Wyjątkowo zimny maj. Była kiedyś taka piosenka. Koty śpią, miasto śpi, czarodziejskie śnią się sny. A potem o miłości. Bo zawsze jest o miłości. Szczególnie wiosną. Kiedy pada. Szczególnie w polskim radio. Gdzie deszcz złotych przebojów. I można się gapić przez brudną szybę. Jak zielenieje świat ze złości. Albo obserwować kocie rytuały. Czytać Szymborską. I wyobrażać miękkie łapy na biurku. I noblistki pomarszczoną dłoń, z plamami wątrobowymi, na miękkim, mruczącym futerku. I że to wszystko bardzo konweniuje. Deszcz. Literatura. Kot. Okno. Manaam. I wcale nie czuć, że to Nowy Jork dwadzieścia cztery lata później. Kiedy Szymborska już nie żyje. Kora choruje na raka i zbiera w internecie na lekarstwa. Za szybą linieje betonowy Queens. A kot najpewniej uciekł sąsiadom. I nie łasi się bezinteresownie. Wręcz przeciwnie. Wręcz bezczelnie. Domaga się puszki tuńczyka i chrupek o smaku kurczaka. I taka jest jego kocia miłość. Pazerna i wyrachowana. Niestała. I fantasmagoryczna.

 
„On objął jej twarz dłońmi i pocałował jej blade usta. Teraz mógłby umrzeć ze szczęścia”, „Pod górą jej bikini gęsia skórka nabrała odcienia księżycowego błękitu”, „Bordowy liść oderwał się od gałęzi i wbił się pionowo w dip szpinakowo-karczochowy”, „Już zapomniał o jej ślicznym nosku. Jak mógł zapomnieć o czymś tak cudownym?”, „Gdyby tylko lewa strona jego ciała nie wbiła się przed chwilą w beton, przeskoczyłby ponad hamulcem ręcznym i potraktował ją tak jak krowa bryłę soli”, „a potem przyszło mu do głowy, że zapach świeżo ściętej trawy to krzyk roślin”, „i odjechali w blasku promieni porannego słońca odbijających się w rosie”- to tylko niektóre z bardziej kuriozalnych zdań powieści, która znalazła się na liście bestsellerów New York Timesa i doczekała się licznych, świetnych zresztą recenzji, również w Polsce. „Fatum i furia” Lauren Groff. „Najgłośniejsza amerykańska powieść 2015 roku”. Dobrnęłam do 163 strony, a to zaledwie 1/3 całości. I dalej nic. Romans, dużo scen erotycznych, podczas których ona zawsze (gdyby policzyć- pewnie kilkanaście razy) ma „spocone krocze” (?) i nie zdejmuje majtek, a tylko „odsuwa je na bok”, on jest dziki i nieposkromiony, na przemian tyje i chudnie, do trzydziestki jest trzeciorzędnym aktorem w drugorzędnych sztukach, aż w końcu odurza się w noc sylwestrową i w pijackiej malignie pisze dramat, który – rzecz jasna – staje się bestsellerem. W tle Nowy Jork, potem dom za miastem, duże pieniądze, dzikie żądze i sztampa, sztampa, sztampa. Wydana przez szacowny Znak, recenzowana w poważnych tygodnikach, z przykuwającą uwagę okładką, która obiecuje literackie wzmożenie, a dostarcza jedynie znużenie i niedowierzanie. Że można tak długo. O niczym.

 
Z coraz mniejszym entuzjazmem sięgam po powieści. Chyba że polskich autorów. Bo oprócz mniej lub bardziej udanej fabuły jest jeszcze język. Świetnie napisane dialogi. Popkulturowe mrugnięcia okiem. Atłasowa podszewka, którą można rozpruć. Drugie dno, w które można odpukać. Choć nie zawsze. Nowy, kontrowersyjny – a jakże! – dobrze oceniony Witkowski i jego „Fynf und cwancyś” rozczarowuje. Choć bywa zabawny. I – jeśli kogoś interesują zwyczaje męskich prostytutek w Zurychu (początek lat 90-tych) – posiada walor edukacyjny. Na stoliku nocnym „Nocnik” Żuławskiego. Książka z wyrokiem, której – co soczystsze i bardziej bulwersujące fragmenty – przedrukowywały namiętnie portale plotkarskie. Jednak o romansie z Esterką (Weroniką Rosati) pisarz zaledwie napomyka. Reszta to rozważania na temat sztuki, recenzje, komentarze, niezrealizowane pomysły, wspomnienia. Ciężki kaliber. Kilka stron przed snem i odkładam wynurzenia zgnuśniałego erudyty. Działają lepiej niż szklanka ciepłego mleka i liczenie baranów razem wzięte. Co innego „Zawsze nie ma nigdy”- wywiad rzeka z Jerzym Pilchem. Lekko, dowcipnie, mądrze. Mam słabość do tego autora. Jego frazy. Dystansu. I czegoś bardzo własnego, co odróżnia. Choć Ewelina Pietrowiak prześlizguje się zaledwie po najważniejszych tematach, czuć smugę cienia, w którą osuwa się autor „Wielu demonów”.

Stosik przy łóżku rozrasta się niepokojąco. Brakuje miejsca na półkach. I czasu. Żeby wszystko. Szybko i już. Bo czekają następne. Te niekupione. I te jeszcze niewydane. A które trzeba. Koniecznie i nieodwołalnie. Bo tak.

 
Nigdy nie pojmę ludzi, którym książki nie są do życia koniecznie potrzebne. Jak „łapka boska”- do zbawienia. Nie ufam nieczytającym. I trochę się ich boję. Skąd bowiem czerpią wiedzę o świecie? Z internetu? I jak będzie on wyglądał za sto lat, kiedy porzucimy książki i wszelką nadzieję. Że słowo ma sens. Również- a może przede wszystkim – pisane?

 
Napisz do autorki:
[email protected]