Wczesne lata dziewięćdziesiąte. Za komunijne pieniądze kupuję radiomagnetofon Kasprzak i od tej pory jestem wolna jak taczanka na stepie. Nagrywam piosenki z Trójkowej Listy Przebojów. Podkradam kasety starszemu bratu. Robię niezliczone kopie ulubionych płyt, a do każdej, własnoręczne – często wymyślne – okładki, obowiązkowo z listą utworów wypisaną drobnym maczkiem. Próbuję naśladować brata, którego kasetowa manufaktura nosi znamiona prawdziwej sztuki. Nie tylko bowiem projektuje obwoluty, ale również pokrywa farbą plastykowe obudowy. Zostawiając na każdej odcisk swoich dłoni. Metaforycznie. Ale też często w sensie ścisłym. Ślad po kciuku. Palcu wskazującym. Serdecznym.

 
Płyta „Disintegration” zespołu The Cure była biała. Na kartoniku starannie wyklejony tytuł. Używało się wtedy kalkomanii. Z foliowych arkuszy wyciskało literka po literce. W zamierzchłych czasach, bez komputerów i drukarek, wszystko było handmade. Unikatowe. Własne. Plastyk pachniał farbą akrylową. Pudełko skrzypiało przy otwieraniu. Dźwięk przesłuchiwanej setki razy taśmy nie był najwyższej jakości. Ale liczyło się coś zupełnie innego. Intensywność doznań. Wyrazistość. Jak ze wszystkim, co pierwsze. Co bardziej. I mocniej. Niż kiedykolwiek później.

 
Zawsze kiedy słucham tej płyty jest zima. I Polska. Płachty uwalanego sadzą śniegu. Puste przestrzenie. Przenikliwe zimno. Nawet w środku upalnego lata. Nawet pod kopułą Madison Square Garden, w akompaniamencie nienażartej publiki, która w ciągu półtoragodzinnego koncertu musi skonsumować kilogramy parówek, bo inaczej padnie z wycieńczenia. Więc siedzą i jedzą. I piją. I wstają do łazienki. I wracają. Na wypełnionych po brzegi trybunach trwa piknik. Tłuszcza kotłuje się, roi. Otyła nastolatka przeciska się z hot dogiem w jednej, z piwem w drugiej ręce, lekko nietrzeźwy fan w bandance na czole zrywa się co rusz z krzesła i wykrzykuje tytuły piosenek, których – oddalona o lata świetlne kapela – nie ma szans usłyszeć, cztery koleżanki trajkoczą bez przerwy, siorbią drinki, szeleszczą torbami z popcornem, śmieją się, robią zdjęcia, kompletnie nie zwracając uwagi na to, co dzieje się na scenie. A tam Robert Smith z kolegami odpala wehikuł czasu. Zgarbiona nieco, nieforemna postać, z czarnym wiechciem przerzedzonych włosów, scenicznym makijażem, który nie zmienił się od lat kilkudziesięciu zaczyna śpiewać i dzieją się rzeczy niebywałe. Znowu jest rok 90. Czwarte piętro wrzesińskiego bloku. MTV w telewizorze. I „Lovesong” grane na okrągło. A potem długie, ciemne wieczory z „Pictures of You” tłumaczonym przez koleżankę, którą angielskiego uczyła prawdziwa Amerykanka z Nowego Jorku, przybyła z Korpusem Pokoju do małego miasteczka w Wielkopolsce, żeby zmienić życie kilku, a może kilkudziesięciu osobom.

 
W najmniej oczekiwanym momencie dopada mnie wzruszenie. A potem myśl, że kiedyś. Że wszyscy. Reflektor oświetla salę, która pomieścić może dwadzieścia tysięcy osób. Tłum faluje. Podnosi z krzeseł. Wykrzykuje każde zapamiętane słowo. Myślę o czasie, który minął. O sobie tamtej. Może nieco wrażliwszej. Ufnej. Nie bojącej odsłonić.

 
Wracają godziny. Tuż przed zmierzchem. Pusty pokój. Łóżko. Wypisany cytat na ścianie. Książki na półce. Widok z okna. Muzyka otwiera kolejne drzwi, szuflady, zapadki w głowie. Wyświetla się film. Ze ścieżką dźwiękową The Cure. Co wyświetla się dziewczynie siedzącej obok? Może tylko reklama Mc Donalds’a. Ale wśród tysięcy na sali przynajmniej połowa ma swoje historie, wspomnienia, kadry, do których gra ich ulubiony zespół.

 
Wychodzimy nieco sfatygowani. Zmęczeni tłumem, hałasem. Odbieramy aparat fotograficzny, który nam skonfiskowano przy wejściu. Był zbyt profesjonalny – tłumaczy pracownik ochrony. I przeprasza, że padliśmy ofiarami restrykcyjnej polityki, której – za czasów jego młodości – nie było. Zawstydzilibyśmy Urząd Antynarkotykowy – mówi. Jointy palili wtedy wszyscy. Gdybyś weszła na zaplecze podczas koncertów Stonesów – myślałabyś, że jesteś w saunie. Wszędzie kłęby dymu! – śmieje się, odsłaniając rząd równiutkich, sztucznych zębów.

 
Dzisiaj Joseph L. – bo takie imię widnieje na plakietce – ma sześcioro wnucząt i tzw. normalne życie. Nie dziwi go, że na koncertach je się hot dogi i zapija rozwodnionym piwem. Że nikt nie tańczy pod sceną, dziewczyny nie zdzierają podkoszulek, muzycy nie podają rąk tym, co najbliżej, a w powietrzu nie latają biustonosze. Zmieniły się czasy – mówi. Kwestie bezpieczeństwa – kiwa smutno głową.

 
Dzisiaj wszyscy jesteśmy konsumentami. Ogłupieni reklamami. Bombardowani śmieciami. Z głowami wypchanymi wycinkami z gazet. Z uniesień – jak pisał klasyk – pozostało nam jedynie uniesienie brwi, ze wzruszeń – wzruszenie ramion.

 
Napisz do autorki:
[email protected]