Poniedziałek
A propos Memorial Day sprzed tygodnia. Z wpisu na fejsbuku mamy 24-letniego żółnierza, który zginął w Afganistanie ratując polskiego oficera, z którym (nie znając się wcześniej) przez kilkanaście minut odpierali atak talibów. „Jesteś prawdziwym patriotą. Dziękuję Ci za prawdziwą miłość do Ojczyzny oraz tego, że chroniłeś naszą wolność. Dziękuję Ci, że byłeś naszym synem”. Cóż można więcej napisać… Lepiej zamilknąć. Dopóki są takie rodziny (chłopak od najmłodszych lat chciał być żołnierzem, doszedł do stopnia sierżanta, skończył kurs Rangersów), dopóty Ameryka żyje i żyć będzie.

 

Czwartek
Ważny głos, ważne pytania. Już wielokrotnie cytowany na tej kolumnie Witold Jurasz. Znany, bystry i ceniony analityk, więc nie będę się wygłupiał ze swoimi wieloma wtrętami, ale polecimy w dużej mierze cytatami. Na początek trzy tezy:
„- W Polsce zwykło się mówić, iż RP z USA łączy strategiczny sojusz, a Polska jest strategicznym sojusznikiem USA. Polska tymczasem nie ma potencjału by stać się tak ważna dla USA.
– Brak równowagi charakteryzuje relacje USA z każdym z jego strategicznych sojuszników. Wszyscy jednak sojusznicy Waszyngtonu kompensują ów brak równowagi własnym stabilizującym znaczeniem w regionie tudzież przewidywalnością w polityce zagranicznej i wewnętrznej.
– W relacjach ze Stanami Zjednoczonymi zawsze będziemy pełnić rolę „junior partner’a”.
Wszystkie prawdziwe, nie ma co do tego sporu. Jedziemy więc Juraszem dalej:
„W Polsce zwykło się mówić, iż RP z USA łączy strategiczny sojusz, a Polska jest strategicznym sojusznikiem USA. Rzadziej co ciekawe mówi się, że Stany Zjednoczone są naszym strategicznym sojusznikiem. To ciekawe, gdyż spośród wszystkich trzech stwierdzeń to jest najmniej nieprawdziwe. Dla Polski w istocie bowiem Stany Zjednoczone są strategicznym (kluczowym, najważniejszym) sojusznikiem. Niestety nie oznacza to, iż sojusznik ten zawsze realizuje nasze oczekiwania, o czym dalej, co nie zmienia jednak faktu, iż pozostaje naszym kluczowym sojusznikiem. Z całą pewnością nieprawdą jest jednak twierdzenie, iż Polska jest strategicznym sojusznikiem USA. Polska nigdy nie była i nie ma potencjału by stać się tak ważna dla USA (…) Charakterystyczne jest to, że wbrew co i rusz pojawiającym się informacjom o różnicach zdań dotyczących podejścia do sprawy wojny Rosji z Ukrainą, Berlin i Waszyngton w istocie ściśle koordynują swoją politykę, a różnice wydają się nie wykraczać poza bezpieczne granice, czego dowodem jest to, że pomimo prób Rosja nie jest w stanie rozegrać ich w taki sposób, by rozbić sojusz Urzędu Kanclerskiego i Białego Domu. Berlin jest bowiem, choć w przeciwieństwie do nas nie szermuje tym sformułowaniem, strategicznym sojusznikiem Waszyngtonu. Niemcy są jednak potęgą – co prawda nie militarną, ale z całą pewnością gospodarczą i polityczną. Jeśli jednak szukać w Europie państw, które nie będąc potęgami są bliższe Stanom Zjednoczonym niż my, to niechybnie ślad prowadzi do Rumunii, a nie Polski. Już samo uświadomienie sobie powyższego stanu rzeczy powinno dawać nam wiele do myślenia.”

 
I teraz kilka myśli, które mogą niektórych, zatopoionych w polskiej megalomanii, z lekka zszkować. Ale ja osobiście z tymi ocenami się zgadzam: „Polska nie ma dostatecznego potencjału politycznego, gospodarczego, militarnego ani ludnościowego, by pełnić rolę, którą sama sobie przypisuje. Brak równowagi charakteryzuje relacje USA z każdym z jego strategicznych sojuszników. Wszyscy jednak sojusznicy Waszyngtonu kompensują ów brak równowagi własnym stabilizującym znaczeniem w regionie, tudzież przewidywalnością w polityce zagranicznej i wewnętrznej. Polska nie dysponuje – w dużym stopniu na własne życzenie – również i tymi atutami. Nasza pozycja w regionie to naprzemiennie rezygnacja z prowadzenia polityki regionalnej lub pozbawione pokrycia w rzeczywistości hasła o naszym przywództwie w regionie. Geograficzne położenie, które polscy politycy zwykli nazywać strategicznym również nie predestynuje nas do roli, którą w ramach naszej narodowej dezynwoltury sobie przypisujemy. Stabilność regionu zapewniania jest bowiem przez sąsiadujący z nami Berlin, a nie przez politycznie niestabilną i pozbawioną umiejętności realnej oceny własnego znaczenia Warszawę. Naszym atutem nie jest też nasza mniejszość narodowa w Stanach Zjednoczonych, której stopień politycznego zorganizowania i wpływów jest kompromitująco niski”. Słowa o Polonii mogą boleć, ale jakże są prawdziwe. Nie wierzycie? Weźcie nominalnego szefa polonijnej społeczności Franka Spulę (prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej). Ile ważnych spraw załatwił? Kto, kiedy i gdzie go przyjmował? Sukcesy? Proszę nie żartować. Świętej pamięci prezesi Rozmarek i Mazewski przekręcają się w grobach…

 
Dodatkowo, polska dyplomacja dawała sobą kręcić jak kataryną. Weźmy sprawę zniesienia wiz. Pisze Jurasz: „Brak równowagi to niejedyny jednak problem naszych relacji z Waszyngtonem. Jakkolwiek bowiem w OAS nie wierzymy w termin „sojusznicza lojalność” to jednak w wypadku relacji z USA widać, iż – jeśli przyjąć, iż taka kategoria w ogóle istnieje – w naszych relacjach z Waszyngtonem i z tym mamy problem. Ilekroć polska delegacja jedzie do Stanów Zjednoczonych jednym z głównych zagadnień, które zmuszona jest omawiać jest kwestia wiz. W naszej ocenie wizy to sprawa symbolicznie ważna, ale politycznie de facto nieistotna. Ciekawe jednak, iż co najmniej w kilku przypadkach sprawa pojawiała się w obiegu publicznym z inspiracji nie Warszawy, a Waszyngtonu. Z punktu widzenia waszyngtońskiej administracji optymalnym było bowiem, iżby polska strona skupiała się na sprawach drugorzędnych, kosztem spraw dalece istotniejszych. Dokładnie tak od lat dzieje się w sprawie wiz”.

 
Jak widać jest sporo do zrobienia ze strony Warszawy, ale nie miejmy złudzeń. „W relacjach ze Stanami Zjednoczonymi zawsze będziemy pełnić rolę „junior partner’a”. Taka rola nie oznacza jednak, iż musimy przystępować do dialogu od razu godząc się na każde rozwiązanie. Skala naszego podporządkowania Stanom Zjednoczonym spowodowała, iż, o czym była już mowa, zdecydowaliśmy się na posunięcia sprzeczne z naszymi interesami. Problem wszakże polega na tym, iż nasze podporządkowanie nie jest podstawą do rewizji sojuszy. To raczej kwestia ostrożniejszego doboru kadr. Warto, gdy mowa jest o uwikłaniach z przeszłości, pamiętać, iż uwikłania te mogą dotyczyć tak relacji z przeciwnikami, jak i sojusznikami. Przede wszystkim jednak należy w końcu wypracować w sobie umiejętność godnej postawy wobec naszych partnerów. Takiej, w której ani nie jest się na kolanach, ani też się z kolan nie wstaje. Wystarczy po prostu stać. Albo siedzieć – byleby przy stole negocjacji. Nie mamy innego wyboru jak dbać o sojusz ze Stanami Zjednoczonymi. Tym ważniejsze, by dbać o niego dojrzale”.
Tako rzecze, Witold Jurasz. I dobrze gada.