Lekarze podczas pooperacyjnych oględzin: „zwolnić i zmniejszyć”. Innymi słowy: wszystko wolniej, wszystkiego mniej. Postaram się. Ale kiedy słyszę odpowiednią muzykę taneczną i tę dawną, i tę nową, to nogi mnie same niosą. Zaraz jednak muszę zaprzestać, bo szwy, bo ból, bo zachwiania równowagi. Zaprzestaję więc. Kwiaty i drzewka na balkonie podlewam małymi dzbankami, bo konewki nie wolno mi dźwignąć, na rower nie wsiadam, bo zbyt duży wysiłek dla mięśni. Tomów encyklopedyj ani słowników nie wyjmuję z regałów, bo zbyt ciężkie. Wszystko sprawdzam w Internecie. Ostatnio w Bellevue Hospital zostałem zaliczony do starszaków i coraz częściej słyszę, że to i tamto jest u mnie stosowne do wieku. Po różnych badaniach kompleksowych stwierdzono, iż prowadziłem się w życiu zdrowo i moralnie. Nie zaprzeczyłem. Snadź wypita niegdyś cysterna wody ognistej jakoś mi nie zaszkodziła. W niczym też nie pomogła, dodam dydaktycznie i pedagogicznie na wszelki wypadek. Ot czasem rozluźniała mnie i wprowadzała w dobry humor, pobudzając do żartów. Czasem pobudzała wyobraźnię i wyostrzała widzenie ludzi i spraw. Niekiedy też wzniecała bunt przeciw niesprawiedliwości.
Trzej zaprzyjaźnieni trzydziestotrzylatkowie skarżą się w listach do mnie na zbyt szybki upływ czasu. Pierwszy jest znakomitym tancerzem, drugi świetnym historykiem, trzeci wziętym pisarzem, zatem można domniemywać, iż się spełniają i że wszystko jeszcze przed nimi. Tymczasem wszyscy trzej piszą o przemijaniu. To, co ja mam powiedzieć?
Jejmość pamiętająca mnie sprzed lat – „Ależ pan się zmienił, ależ pan się zmienił. Pamiętam pana jako bruneta z zielonymi oczami a dzisiaj już gołąbek z szarym spojrzeniem. Nie do rozpoznania”. Ano nie do rozpoznania.
Zmarł profesor Janusz Tazbir, wybitny historyk. Zaczytywałem się w jego i książkach o dawnych obyczajach, kulturze szlacheckiej, reformacji i kontrreformacji. Kiedy walczyłem piórem o utworzenie studiów polskich na Columbia University, profesor był moim doradcą w zakresie przyszłego programu z zakresu historii. Był nawet gotów zainicjować wykłady z historii kultury polskiej, na czym bardzo mi zależało. Dziś niby te studia polskie są, ale tylko w nazwie. O naszej kulturze mówi się na nich szczątkowo, dygresyjnie i okazyjnie. Z każdej rozmowy, jakie prowadziliśmy w gabinecie profesora w PAN-ie wychodziłem zafascynowany jego wiedzą, umiejętnością atrakcyjnego jej prezentowania i nieprawdopodobną wręcz żywością umysłu. Niezastąpione są jego dzieła: „Państwo bez stosów. Szkice z dziejów tolerancji w Polsce XVIi XVII w.”, „Historia Kościoła katolickiego w Polsce 1460-1795”, „Reformacja w Polsce. Szkice o ludziach i doktrynie”, „W pogoni za Europą” i „Pokuszenie historyczne. Ze świata szabel i kontuszy”. To profesor Tazbir uświadomił mi, jak szkodliwe są mity m.in. na temat szlachty i złotej wolności szlacheckiej i na temat rzekomo negatywnego wpływu na Polskę innych religii niż katolicka. Nie udało mi się jeszcze dotrzeć do opracowanej przez niego antologii tekstów literackich wydanych w tomie „Literatura antyjezuicka w Polsce 1578-1925” oraz pomieszczonych w rocznikach „Odrodzenia i Reformacji w Polsce”.
Profesor Janusz Tazbir – „Wiara w spiskową teorię zwalnia nas od myślenia i daje silne poczucie, że jesteśmy ważni. Skoro cały świat sprzysiągł się przeciwko nam…”. Niestety wiara ta ma się całkiem dobrze a ostatnio została nawet odgórnie zadekretowana. Odrodzenie i Oświecenie są na górze źle widziane, natomiast zalecane jest Średniowiecze i egzorcyzmy. Historia kołem się toczy.
Oglądam fragmenty Parady 3 Maja transmitowanej z Chicago przez TV Polonia. Idą i jadą w niej tysiące rodaków, tysiące rodaków ją ogląda na ulicy. Amerykanów nie widać. Co drugi jej uczestnik, pytany przez dziennikarzy, mówi o swej dumie z polskości. Ja też jestem z niej dumny, a jakże. Nie wiem jednak, czy mam być dumny z także tego, że nie liczymy się w Stanach jako grupa etniczna i z tego, że nie uczestniczymy w wielkich amerykańskich wydarzeniach politycznych, społecznych i kulturowych? Czy mam być też dumny z tego, że nie mamy swoich przedstawicieli we władzach federalnych, stanowych, miejskich i administracyjnych? Jedno jest pewne: machanie flagami i skandowanie „Polska, Polska!” wychodzi nam świetnie.
Co będzie, gdy wybory prezydenckie wygra Donald Trump? Czy ktoś jest w stanie to przewidzieć? Prawicowcy są pewni wygranej, zacierają ręce z radości i wyśmiewają moje wątpliwości.
Beznadziejna jest obecna polska opozycja złożona z KOD-u, PO, Niezależnej i PSL-u. Zero programu, poza odebraniem PiS-owi władzy. Zero merytorycznej dyskusji. Nawet program restrukturyzacji rodzimego przemysłu i plan uruchomienia stoczni im się nie podoba. Lider KOD-u Mateusz Kijowski sprawia na mnie wrażenie ćwierćinteligenta. Niewiele większą inteligencją grzeszą Grzegorz Schetyna i Ryszard Petru.
Należy spodziewać się kolejnych prowokacji grup żydowskich inspirowanych książkami i publikacjami Jana Tomasz Grossa a kto wie, czy pośrednio nie przez niego samego. Zatem nie dajmy się sprowokować. Zapotrzebowanie na nasz antysemityzm wzrasta w przeciwieństwie do zapotrzebowania na wiedzę o bolszewiźmie bardzo wielu Żydów i ich udziale w Holokauście. Tak jest – udziale!
Książka Agnieszki Kosińskiej „Miłosz w Krakowie” jest najpełniejszym obrazem Miłosza – człowieka; kopalnią wiedzy o nim. Autorka była sekretarką pisarza asystującą mu przez osiem ostatnich lat jego żywota. Poznała go od podszewki, weszła w jego świat, zachowując doń dystans i zdrowy osąd spraw z nim związanych. W jej oczach Miłosz był zarazem Cześnikiem Raptusiewiczem i Rejentem Milczkiem a także „Abelardem i Tristanem u kresu rozpaczy, dzikim niedźwiedziem grizzly o brawurowej odwadze i Kubusiem Puchatkiem o małym rozumku”.
Zespół „Śląsk” przez cały kwiecień występował w Silver Dollar City w Opera House w Brasson w stanie Missouri. Polscy tancerze wystąpili na tej scenie 57 razy. Media polskie ani polonijne tego w ogóle nie zauważyły. Międzynarodowy Dzień Tańca przypadający 29 kwietnia także przeszedł w tych mediach bez echa. Nikt nie zauważył, iż u kołyski teatru stał taniec i pierwszym aktorem był tancerz.
Friedrich Nietzsche „A ci, którzy tańczyli zostali uznani za szaleńców przez tych, którzy nie słyszeli muzyki.”
Goszczę Jana Maciejowskiego, wybitnego reżysera, profesora i dawnego dziekana Wydziału Reżyserii krakowskiej PWST. Jest on ostatnim żyjącym uczniem wielkiego Leona Schillera. Tematów teatralnych i życiowych mamy tyle, że nie możemy się nagadać. Także i z jego żoną Barbarą Zawadą, świetną scenografką i działaczką ZASP-u.
Publicystyka patriotyczna niekoniecznie jest śliczna, a i filmy patriotyczne też na zawsze są śliczne. Z powodów ideowych powstaje wiele dzieł chałowych.