, do swych kolejnych dzieł. Uwagi najbardziej prywatne i zapiski najbardziej wstydliwe umieścił w „Tajnym dzienniku”. Warto byłoby zrobić studia porównawcze poświęcone tym trojgu, jakże świetnym, obserwatorom naszej Ameryki. Materiał jest bardzo ciekawy.
6 czerwca minęła 175. rocznica urodzin Elizy Orzeszkowej. Mało kto wie, że dwukrotnie kandydowała do Nagrody Nobla. W 1905 przegrała ją z Sienkiewiczem a w 1909 ze szwedzką pisarką Selmą Lagerlof. Szkoda, Nobel bowiem się jej należał.