Oświadczam wam, bracia, że głoszona przeze mnie Ewangelia nie jest wymysłem ludzkim. Nie otrzymałem jej bowiem ani nie nauczyłem się od jakiegoś człowieka, lecz objawił mi ją Jezus Chrystus. Słyszeliście przecież o moim wcześniejszym postępowaniu, gdy jeszcze wyznawałem judaizm, jak z niezwykłą gorliwością zwalczałem Kościół Boży i usiłowałem go zniszczyć, jak w żarliwości dla judaizmu przewyższałem wielu moich rówieśników z mego narodu, jak byłem szczególnie wielkim zapaleńcem w zachowywaniu tradycji moich przodków.

 
Ga 1, 11-14

 

W rok po śmierci córki matka napisała list do przyjaciół: „Nie ma odpowiedniego słowa, nic nie możesz powiedzieć, co zmieniłoby zaistniałą sytuację. Ale twój telefon, twoje odwiedziny i zaproszenie znaczą dla mnie bardzo wiele. To przypomina mi, że jeszcze normalnie żyję, że ta tragedia nie pochłonęła całego mojego życia. Wiele płaczę, ale jest to w porządku. Nie jestem tym zakłopotana, ty też nie powinieneś być. Nie sugeruj mi, że powinnam brać uspakajacie leki. Mam prawo do swoich uczuć. Chcę czuć żałobę utraty. Chcę rozmawiać o mojej córce. Chcę wymawiać jej imię i chcę słyszeć jak inni je wymawiają. A jeśli przy tym płaczę, to jest to także w porządku. Nie unikaj rozmowy na ten temat ze mną, tylko dlatego, aby nie rozdrapywać ran. Będę płakać w samotności lub przed tobą. Nie chcę byś się czuł niewygodnie lub winny. Jeśli to jest prawdą, że myślisz o mnie, proszę zadzwoń lub napisz maila. Nie czekaj aż mnie spotkasz przypadkowo w sklepie, aby mi powiedzieć, że myślisz o mnie. Moje poczucie utraty kogoś bliskiego nie jest zaraźliwe. Nie lękaj się pobyć ze mną. Każdy dyskomfort jaki czujesz na początku ustąpi jeśli damy sobie szansę. Jeśli planujesz spotkanie towarzyskie lub jakiś wyjazd z przyjaciółmi proszę pomyśl także o mnie. Tak często czuję się bardzo samotna. Nie mam intencji „dołować cię” i zrobię wszystko, aby cię nie obciążać moim smutkiem. Nie czuj się niezręcznie, zapraszając mnie na jakąś zabawę, nie myśl nawet i nie pytaj, czy mogę z tego zaproszenia skorzystać. Może nie skorzystam, ale pocieszające jest to, że nie zostałam wykluczona. Wykluczenie mnie dobija.

 
Gdy zobaczysz moje dzieci nie pytaj ich jak ja się czuję, zapytaj raczej, jak im się wszystko układa. One straciły starszą siostrę, swoją powiernicę, najlepszą przyjaciółkę, one też powinny wiedzieć, że inni martwią się o nie. Ta tragedia dotknęła całą naszą rodzinę, każdego z nas. Zdałam sobie z tego sprawę, w ubiegłym roku, po tym jak zjedliśmy ostatni wspólny posiłek, skończyły się oficjalne wizyty i życie każdego wróciło do normy, oprócz mojego. Spaceruję, uśmiecham się, pracuję, pozdrawiam ludzi, mówiąc, że wszystko jest w porządku. Ale w głębi duszy jest ból, który zawsze tam pozostanie. Tak powinno być i to jest w porządku, chcę normalnie żyć z bólem utraty kogoś bardzo bliskiego” /Roberta Levine Waters: „A Grieving Mom’s Request”/.

 
Idąc przez życie doświadczamy wielu trudnych momentów, które nieraz traumatycznie wpisują się w naszą historię. Śmierć kogoś bliskiego jest jednym z nich. W takich momentach tak bardzo potrzebujemy obecności bliźniego w takim kształcie, jaki widzimy w liście matki po stracie dziecka. Zasadniczo nie zmieni to sytuacji w jakiej znaleźliśmy się, ale jest ogromnym wsparciem w czasie przechodzenia przez ten tragiczny etap życia i ogromną pomocą w odnajdywaniu nadziei i pokoju. Ludzka obecność jest bardzo ważna, ale nie wystarczająca, aby zmierzyć się z najtrudniejszymi doświadczeniami naszego życia. I w takich momentach spoglądamy ku niebu, przywołując obecności samego Boga. Czytania biblijne na dzisiejszą niedzielę mówią o tym. W pierwszym czytaniu słyszymy opowieść o proroku Eliaszu, który odwiedził kobietę opłakującą śmierć dziecka. Prorok przywołuje Boga: „O Panie, Boże mój! Błagam Cię, niech dusza tego dziecka wróci do niego!”. Modlitwa nie pozostała bez odpowiedzi: „Pan zaś wysłuchał wołania Eliasza, gdyż dusza dziecka powróciła do niego, a ono ożyło. Wówczas Eliasz wziął dziecko i zniósł z górnej izby tego domu, i zaraz oddał je matce. Następnie Eliasz rzekł: ‘Patrz, syn twój żyje!’”. Ogromna radość wypełniła serce matki.

 
Podobna radość stała się udziałem wdowy z Nain, która opłakując śmierć syna odprowadzała go wraz z przyjaciółmi na miejsce wiecznego spoczynku. Na tej smutnej drodze stanął Chrystus i powiedział do zrozpaczonej kobiety: „Nie płacz”. Może była zdziwiona tymi słowami, bo jak tu nie płakać. Prawdopodobnie słowa nie powstrzymały łez, dokonał tego czyn. Jezus powiedział: „Młodzieńcze, tobie mówię, wstań!”. A zmarły – jak mówi Ewangelia – „usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. Wszystkich zaś ogarnął strach; wielbili Boga”. To była chwilowa radość, bo do wskrzeszonego powróci kiedyś cień śmierci, nie jest ważne po ilu latach, nawet kilkadziesiąt minionych lat w ostatnim dniu, wygląda na chwilę ludzkiego wędrowania. Psalmista ujmuje tę prawdę w słowach: „W proch każesz powracać śmiertelnym, i mówisz: ‘Synowie ludzcy, wracajcie!’ / Bo tysiąc lat w Twoich oczach / jest jak wczorajszy dzień, który minął, / niby straż nocna. / Porywasz ich: stają się jak sen poranny, / jak trawa, co rośnie: / rankiem kwitnie i jest zielona, / wieczorem więdnie i usycha”.

 

 

Ta chwilowa radość wskrzeszenia ma o wiele większą wymowę, niż przedłużenie naszego życia o kilkadziesiąt lat. Jesteśmy w ręku Boga, który jest Panem życia i śmierci. On daje nam życie, w które wpisana jest śmierć, jednak to nie ona ma ostatnie słowo w naszym życiu, tylko zmartwychwstanie i życie wieczne. Tę prawdę objawia Chrystus na Golgocie, a szczególnie w jerozolimskim ogrodzie Józefa z Arymatei, gdzie został odwalony kamień, a przy pustym grobie aniołowie powiedzieli zapłakanym kobietom: „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał”. Zmartwychwstanie Chrystusa jest ważniejsze niż wszystkie wskrzeszenia. Ten który zmartwychwstał potwierdził czynem swoje słowa, że ci, którzy zawierzą Mu – zmartwychwstaną, aby już nigdy nie umrzeć. Ci którzy uwierzą mogą z ufnością powtarzać słowa psalmu z dzisiejszej niedzieli: „Sławię Cię, Panie, bo mnie wybawiłeś / i nie pozwoliłeś mym wrogom naśmiewać się ze mnie. / Panie, mój Boże, / z krainy umarłych wywołałeś moją duszę / i ocaliłeś mi życie spośród schodzących do grobu/.

 

Aby doświadczyć cudu zmartwychwstania potrzebujemy ufnej, dziecięcej wiary. Chrystus mówi: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego”. Poniższe dwa przykłady mówią o takiej wierze. W czasie przygotowania Ani do I Komunii św. zmarł jej dziadek, którego bardzo kochała, a i ona była dla dziadzia oczkiem w głowie. Po śmierci Ania bardzo tęskniła za swoim dziadziem. Pewnego dnia jej opiekunka powiedziała: „Aniu, dziadzio mieszka teraz w niebie i jest bardzo szczęśliwy. On jest blisko ciebie i widzi cię”. Na co Ania z żalem odpowiedziała: „Ale to jest niesprawiedliwe, bo ja nie mogę, a on może mnie widzieć”. Kolejny przykład. Darek pod nieobecność żony musiał wyjść na chwilę z domu. Przed wyjściem powiedział do ośmioletniego synka Tomasza: „Ja na chwilę wychodzę, ale gdyby się coś działo to zadzwońcie do cioci Marysi, tu jest numer telefonu”. Na co mały Tomek całkiem poważnie powiedział: „OK tata, ale jakbyś umarł, to zadzwoń”. Dzięki naszej wierze, nawet gdy jesteśmy po drugiej stronie śmierci możemy „dzwonić” do tych, którzy żyją tu na ziemi. Muszę powiedzieć, że takich telefonów odbieram wiele, a szczególnie od moich rodziców.

 
Pięknie o tej dziecięcej wierze pisze poeta ks. Twardowski: /Moja święta wiaro z klasy 3b / z coraz dalej i bliżej / kiedy w kościele było tak cicho że ciemno / a w domu wciąż to samo więc inaczej / kiedy święty Antoni ostrzyżony i zawsze z grzywką / odnajdywał zagubione klucze / a Matka Boska była lepsza bo przedwojenna / kiedy nie miała pretensji do nikogo nawet zmokła kawka / a miłość była tak czysta że karmiła Boga / wielka i dlatego możliwa / kiedy martwiłem się żeby Pan Jezus nie zachorował / bo by się komunia nie udała / kiedy rysowałem diabła bez rogów – bo samiczka / proszę ciebie moja wiaro malutka / powiedz swojej starszej siostrze /- wierze dorosłej, żeby nie tłumaczyła / – dopiero wtedy można naprawdę uwierzyć / kiedy się to wszystko zawali”.