Wtorek
Napiszę Wam o śmierci. Czyli o sprawie poważniejszej i bardziej rajcującej niż wszystkie polityki świata. Bo bezradny wobec niej i pisowiec, i peowiec, Donald (i ten Trump, i Tusk) a nawet sam Jarosław z Żoliborza. Zmarło się ostatnio kilku znanym ludziom, więc pretekst jest.

 
Odszedł ksiądz Jan Kaczkowski. W mediach przedstawiany jako „fajny” ksiądz, jeśli jednak pogrzebać w jego tekstach ani na krok nie odchodzący od katolickiej ortodoksji. Fakt, praca w hospicjum, własne zmaganie się ze śmiertelną, nowotworową chorobą, ale przede wszystkim wielka energia służby innym do samego końca, do ostatniej chwili, to wszystko musiało wzbudzać sympatię. I nawet ten skromny pogrzeb w sutannie z ostatnią prośbą, aby zamiast kwiatów czy wieńców, wydać pieniądze na wsparcie podopiecznych z puckiego hospicjum.

 
W książce o mylącym tytule „Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica, miłość” a stanowiącej zapis rozmowy z dziennikarzem Piotrem Żyłką, ten mądry ksiądz dużo mówi o śmierci, umieraniu, sytuacjach granicznych. Oddajmy mu głos, bo choć już pewnie tam, na górze (odszedł do Pana w Wielkanoc, czyż trzeba piękniejszego symbolu?), pozostało słowo.

 
Mówi dobry, młody ksiądz o swoich podopiecznych w puckim hospicjum.
– Pracownicy hospicjum uczestniczą w zajęciach odstresowujących, przeszli przez szkolenia radzenia sobie z trudnymi emocjami. Ale we wszystkim trzeba zachować miarę. Zbyt łatwo można popaść w egzaltację i użalanie się nad sobą. Jest pewien typ lekarek (bo to głównie panie), które pracując na onkologii dziecięcej uwielbiają, gdy ktoś się nad nimi lituje. Opowiadają z przejęciem, że dzieci umierają, a one sobie z tym nie radzą. „Jeśli sobie pani nie radzi – mówię to z pełną odpowiedzialnością – to proszę zmienić pracę”. W przeciwnym razie obciążasz te dzieci swoimi emocjami. Co więcej, emocje mogą ci dyktować złe postępowanie, bo jesteś niepogodzona z umieraniem pacjenta i stosujesz wobec niego terapię daremną. A mówienie: „Dajmy jeszcze kolejną (niepotrzebną) chemię, ja się jeszcze nie pogodziłam z przegraną” świadczy o naprawdę głębokim nieporozumieniu. Niestety, część dzieci chorujących na nowotwory ma w szpitalu zafundowane, zamiast dwóch miesięcy dobrego dzieciństwa, cztery miesiące codziennego wymiotowania i serię szpitalnych zakażeń, bo lekarz uparcie wlewa w nie chemię, ponieważ śmierć dziecka odczytuje jako własną porażkę”. No właśnie nad kim płaczemy, gdy ktoś umiera? Czy aby nie użalamy się w pierwszej kolejności nad sobą?
W opowieści księdza Jana zdajemy się dotykać sedna, Sensu tego, po co my jesteśmy tutaj. Czegoś, co w lapidarnych słowach ujął jakiś czas temu oficer piechoty morskiej, wyprawiając swoich żołnierzy na akcję, co dla niektórych oznaczało śmierć a może kalectwo: „Pamiętajcie, nie mamy wpływu na to, jak długo będziemy na tej ziemi. Ale jedno możemy zrobić: wykorzystać ten czas jak najlepiej”.

 
Dalej mówi ksiądz, który zmagając się z własnym nowotworem mózgu, nigdy nie zwolnił tempa pracy. „Takie są największe dylematy medycyny onkologicznej: kiedy przestać intensywnie leczyć i paliatywnej: kiedy odpuścić. Gdzie się kończy uprawniona terapia, do której mamy prawo zachęcać, bez zmuszania, bez budowania fałszywej nadziei, a kiedy musimy powiedzieć z wielką odpowiedzialnością: „Stop” (…)
Człowiekowi można powiedzieć najtrudniejszą prawdę, ale z klasą, wspierając go, budując relację. Ode mnie usłyszałby pan taki komunikat: „Panie Piotrze, jest pan ciężko chory, nikt nie będzie udawać, że jest inaczej. Ale walka się nie skończyła. Zrobimy wszystko, żeby zachować możliwie wysoki poziom życia i przedłużyć życie. Czy jest coś, co dla pana dzisiaj jest największym problemem?” Wtedy pewnie powiedziałby mi pan, że miał pan tyle planów, tyle do zrobienia, a tu bach. Dla mnie jest to moment pokusy. Chciałbym mieć w takich sytuacjach czarodziejską różdżkę i za jej pomocą odmienić los człowieka. To jest niemożliwe. Tak potrafi działać tylko Jezus. Jezus jest moim zaufanym przełożonym, żyjemy w przyjacielskich relacjach, ale nie mam na Niego aż takiego wpływu”.

 
– Nie ma co modlić się o cud? – pyta dziennikarz.
Odpowiada kapłan: „O cud można się modlić, ale cudu nie należy się spodziewać. One nie dzieją się na zawołanie ani nie można ich na Panu Bogu wymusić”. I na sam koniec: „Jestem katolikiem i pragnę zadbać o swoje zbawienie. Proszę o wsparcie, nie o recepty na zdrowie, ale o modlitwę, żebym zgodnie z Bożym planem dotrwał do końca mężnie, żebym się na końcu nie wywalił, nie wpadł moralnie w błoto. Jeśli ktoś z was sądzi, że już w nie wpadłem, tym bardziej proszę o modlitwę, a moich oponentów zachowuję w sercu. Chcę wam powiedzieć, że jesteście mi bardzo bliscy, szczególnie wtedy, kiedy się ze mną nie zgadzacie”. Ksiądz Jan Kaczkowski (1977-2016). Odpoczywaj w Pokoju.

 

 

Środa
No i taka informacja podana w radio RMF jako news z ostatniej chwili: „Ciało młodej kobiety z ciemnymi włosami znaleziono w Warcie. Możliwe, że to poszukiwana od listopada ub. r. Ewa Tylman”. Historią żyły media, głównie tabloidy, przez miesiące. Oczywista konkluzja medialnego zdarzenia po znalezieniu doczesnych szczątków. Śmierć. Tragedia. Złamane życia. Czy z tego wynika jakiś Sens? Nie wiem.