Mieszkanie jest puste i zimne. Wejścia strzegą manekiny. W zrezygnowanych pozach. Nagich ciałach. Odkręć sobie rękę. Odkręć sobie głowę. Dotknij sutka odlanego z formy. Dalej kuchnia. Lodówka przejmująco pusta. Ani jajka. Ani śladu. Życia. W skorupce. Czy jakiejkolwiek innej. Formie. Nad drzwiami do ogrodu wypchany jeleń. Na drewnianej ławie białe kości zwierząt. Poroża byków. Żuchwy hodowlanego bydła. Co na teksańskich polach przeżuwało trawę. A potem zostało przemienione. W odrażający bibelot, który gdy podnieść, kruszeje w dłoniach. Osypuje się.

 
Wszystko tu obce. Nieoswojone. Na dźwięk nieznajomego głosu pies nie chce wyjść z klatki. Patrzy matowymi od zaćmy źrenicami i nie rozumie. Kim są ci ludzie. Mówiący w innym języku. Wyciągający ręce z kawałkami mięsa. Które inaczej pachnie. I gdy spróbować, okazuje się lepsze od suchej karmy. Być może od wszystkiego, co do tej pory miniaturowy pudel maltański miał w pysku. Więc w końcu wygrzebuje się. Wychodzi. Niepewnie staje na trzęsących się, chudych łapach. I pozwala się nakarmić. Polską kiełbasą. Kotletem schabowym. Wędzonym boczkiem. Je zachłannie. Połyka duże kęsy. Chuda szyja pokryta białym, wyliniałym futrem przypomina gęsią. Utuczymy cię – mówi K. i kroi kolejny plaster niedozwolonego. Po skończonej uczcie pies wraca na legowisko. Po drodze traci równowagę i przewraca się na bok. Jest bardzo stary. Przetrącony. Koślawy. Ma garb i ponad 90 lat. Gdyby liczyć po ludzku. Czuć psią uryną. I jeszcze czymś, czego nie umiemy nazwać. Z trudem zasypiamy w tym zwierzęcym hospicjum. Cudzym łóżku. Cudzym życiu. Manhattan za oknem wyjątkowo cichy. Przyczajony. Stetryczały pudel parska przez sen.

 
Dzień nieprzyjemny jest jak Kinga Dunin. Nic tylko schować się i skuczeć. Nic tylko niepoprawnych używać wyrażeń przy swojej suce./ A ona jest cierpliwa. Ona patrzy i wie, że i tak trzeba będzie iść na spacer. Trzeba zjeść. A wszystko inne lekceważy. To nie czas na głupoty. Rytuał jest ważny./ Prosty i ważny. Spacerować, jeść, spać. Ja tego się uczę przy swojej suce. Biedni ci, którym nie wystarczy/ codziennie wstanie z martwych.*

 
Jak z krzyża zdjęci. Schodzimy do kuchni. Jak do lodowatej studni. Dół mieszkania nieogrzewany. Z pazerności. Z braku wyobraźni. Nieczynnej instalacji. Lub wszystkiego naraz. Wynosimy Lolitę na ganek. Biała kulka w dygocie załatwia potrzeby i rzucana serią niekontrolowanych drgawek wraca na posłanie. „Życie zawłaszcza śmierć”- czytam na okładce książki ulubionego autora. Który poprzednią powieść zatytułował „Życie a zwłaszcza śmierć…” i dlatego się uśmiecham. Pod zziębniętym nosem. Tymczasem Lolita przepada w fałdach beżowego koca. Wystaje tylko kawałek ucha. Ciągle żyje. Choć właścicielka zostawiła wyraźne instrukcje na wypadek zgonu. Zawiń w koc i włóż do zamrażarki – tak powiedziała. Śmiejąc się nerwowo. I skubiąc paznokcie pokryte czerwonym brokatem. Ale to jeszcze nie pora na umieranie. W kruchym, schorowanym ciałku tli się życie. Wskrzeszane za pomocą plastra szynki. Albo żółtego sera. W czym jest podobne do naszego. Jaką lekcję nam daje. Czego możemy się nauczyć obserwując codzienne rytuały niedołężnego psa? Że przemijanie śmierdzi moczem. I jest uzależnieniem od innych? Niemożnością stanowienia o sobie. Wysiłkiem. I rozpaczą?

 
Wieczorem oglądamy film. „The Lobster” jest smutny i straszny. Czasami piękny. Na pewno dziwny. 45 dni na znalezienie miłości. Inaczej zginiesz. Zamienisz się w zwierzę. Zostaniesz odstrzelony. W świecie z przyszłości nie ma miejsca dla samotnych. Nie – w parach. Niezagospodarowanych zamyka się w odosobnieniu. W hotelu koncentracyjnym. O wysokim standardzie. Przypominającym sanatorium dla obłąkanych. Z którego można uciec. Tylko nie ma dokąd. Po drugiej stronie świat jest tak samo brutalny. Z miłości można oślepnąć. Albo wydłubać sobie oczy.

 
Myślę o psie. I o właścicielce psa. Jej życiu w pojedynkę. Z pudlem maltańskim. Pustą lodówką. Pustym łóżkiem. Z konieczności? Z wyboru? Jest trochę jak bohaterka filmu Yorgosa Lathimosa. Homarem, tyle że bez pary. Popija bezalkoholowego drinka nad lazurowym oceanem i wysyła czterdziestego ósmego sms-a z pytaniem o samopoczucie osieroconej suczki. Lolita podnosi łeb i nic nie mówi. Odpisuję, że jeszcze żyje.

 
*Marcin Świetlicki, Czarna niedziela.

 

Napisz do autorki:
[email protected]