New York I love you but you ’re bringing me down.* Kiedy czekam dwadzieścia minut aż pociąg wtoczy się na stację. Bo panowie naprawiają tory. Zawsze w sobotę. O świcie. Zawsze na złość. Żebym spóźniła się do pracy. Żebym musiała biec po schodach. I na czerwonych światłach. I wpadać na turystów, którzy stoją w miejscu. Kiedy trzeba iść. Biec. Prędzej. I dalej. Dalej. Dalej. Śpiewa w słuchawkach Nosowska. I już jestem na zakręcie. Stara Chinka poszturchuje kościstym łokciem. Pakistańczyk z deli kiwa głową na znak. I zanim wyłowię portfel z czeluści torby parujący kubek herbaty miętowej materializuje się na ladzie oblepionej reklamami papierosów. Za nim szczerbaty uśmiech jak wąwóz. Z balonikiem śliny w kąciku wąskich ust. Co przywodzi na myśl śniętą rybę. Jakąś egzotyczną. Głębinową. Myślę. Spiesząc się dalej. Bo poranki miewam ostatnio nerwowe. Na skutek prac remontowych, które trwają od lat kilkunastu. Odkąd pamiętam. Od zawsze. Naprawiają. Całe podziemne miasto jest w stanie permanentnej przebudowy. Niekończącego się rozgrzebywania. W tunelach migają kamizelki odblaskowe (p) oszukiwaczy skarbów. Gdy się przyjrzeć uważniej robotnicy zwykle markują pracę. Snują się. Czekają. Opierając umięśnione ramiona na łopatach. Żartują. Jak na pikniku. Nigdzie się nie spiesząc. Miasto dobrze płaci. Za harówkę w trudnych warunkach. W podziemiach. W wolne soboty. A ja rzucam mięsem. W dwóch językach na raz. I coraz bardziej przypominam bohatera filmów Koterskiego. Nowojorski „dzień świra”. Jak wszystko w Ameryce. Bardziej.

Zmęczył mnie szum. Zmęczył wszechwiedzący tłum. Chcę jechać do wód. Zażyć ciszy, ziół, spokojnego snu.** Więc jedziemy. Nad rzekę. W zieleń. W przestrzeń. Za oknem pociągu rozlewa się Hudson River. Na wzgórzach przycupnęły domki. A w nich szczęśliwi ludzie, którzy nigdzie się nie spieszą. Łowią ryby. Śledzą życie ptaków. Głaszczą koty. Jedzą owoce z drzew. Tak to sobie wyobrażam. Tak chcę sobie wyobrażać. Alternatywne życie. Zaszycie się w głuszy. Ze zwierzętami. Że oto chodzę spać wczesnym wieczorem. I wstaję o świcie. Uprawiam grządki. Gadam z pszczołami. Gapię się w niebo. Rozwieszam białe prześcieradła. Kontempluję źdźbło trawy. I jest jak w złej książce. Albo pastorałce. Zawsze lato. I pachnie świeżym chlebem. Uśmiecham się do tej idyllicznej wizji rodem z reklamy margaryny, teledysku, który wyświetla się w głowie, kalki, sztampy, od której trudno uciec. Życie jest gdzie indziej. Zawsze było.

 
Wysiadamy w miasteczku Cold Spring. Pachnie. Powietrze. Trawa. Drzewa. Od rzeki wieje. Ale widoki piękne. Jestem oszołomiona. Po miesiącach w betonowej klatce. Kręci mi się w głowie. Od nadmiaru przyrody. Muszę usiąść. Na trawie. Pod drzewem. Muszę zrobić zdjęcia. Dużo zdjęć. Żeby się napaść, nachapać krajobrazu niezmąconego człowiekiem, samochodem, wieżowcem. Nie ma nikogo. Gdzieś w oddali szczeka pies. Dmuchawce, latawce, wiatr.

 
Potem lody. „Najlepsze na świecie”. I ulice, na których wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Mrugam nerwowo, ale nic się nie zmienia. Samochody przejeżdżają główną ulicą niespiesznie. Mężczyźni rozmawiają na ławce nie podnosząc głosu. Przechodnie spacerują. Choć jest poniedziałek. Wczesne popołudnie. I o tej porze w Mieście jazgot i nieprzerwana gonitwa. Aż do nocy. A tutaj jakiś inny czas. Gęsty. Jak miód. Żywica spływająca po drewnianych słojach.

 
Potem Beacon. I muzeum sztuki nowoczesnej. Puste przestrzenie. Białe płótna. I czarne sylwetki pracowników. Głównie młodych Azjatów. Uśmiechających się przepraszająco, gdy chcemy zrobić zdjęcie czerwonemu dywanowi pokrytemu – jak czytam w gustownym folderze – „576 lakierowanymi drewnianymi prętami, ułożonymi w 64 grupach, w 6 równoległych rzędach, które składają się w heksagramy z „I- Ching” starożytnej chińskiej księgi filozofii i wróżbiarstwa”. W kolejnej sali czarne płótna z białymi napisami: „SEPT12,1977”, „5 FEB, 2006” itd. „Artysta interesuje się zagadnieniem czasu i prezentowana seria to jego opus magnum. Swój pierwszy obraz On Kawara wykonał w 1966 roku. Postanowił zapisywać daty powstawania płócien zgodnie z kalendarzem i językiem kraju, w którym akurat przebywał”. Tylko po co? Chciałoby się zapytać. Ale nikt nie ma odwagi. Dalej instalacje Johna Chamberlain’a przypominające karoserie samochodów po wypadku, potłuczone szkło ułożone w kontur wyspy, bele szarego filcu, które z daleka wyglądają jak materiał w hurtowni ociepleń mieszkań, czerwona nitka zawieszona w pustej przestrzeni, wielki pająk z mosiądzu, miniaturowe penisy, neonowe wrota. Jesteśmy sami. Kilkoro zwiedzających szybko przemyka między eksponatami. Wchodzimy w labirynt białych ścian. Niewielkie, monochromatyczne kwadraty na tle nieskończonego nic robią niesamowite wrażenie. I wszędzie okna. I światło. I panosząca się wiosna. Ogród. Równo przycięte drzewa. I geometryczne trawniki. Architektoniczny minimalizm. Dyskretny. Pociągający. A przede wszystkim pustka. Ocalająca przestrzeń. W którą można zapaść. W której można odpocząć.
Nareszcie.

 
*LCD Soundsystem
**Hey, Szum

 
Napisz do autorki:
[email protected]