W piątkowe i sobotnie wieczory pomykam rowerem to tu, to tam. Niemal wszędzie widzę puby i restauracyjne ogródki pełne roześmianych twarzy. Nowojorczycy w tychże pubach i ogródkach sprawiają wrażenie szczęśliwych. Czy tacy są naprawdę? Nie wiem. Ich radość udziela się nie tylko mnie, jak zaobserwowałem. Zaobserwowałem też, że piątkowe i sobotnie wieczory to czas największych szczęśliwości nie tylko w Nowym Jorku, ale również w Filadelfii, Waszyngtonie (złaszcza w Georgetown), Bostonie, Chicago, Miami Beach, Hollywood i San Francisco. Tam również kłębią się ludzie na ulicach w poszukiwaniu najmodniejszych miejsc z dobrą kuchnią. Oczywiście zasób portfela jest tu najważniejszy, ale nawet ci skromnie sytuowani znajdują puby i knajpki na swoją kieszeń. Czasem wydaje mi się, że w owe piątki i soboty Amerykanie są najbardziej sobą. Bez masek, które wkładają w miejscach pracy. Sprawiają wrażenie szczęśliwych, ale wciąż na coś czekają.
Wiosną i latem jest mnie więcej i jestem bardziej.
Przyglądam się zazwyczaj korkom, które wyciągam otwierając butelki wina. Na niektórych są wyrafinowane grafiki. Czasem jest na nich mapa regionu, z jakiego wino pochodzi, czasem widok winiarni, czasem jakiś dowcipny rysunek. Bywają również sentencje filozoficzne, takie np. jak spostrzeżenie Arystotelesa, że „nadzieja jest snem człowieka na jawie” (zatem trzeba się napić), lub Paula Valery, iż „nadzieja jest nieufnością człowieka wobec przewidywań jego rozumu” (tym bardziej trzeba się napić).
Czytam III tom „Dzienników” Josepha Goebbelsa, ministra oświecenia narodowego i propagandy III Rzeszy. Wynika z nich niezbicie, że polski ruch oporu mocno dawał się Niemcom we znaki. Wprawdzie Polacy płacili zań najwyższą cenę, to jednak okupant nie był pewien dnia ani godziny i ponosił wielkie straty. Partyzanckie akcje często skutecznie psuły mu szyki. Począwszy od 1943 roku wojskowe i służbowe polecenia wyjazdu na teren Polski odbierane były przez Niemców jako rodzaj zesłania. Nasilało się przekonanie, że w ostatecznym rozrachunku nie wygra się z Polakami. Ciekawe, że po pewnym czasie Goebbels wierzył w kłamstwa, które nakazywał powtarzać tak długo, aż inni w nie uwierzą. W końcu sam był przekonany, że to Polska zaczęła II wojnę światową i jest za nią odpowiedzialna. Najgłębiej wierzył też, że za wszystkimi klęskami III Rzeszy stoją niezmiennie Żydzi oraz masoni, a zwłaszcza żydomasoneria. Obsesja antyżydowska i antymasońska była u niego wręcz kliniczna. Wszędzie tropił zmowy i spiski. Polaków nazywał robactwem, ale od roku 1943 zaczął w nich widzieć coraz groźniejszego przeciwnika. Był świetnie zorientowany, co się dzieje na wszystkich frontach, także i w polskich sprawach. Nie miał złudzeń, że Polska zostanie wydana po wojnie na pastwę bolszewizmu i nikt jej nie pomoże, tak jak nie pomógł w 1939 roku. Odkrycie grobów w Katyniu rozgrywał wręcz koncertowo przeciw wszystkim.

 

Manipulował znakomicie. Był przekonany, że katastrofa w Gibraltarze, w której zginął generał Sikorski była dziełem specjalnych służb angielskich i bolszewickich. Nie czuł się zbrodniarzem, nie notował niczego o obozach koncentracyjnych i obozach zagłady. Strasznie się martwił, że wciąż nie udało się wymordować wszystkich Żydów. Byli dla niego rasą, którą należy wyniszczyć co do jednego. Nie przeszkadzało mu to jednak patrzeć na nich z pewnym podziwem, kiedy podjęli samobójczą walkę w Getcie Warszawskim. Powstanie Warszawskie także postrzegał jako walkę samobójczą i zupełnie niepotrzebną. Doskonale wiedział, co potem Sowieci zrobią z Polską. I sprawdzało się to jota w jotę. Hitler wierzył mu bezgranicznie, on bezgranicznie wietrzył w Hitlera. Do końca widział w nim największego bohatera w historii Niemiec i świata. Do końca nie mógł zrozumieć dlaczego opaczność go opuściła. Był inteligentny i zarazem swoiście głupi. Pewne jego obserwacje były trafne, wzdragam się jednak przed ich cytowaniem, wszak to jednak Goebbels – jeden z największych zbrodniarzy w dziejach ludzkości. Zbrodniarzy zza biurka, zbrodniarzy poprzez słowo – dodam gwoli precyzji. Przytoczę jednak zapis z 24 grudnia 1943 r., który mówi o tym, jak nas postrzegał – „W Generalnym Gubernatorstwie rozstrzelano 270 osób na mocy wyroków sądów doraźnych, Było to konieczne, aby wreszcie zaprowadzić tam porządek. Polacy to bardzo niespokojny narodek. Gdzie tylko mogą to robią nam trudności, chociaż wiedzą, że jeśli odejdziemy, to dostaną się w okrutne łapy bolszewizmu”.
Niemieccy naziści chcieli wymordować wszystkich homoseksualistów, dzisiaj mamy powtórkę tego planu w wersji islamskiej.
Kiedy napisałem, że Trump budzi moje obrzydzenie, jeden z czytelników napisał, że śnił mu się mój pogrzeb. Owszem, rozbawiło mnie to.
„Zmierzch długiego dnia” („Long Days Journey Into Night”) grany na Broadway’u w American Airline Theatre jest wybitnym wydarzeniem teatralnym. Reżyser Jonathan Kent pokazał dramat Eugene’a O’Neilla jako idealnie skonstruowaną tragedię współczesną rodem z dramatu helleńskiego. Dzisiejsze sprawy i przeżycia ludzi podniósł – zgodnie z intencjami autora – do wymiarów antycznej tragedii losu. W „Zmierzchu długiego dnia” los jest niby w rękach bohaterów, nie mają oni jednak siły, czy wręcz nie umieją wyjść z własnych zapaści. Matka morfinistka rujnuje życie rodzinne uciekając w inny świat, patologicznie skąpy Ojciec nie umie pogodzić się z przegranym życiem, starszy syn nie umie wydobyć się z alkoholizmu, młodszy jest nieuleczalnym gruźlikiem. Każdego dnia jednak rodzi się nadzieja, że może już dzisiaj tenże los da się jakoś odwrócić. I oglądamy tę nadzieję – tak właśnie należy powiedzieć o tym przejmującym spektaklu. Jessica Lange stworzyła wręcz wzruszającą kreację jako Matka. Świetnie współgra z nią Gabriel Byrne jako Ojciec, idealnie obsadzeni są także Michael Shannon i John Gallagher jako ich synowie. Wszyscy znakomicie tworzą napięcia wynikające z oczekiwania, że może to właśnie dziś nastąpi zwrot w ich życiu.

 

W pamięci mam wybitne przedstawienie tej sztuki przygotowane przez Zygmunta Huebnera z wielkimi rolami Zofii Mrozowskiej, Władysława Hańczy, Józefa Nalberczaka i Grzegorza Damięckiego. Publiczność przeżywała ich zmagania ze sobą i z owym losem jak swoje własne. Ja też je tak przeżywałem. Pamiętam również kreacje Katharine Hepburn i sir Ralpha Richardsona w filmie powstałym na kanwie tegoż dramatu.
Eugene O’Neill – „Szczęście nie znosi nieśmiałości. Tak samo nauka”.
Z ciekawości przysłuchałem się uważniej kilku nowym piosenkom z Opola. Jedna głupsza od drugiej. Co zrobić, głupota jest wciąż modna.
Na korku od wina, które właśnie otworzyłem widnieje napis – „Życie jest snem minerałów”.