Poniedziałek
Zdjęcia są trzy. Nie, nie takie super wyraźne, bo to ostatecznie tylko zrzut z kamery rejestrującej zdarzenia. Ale co trzeba, to widać. Tak naprawdę zdjęć jest więcej, ale trzy najważniejsze. Na pierwszym widzimy faceta ubranego na czarno – stoi wśród stolików. Zwraca uwagę czarna broda i dłoń zakrywająca twarz. Jest 21:40, 13 listopada 2015 r., paryska kafejka Comptoir Voltaire. Na drugim ujęciu, pewnie sekundę później, z mężczyzny wydobywa się światło, ale także jakieś smugi, na mój gust mielonka, w jaką przemienia się ciało na skutek wybuchu bomby. Trzecie ujęcie to dwie smugi światła i zarys postaci, wyraźnie odgiętej do tyłu i – znów na mój gust – nie całkiem w całości. Potwierdza to czwarty obrazek – w kafejce widać już tylko klientów skulonych przy stolikach, i całą masę białych, gdzieniegdzie czerwonych skrawków i fragmentów.
Tak wyglądał w oczach kamery samobójczy zamach z Paryża. Konkretnie moment, w którym Brahim Abdeslam wysadził pas szahida w zeszłym roku. Całość została pokazana we francuskiej telewizji a potem opisana na zdjęciach. Spieszę uspokoić – poza terrorystą zamienionym w latającego tatara, nie było innych ofiar śmiertelnych w tym miejscu. Co można uznać za cud, patrząc na zdjęcia. Co więcej rany większości okazały się lekkie.

 
Epatowanie przemocą? Nie, uważam że takie obrazy powinno się pokazywać. Nie bądźmy dziećmi – w większości filmów Hollywood taka jatka krwawa byłaby uznana za kaszkę z mleczkiem dla małych dzieci. Ale może jeden czy drugi zachodnioeuropejski zgniłek pragnący rozwiązać swój nihilizm i poczucie nicości na drodze dżihadu, coś tam zrozumie… Może, choć pewnie nie. Bo przecież wynikająca z poczucia nicości chęć samozagłady, najlepiej w spektakularny sposób, dla jakiegoś „wyższego celu” jest przecież przemożna… Takie obrazy jednak przypominają nam, ludziom Zachodu, jak bardzo żyliśmy ostatnie dziesięciolecia w aseptycznym świecie komerycyjnego szczęścia bez złych obrazków, które odbierają apetyt i utrudniają robienie zakupów, co jest niezbędne, żeby rósł dochód narodowy brutto. Śmierć naprawdę, na żywo, życie zamienione w rozbryzgane po ścianach kawałki przybliża nas nieco do prawdy, że nasze życie to wcale nie taka bajka, jak nam się pokazuje choćby w śniadaniowej telewizji.

 

 

Środa
Kolejna ciekawa książka z serii demaskujących, autorstwa Pawła Reszki „Chciwość. Jak nas oszukują wielkie firmy”. Można by powiedzieć: „banksterka, panie, kradną na potęgę”, ale to nie tylko to. Z opublikowanych fragmentów wynika raczej, że firmy prowadzą zakrojoną na szeroką skalę kampanię prania mózgów swoim pracownikom, aby oni następnie „golili frajerów”. Coś na kształt nadwiślańskiej opowieści a la „Wilk z Wall Street”.

 
Sam autor, Paweł Reszka pisze tak: Ta książka to efekt kilkunastu rozmów z pracownikami albo byłymi pracownikami banków, firm doradztwa finansowego, towarzystw ubezpieczeniowych. W znacznej części tych największych, renomowanych. Podkreślam to, bo ktoś mógłby dojść do wniosku, że „takie rzeczy” mogą się dziać tylko w firmach krzakach. Nie, dzieją się we wszystkich firmach – w dużych, średnich i małych. Sprzedać, sprzedać jak najwięcej i jak najdrożej, przegonić konkurencję. Mówiąc wprost, należy naciągać i oszukiwać klientów. Żeby sprzedawać dużo i drogo, trzeba jechać po bandzie – pokazywać tylko jasną stronę produktu, nie wspominać o ryzyku, nie martwić się, że kogoś nie stać na jakąś inwestycję. To nie są jednostkowe przypadki naciągania klientów – to system”.

 
Smakowicie brzmi? No to spróbujmy samego dania:
SPRZEDAWCA W FIRMIE DORADZTWA UBEZPIECZENIOWEGO I FINANSOWEGO:
Patrzę w rachunek inwestycyjny tego człowieka. Włożył 1,2 mln, a ma 600 tys. Szef każe mi do niego jechać. Starszy pan. Mówię mu, że mam propozycję. Firma zainwestuje te 600 tys. w inny produkt. Podpiszemy z nim umowę, że gwarantujemy odzyskanie 1,2 mln. Dziękował, miał łzy w oczach. Gdy odchodziłem z firmy, spojrzałem znów na jego rachunek. Agresywne inwestycje w akcje i zostało tylko 340 tys. Niby ma gwarancje, ale moja była firma ich raczej nie wypełni. Sądzę, że zbliża się do upadku.
PRACOWNIK BANKU:
Opowiem, jak to działa. Specjalnie mieszają młodych pracowników i starych, tych, którzy mają swoich stałych klientów, tych, którym się udało. Każdy chce być tacy jak oni. Nas w back office – czyli przestrzeni położonej za okienkami bankowymi, siedzi może 16 osób. Przestrzeń otwarta. Biurka, brak ścian. Młodych sadzają koło starszych. Oficjalnie, żeby mogli się uczyć, podpatrywać, podpytywać, nabierać doświadczenia. Ale jest jeszcze jeden cel. Młodzi mają zazdrościć, wzorować się, projektować sobie życie tak, żeby za jakiś czas stali się tacy jak starsi koledzy.
Niech pan pamięta, że młodzi są biedni jak myszy kościelne, kończą studia, ledwie wiążą koniec z końcem. Do tej pory chodzili na „domówki”. Każdy przynosił to, co ma: jeden piwo, drugi wódkę. Nie miało znaczenia, ile masz w kieszeni. A tu nagle inny świat. Szef twojego szefa zaprasza cały zespół w piątek po robocie na browara do najmodniejszej kanapy w mieście, wszyscy w garniturkach, walą łychę. Studenci patrzą: „łał, gdzie ja jestem!”. Od tej pory patrzą w szefa oraz w jego szefa jak w obrazek. Chcą być tacy jak oni. Bez względu na cenę.
Albo sprzedawanie tzw. polisolokaty czyli lokaty „opakowanej” w ubezpieczenie na życie w celu uniknięcia podatku kapitałowego od zysku:
– Komu pan sprzedał?
– Wielu ludziom.
– Rodzinie?
– Rodzinie też.
– Na przykład?
– Bratu.
– A rodzicom?
– [milczenie] Ojciec kupił jedną.
– I?
– Jak wszyscy jest na minusie. Teraz zarządzam mu osobiście, chcę zmniejszyć straty.
– Ale się nie zmniejszają?
– Nie, rynek jest taki, że trudno zarobić.
– Jak pan wytłumaczył ojcu to, co się stało?
– Powiedziałem mu, że przecież i tak te pieniądze, by mu się rozeszły. Przecież wydałby je na coś. Zrozumiał, w końcu to mój ojciec.
Kupmy, przeczytajmy, może zrozumiemy zanim nas wydoją…