Prezydent Barack Obama bywa samokrytyczny. I nie jest to samokrytyka kokieteryjna, ani nastawiona na wzmożony poklask. Ostatnio przyznał w telewizji „Fox News”, iż jego największym błędem była polityka zastosowana wobec Libii. Wprawdzie interwencja w tym kraju była w jego optyce „właściwym posunięciem”, to jednak nie przewidział, jakie mogą być następstwa obalenia dyktatorskiego przywódcy tego kraju Muammara Kaddafiego. Zabrakło dostatecznie trafnej analizy, co może nastąpić później. Ten sam błąd popełnili również przywódcy Francji i Wielkiej Brytanii. Oni także nie przewidzieli następstw. Podjęte w 2011 roku działania przeciw Kaddafiemu miały chronić cywilów podczas tzw. arabskiej wiosny, czyli rozruchów zmierzających do wprowadzenia demokracji. Tymczasem po obaleniu dyktatora Libia pogrążyła się w wojskowym i politycznym chaosie oraz wewnętrznych walkach, które spowodowały między innymi falę emigracji do Europy. Za Libijczykami ruszyli emigranci z innych krajów arabskich. Rezultaty odczuwamy do dziś. Zwłaszcza Europa. Notabene poprzednik Obamy – George W. Bush i wcześniej jego ojciec George Bush także nie przewidzieli, jakie będą skutki obalenia Saddama Husajna w Iraku. Obaj byli ignorantami w kwestii islamu i wewnętrznych napięć w krajach arabskich. I teraz mamy to, co mamy.

 
Historyk prof. Andrzej Nowak zapytany o katastrofę smoleńską, odpowiedział – „Nie mam wizji, co się wydarzyło 10 kwietnia, bo nie ma żadnych przekonywujących dla mnie dowodów w tej sprawie, bo ma je strona rosyjska i manipuluje nimi. Można uznać, że strona rosyjska nie gra nimi czysto”. Nic dodać, nic ująć.

 
Czy powstałaby teoria o zamachu na samolot prezydencki, gdyby do katastrofy doszło w innej części świata a nie pod Smoleńskiem? Zapewne tak, tylko podejrzewano by głównie ówczesne polskie władze. Ci, którzy wierzą w zamach na pokładzie tupolewa nigdy nie pogodzą się z wynikiem badań stwierdzających, że tego zamachu nie było. I odwrotnie. Nikt dzisiaj nie mówi, że w gęstej mgle samolot nie powinien schodzić poniżej 1500 metrów. Prezydencki samolot natomiast schodził coraz niżej i niżej… Nikt też nie mówi, że katastrofa smoleńska wynikła pośrednio z politycznej nienawiści i politycznego podziału panującego na szczytach władzy i w społeczeństwie. A powinno się to nieustannie przypominać jako ostrzeżenie.

 
Potrzeba mitologii narodowej zamiast historii jest coraz silniejsza. I to w sytuacji, kiedy historię Polski i świata należałoby napisać na nowo z uwzględnieniem najnowszych badań. Coraz częściej przekonuję się o tym, że prawdy nikt nie chce. Dosłownie nikt. Wszyscy natomiast chcą mitu. Bohaterskiego, a jakże. Jakby tych bohaterów było bez liku. Coraz częściej też widzę, jak kryteria partyjne i ideologiczne zawężają horyzonty i uniemożliwiają jakąkolwiek dyskusję, czy wspólne dążenie do prawdy. Coraz trudniej jest również zachować własną niezależność. Owszem, trzeba mówić o niesłychanym heroizmie w latach II wojny, ale także i o tym, że był to czas wielkiej demoralizacji, której uległy dziesiątki tysięcy ludzi.

 
Profesor Piotr Śpiewak, wybitny socjolog – „Warszawa była stolicą lewych interesów w Europie. Ale tego nikt nie opisze, bo to nie pasuje do schematu historiozoficznego”.

 
Dwadzieścia siedem lat temu przygnębiały mnie dzielnice murzyńskie w Waszyngtonie, Baltimore, Nowym Jorku, Bostonie i Trenton. Przygnębiają mnie i dzisiaj. Niewiele się zmieniły w swej biedzie i zaniedbaniu. Panuje też w nich jakiś totalny nieład przeradzający się w totalny śmietnik. Bieda biedą, ale jakiś elementarny porządek mógłby w nich być. A tu okna zabite dechami, dziurawe dachy, walące się werandy, oberwane rynny, wybite szyby, wyrzucone przedmioty, zapuszczone trawniki. I wszędzie walające się śmiecie. Lata lecą a Murzyni są wciąż głównym problemem społecznym Ameryki. Strach zapuszczać się w te ich dzielnice.

 
Kolejne spotkanie z Isamu Noguchi’m. Tym razem w jego muzeum na nowojorskiej Astorii. Podziwiam wszechstronność i pomysłowość, podziwiam genialną niekiedy prostotę tego pankreatora. Doceniam piękno minimalistycznych rzeźb w granicie i marmurze, mniej biorą mnie inne jego dokonania. Wyczucie przestrzeni miał znakomite i znakomicie z nią dialogował. Niemniej i tym razem nie udało mi się w którymś z jego dzieł zakochać. Snadź jestem nieuleczalnym tradycjonalistą.

 
Film „Body/Ciało” Małgorzaty Szumowskiej nie jest dziełem wybitnym. Nie podzielam opinii, że Janusz Gajos i Maja Ostaszewska stworzyli w nim role przewyższające ich dotychczasowe osiągnięcia. Zwłaszcza Gajos. Myślowo scenariusz jest cieniutki. Zamiast pogłębionej przypowieści o relacjach ciała i duszy na miarę choćby Kieślowskiego, dostaliśmy pochwałę ezoteryki rodem z Brazylii. O tym, że najlepszą terapią nie jest żadna pseudopsychologiczna i spirytystyczna hochsztaplerka, tylko analiza sytuacji i wyjaśniająca rozmowa, wiadomo nie od dziś. Owszem, parę celnych obserwacji w „Ciele” jest, ale całość jest miałka i złożona ze zbyt wielu pustych scen. Miałem wrażenie, że tracę czas. Nie ja jeden, sądząc po wpisach w Internecie. Szumowska ma swoich widzów, ma także oddanych sobie krytyków, którzy chwalą wszystko, co nakręci. Podoba się także za granicą, sądząc po recenzjach i Srebrnym Niedźwiedziu zdobytym w Berlinie. Doceniam to, niemniej jej filmy wydają mi się zaledwie zapowiedzią tego, co mogłaby powiedzieć, gdyby zechciała w głąb rzeczy wstąpić i zobaczyć je w większej niż dotychczas złożoności. Przekora i tendencyjne prowokacyjki to stanowczo za mało.

 
Czytam biografię Wiesława Dymnego autorstwa Moniki Wąs. Sięgnąłem po nią zaciekawiony opowiadaniami o tym niezwykłym artyście, jakie zasłyszałem u zaprzyjaźnionego z nim Kazia Wiśniaka, wielkiego scenografa, malarza i rysownika. Wspominał go parokrotnie przy mnie i dla mnie. Niegdyś namalował jego portret. Równie świetny jak podobizna Andrzeja Bursy, na którą zawsze patrzę, ilekroć u Kazia nocuję. W tejże biografii jawi mi się Dymny jako twórca niesłychanie kreatywny w grafice, malarstwie, poezji, prozie, aktorstwie kabaretowym i filmowym oraz w codziennym życiu, nie wyłączając kuchni. Ujmują mnie w nim: prostolinijność, szczerość, prawdomówność i dążenie do czystych sytuacji. Cechy te wielce sobie cenię. Podobnie jak i poczucie humoru, którego Dymnemu nie brakowało. Był jednak także nieprzewidywalny i nieobliczalny, co nie ułatwiało życia z nim, nawet najbardziej oddanym mu osobom. Kiedy Marii Dąbrowskiej, bawiącej w Krakowie w 1959 roku, przedstawiono Dymnego, ucałowała go i powiedziała, że jego opowiadania są najciekawszym debiutem, jaki czytała od 1945 roku. Wedle wspomnień Piotra Skrzyneckiego, Dymny klęknął przed nią w podzięce, bo czytał jej dzieła i wiedział kim ona jest. Voila!