Na łonie przyrody i wśród najświeższej zieleni czuję się młodszy i lżejszy. Chce mi się wędrować i zdobywać okoliczne wzgórza. Kiedy widzę świeżo skoszoną łąkę czuję potrzebę biegania na bosaka. Niekiedy rzeczywiście zdejmuję buty i posuwam stopami po trawie. Czasem wydaje mi się, że na bosaka jestem bardziej sobą i czuję się, jakbym wrócił do dzieciństwa i biegał boso po nadświdrzańskich łąkach lub wędrował Świdrem ku Wiśle. Bywa, że chodzę boso po mieszkaniu niczym Witold z „Historii” Gombrowicza.
Gombrowicz w tejże „Historii” „Jak można nogą dotykać świata! Ty nie zdajesz sobie sprawy czym jest świat! (…) Ta bosość jest może zaletą naszą i siłą”.
Nie marzy mi się Polska mocarstwowa. Nie pragnę jej dominacji ani nawet przywództwa w regionie. Nie pragnę również Polski fundamentalistycznej, dążącej do zbudowania katolickiego państwa narodu polskiego. Marzy mi się Polska oświecona pozwalająca żyć wszystkim lojalnym obywatelom, bez wytykania im rasy, pochodzenia, orientacji politycznej, religijnej i seksualnej. Polska odrzucająca faszyzm, komunizm, szowinizm, nacjonalizm i wszelaki totalitaryzm. Polska wnosząca konstruktywne idee do Unii Europejskiej i do organizacji światowych. Marzy mi się również Polska wyłuskująca swe utalentowane dzieci, otaczająca je opieką i dbająca o właściwe zagospodarowanie ich wiedzy i umiejętności. Słowem Polska promująca ludzi najlepszych i najbardziej kreatywnych. Marzy mi się też Polska pochylająca się nad losem tych, którzy nie z własnej winy zostali skazani na nędzę i poniżenie.
Nieczęsto zgadzam się z profesorem Bogusławem Wolniewiczem, uosobieniem narodowej prawicy, ale czasem myślę podobnie lub wręcz identycznie. Uważam, iż warto zastanowić się nad tym, co powiedział o katastrofie smoleńskiej w wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Do Rzeczy”. Stwierdził w nim m. in., że „Macierewicz i 21 totumfackich, których sobie wynajął, chcą stwarzać pozory. Ta >komisja< od początku jest niewiarygodna. W katastrofie smoleńskiej do wyjaśnienia jest tylko bałagan organizacyjny po stronie polskiej, który do katastrofy doprowadził. Skandalem politycznym było, że pojechały tam dwie osobne delegacje. To był publiczny dowód, że Polacy potrafią się tylko ze sobą żreć. Swoich waśni nie mogli zawiesić ani Tusk, ani Kaczyński i obaj są temu winni. Nawet gdy mieli stanąć nad tą straszną mogiłą katyńską, woleli rozgrywać na oczach Rosjan swoje kłótnie. A poza tym Rosjanie proponowali, że przyślą swojego nawigatora, a myśmy się na to nie zgodzili. Dlaczego? Taka sprawa wymaga wyjaśnienia. Tymczasem idzie się w drugą stronę, bo na punkcie Smoleńska Jarosław Kaczyński ma bzika”.
Na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, ulicy dość krótkiej, są już pomniki: Mikołaja Kopernika, Stefana Wyszyńskiego, Bolesława Prusa, księcia Józefa Poniatowskiego i Adama Mickiewicza. Przy wejściu do Kościoła Świętego Krzyża jest pomnik Chrystusa Króla a na pobliskim placu Piłsudskiego stoi jego pomnik. Przy skwerze na wysokości ulicy Miodowej jest figurka Matki Boskiej Passawskiej. Teraz ma stanąć na Krakowskim także pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz osobny pomnik ofiar pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej. Nie jestem przekonany, czy takie zagęszczenie dobrze zrobi tymże pomnikom. Przypomnieć też trzeba, że dotychczasowe pomniki i tablice poświęcone Lechowi Kaczyńskiemu i czasem jego małżonce trudno nazwać dziełami sztuki. Są okropne. Po prostu okropne.
Ci, którzy wciąż szukają odpowiedzi na pytanie, czy Powstanie Warszawskie było koniecznością niech przeczytają książkę Andrzeja Leona Sowy „Kto wydał wyrok na miasto? Plany operacyjne ZWZAK (1940-1944) i sposoby ich realizacji”. Z niezbadanych dotąd lub pomijanych dokumentów, które przytacza autor, przeziera prawda, która wybija nas z dotychczasowych ustaleń i przekonań. Dzieło to jest nieodzownym kompedium dla tych, którzy szukają tejże prawdy i dla tych, którzy są zwolennikami powstańczej mitologii. Zanurzając się w nie czuję się warszawiakiem do szpiku. Który to już raz?…
Nasilająca się ostatnio walka z tzw. pedagogiką wstydu jest w niemałym stopniu uzasadniona, ale w mediach narodowoprawicowych utrwala przeświadczenie, że jesteśmy potomkami wyłącznie bohaterów i przodków bez skazy. A przecież było ich relatywnie niewielu, choć może więcej niż gdzie indziej. Rzecz jak zwykle w proporcjach. Nie wpadajmy zatem w narcyzm narodowy i zaglądajmy czasem do wiekopomnych i jakże aktualnych dzieł, jakimi są „Podróż do Ciemnogrodu” i „Dzieje głupoty polskiej”. Ot tak dla równowagi, czy jak kto woli pełności obrazu. Historyków ze Szkoły Stańczyków też warto byłoby poczytać od czasu do czasu.
Szukam informacji o Związku Stowarzyszeń Polskiej Młodzieży Postępowo Niepodległościowej działającym w latach 1899 – 1914. Do roku 1908 znany był on pod nazwą – Związek Postępowej Młodzieży Polskiej. Na trop tej organizacji wpadłem w nieocenionych archiwach Instytutu Piłsudskiego w Nowym Jorku.
Jednym z najbardziej doniosłych pod względem patriotycznym widowisk był w międzywojennej Polsce pogrzeb marszałka Piłsudskiego. Leon Schiller wyreżyserował go w taki sposób, by nadać mu rangę wydarzenia na skalę Europy i umożliwić wzięcie w nim udziału niezliczonym rzeszom ludzi. I tak też się stało. Było to największe wojskowe przedsięwzięcie logistyczne w latach trzydziestych. Stanisław Cat Mackiewicz pisał o atmosferze podczas pogrzebu marszałka: „Piłsudski miał fanatycznych wielbicieli, którzy go kochali więcej niż własnych rodziców niż własne dzieci, ale było wielu ludzi, którzy go nienawidzili, miał całe warstwy ludności, całe dzielnice Polski przeciwko sobie, potężną nieufność do siebie. I oto nie znać było tego w dniu pogrzebu”.
Skrytykowałem niedawno film Jerzego Zalewskiego
„Historia Roja”, zgadzam się natomiast ze spostrzeżeniem tego reżysera, że dzieło modnej obecnie Małgorzaty
Szumowskiej „Body/Ciało” jest „filmowo słabe a mentalnie głupie”.
Okoliczne dachy na moim osiedlu już ożyły. Obserwuję toczące się na nich życie towarzyskie. Niemal wszyscy piją piwo z butelki i rozmawiają przez smartfony. Co chwila ktoś sprawdza, czy coś do niego przyszło. Co chwila ktoś w tych smartfonach czegoś szuka. Bezpośrednie rozmowy zredukowane są do minimum lub w ogóle ich nie ma. Liczy się głównie wspólna obecność na tychże dachach. No i wspólne zdjęcia. Gdybym wystawiał teraz „Czekając na Godota” to jego bohaterowie nie rozstawaliby się nawet na moment ze smartfonami i sprawdzaliby, czy Godot nie nadchodzi właśnie przez nie.
Czy ja jeszcze czekam na Godota? Już chyba nie. Staram cieszyć się chwilą i miejscem. I nucę sobie mazurka z cytowanej wyżej „Historii” Gombra.
„Na bosaka!
Na bosaka!!
Na bosaka!
I hejże ha!
Tra la la
Na bosaka
Hoc, hoc, hopsasa
Trala la”.