Czego życzę na Wielkanoc AD 2016? Polsce – zjednoczenia narodowego, Ameryce -wyboru dobrego prezydenta, Rodzinie i Przyjaciołom – spełnień we wszystkim, Czytelnikom – niebanalnych odkryć i przemyśleń, „Kurierowi Plus” – powiększenia nakładu, obecności w nowych punktach nie tylko Nowego Jorku, większych wpływów z reklam i rzecz jasna jeszcze większej liczby Czytelników. Sobie zaś życzę zdrowia i mądrości. Bagatela!

 
W Warszawie mówi się coraz częściej „Polska wstająca z kolan”, a Rosjanie mówią już od kilku lat „Rosja wstająca z kolan”. Ciekawe, kto w naszej dobie kazał paść tym narodom na kolana i czy rzeczywiście tak było? Osobiście wątpię. Myślę, że to nacjonalistyczna zagrywka zarówno nad Wisłą, jak i nad Wołgą.

 
Dlaczego nie opowiadamy kawałów o samych sobie, czyli o nas Polakach? Byłoby przecież o czym, prawda? Żydzi śmieją się z siebie nawzajem m.in. w tzw. szmoncesach, za którymi przepadamy. Wystarczy wspomnieć choćby „Dług”, „Żonę krawca”, czy „Sęk”, który śmieszy już kolejne pokolenie Polaków. Przecież mamy na co dzień poczucie humoru. Tyle, że nie na własny temat.

 
Bywa, że sprawy innych przeżywam bardziej niż oni sami. Bezsens, ale nic na to nie mogę poradzić. Nabieram się na iluzje.

 
Po co żyć, kiedy jest tyle zła dookoła – zapytał mnie zaprzyjaźniony malarz. Dla samego życia – odpowiedziałem, bo nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy. Życie jest największą wartością. Zaraz po nim idą dobro i miłość. Ta ostatnia nie każdemu jest dana, jak się często okazuje.

 
Michel Montaigne – „Wszystkie opinie świata są zgodne co do tego, że przyjemność jest naszym celem”.

 
Ponownie odkrywam Renoira. Z radosnymi zdumieniami i zaskoczeniami. Nie zajmowałem się nim od czasów licealnych, kiedy to musiałem na lekcjach polskiego i podczas godzin wychowawczych wygłaszać referaty o wielkich malarzach i rzeźbiarzach. Potem uznałem, że jest on zbyt ozdobny i salonowy. Nawet trzy wspaniałe obrazy, które wisiały nad kominkiem w salonie Grety Garbo wydały mi się zbyt dekoracyjne. Widziałem je na aukcji pamiątek po tej wielkiej aktorce, prowadzonej na szlachetne cele. Poszły za miliony. Dzisiaj doceniam w pełni subtelność linii i barw tego malarza. Pieszczą moje oko i czynią świat piękniejszym. Jego syn, znakomity reżyser Jean Renoir, „malował” obrazy ojca w swoich filmach. Świetnie to mu się udało we „Francuskim kankanie”. Rozkosz dla oczu równie wielka jak układy choreograficzne.

 
Nic nie poradzę na to, że dawne malarstwo i rzeźba przemawiają do mnie zazwyczaj o wiele bardziej niż obecne. Ba, biorą we władanie bez reszty. Jestem niewolnikiem wielu obrazów i rzeźb. Tak jest – niewolnikiem! Do obrazów i rzeźb ze swojej prywatnej kolekcji także jestem bardzo przywiązany. One są we mnie i ja jestem w nich. Cudowne relacje.

 
W największym gąszczu Central Parku znalazłem ławkę z takim oto napisem – Yesterday is history, tomorrow is a mistery and today is a gift. That is why it is called the present. Na innej ławce była ławka z tabliczką, na której było krótkie pytanie: Keturah – will you marry me?

 
Który to już raz przekonuję się, że wszystko co najważniejsze w życiu jest poza słowami. Albo inaczej – że tego słowami wyrazić się nie da.

 
W Galerii Ryszarda Drucha w Trenton pokazuję filmy o Edith Piaf i opowiadam o jej życiu artystycznym i prywatnym. Publiczność jest znakomita. Jak twierdzi pan Druch to jest również moja publiczność. Edith opromienia ją swym śpiewem i osobowością. Przemawia także do widzów młodych. Jeden z nich patrzył na nią i słuchał jej jak urzeczony jeszcze długo po zakończeniu wykładu. Sam wyszukiwał na YouTube kolejne pieśni. Cieszę się bardzo, że tu przyjechałem.

 
W Metropolitan Opera House powstało wielkie przedstawienie. Jest nim inscenizacja opery Gaetano Donizettiego „Roberto Devereux”, przygotowana przez Davida NcVicara pod batutą Maurizio Beniniego. Tematem tego rzadko wystawianego dzieła wielkiego włoskiego kompozytora jest tragedia wynikająca z fatalnego splotu niezwykłych namiętności, zawiedzionych uczuć, polityki, ambicji, zdrady i honoru. Zagadnienia odwieczne, znane i z innych dzieł operowych, począwszy od „Marii Stuart” tegoż Donizettiego. W Met są one wyśpiewane przez wszystkich wykonawców w sposób zachwycający. Krótko mówiąc – na najwyższym z możliwych poziomie. Napisałem świadomie „wyśpiewane”, albowiem niezależnie od samej akcji, której motorem jest królowa Elżbieta I, wszystko co najważniejsze zawarte jest w przepięknych ariach, duetach i triach, które są immanentną częścią owej akcji a nie popisami samymi w sobie, czy jak kto woli – rodzynkami w fabule. Ponadto postacie są przekonywające pod względem psychologicznym, zwłaszcza wspomniana władczyni cudownie śpiewana i grana przez Sondrę Radvanovsky i Książę Nottigham w wykonaniu Mariusza Kwietnia. Radvanovsky znakomicie pokazuje wewnętrzne rozdarcie królowej, która jest zarazem przebiegłym politykiem i kobietą pragnącą miłości, mimo że śmierć jej zagląda już w oczy, Kwiecień zaś z prawdziwie męską siłą i takąż ekspresją pokazuje szlachetność i obrażoną dumę swego bohatera. Oboje mają wspaniałych partnerów w postaci Matthewa Polenzaniego w partii tytułowej i Eliny Grancy w roli Sary. Cała czwórka zbiera wielkie brawa, które należą się także pozostałym śpiewakom, chórowi i orkiestrze. Dzięki nim muzyczne cudowności tej opery brzmią idealnie. Kreacja Sondry Radvanovsky przejdzie zapewne do historii, tyleż śpiewu, co aktorstwa. Jej głos brzmiał fenomenalnie. Miary wrażeń dopełniają: renesansowa scenografia zaprojektowana przez wspomnianego Davida McVicara i jego rozwiązania reżyserskie, piękne kostiumy autorstwa Moritza Junge i złote światło prowadzone po malarsku przez Paule’a Constable’a. Akcja rozgrywana jest w sposób bardzo przejrzysty, świadomie nawiązujący do reguł klasycznego teatru. Jeśli ktoś chciałby taki teatr zobaczyć w najlepszym wydaniu, powinien się wybrać właśnie na „Roberta Devereux”. A słuchając i patrząc na Mariusza Kwietnia, podobnie jak i Aleksandrę Kurzak w „Napoju miłosnym”, chciałoby się zakrzyknąć – „Hej kto Polak, do opery! Tam zwycięstwa nasze!”.