Wcześnie rano. Niedziela. Stoję w oknie kolejki. I patrzę z góry. Na ulice puste o tej porze. Na świat, który nie zdążył jeszcze zazielenić się na śmierć. Ciągle obrysowany szarą kredką. Naszkicowany. Chromatyczny. Zza zakrętu wyjeżdża czarny karawan. Sunie wolno. Dostojnie. Za nim sznur samochodów z tabliczkami „pogrzeb” na przedniej szybie. Ani jednego przechodnia. Tylko ten osobliwy orszak żałobny znikający za zakrętem. Dalej nic. Poukładane, jak z klocków, budynki. Kilka śmiałych wyznań wymalowanych na dachach. Kolos miejskiego szpitala, na czubku którego, jak wyrzut sumienia, kolorowa drabinka placu zabaw. W oknach ślady życia. Tęczowa flaga. Uschnięte kwiaty. Pluszowy pies rasy bokser odwrócony tyłem. Wyrazy poparcia dla kandydata demokratów. Stos książek. Czerwona konewka. Butelki po piwie. Schnące majtki. I tak bardzo nie ma żadnego człowieka, że aż trudno oswoić tę myśl. Uśpione miasto, które nigdy nie zasypia to aberracja, na którą nie jestem gotowa. Więc wyglądam. Wyciągam szyję. Niedowierzając. Prowokując przestrzeń. By w końcu wypluła. Wyroiła się człowiekiem. I jest. Siedzi na ławce. Czyta gazetę. Zaraz pojawia się drugi, na rowerze. I trzeci, na spacerze. I kolejni. Z zakupami. Z dziećmi. Przy pracy. Rozmawiający. Spieszący. Z teczkami. W sportowych tekstyliach. Z kubkami kawy. Biegnący. Nie wiadomo dokąd i po co. Zmęczeni. Nieuważni. Zamyśleni. Żywi. I myślę, jak by to było, wstać przed wszystkimi. Być – jak opisywał Stasiuk – pierwszym, który ogląda „kolejną odsłonę stworzenia”. I czy tutaj, w nowojorskim zwielokrotnieniu, byłoby to w ogóle możliwe?

 
„Kiedy miałem siedem albo osiem lat, wstawałem przed wschodem słońca i wymykałem się z domu. Mieszkaliśmy wtedy na peryferiach Warszawy: zagajniki, stawy, wygony, ugory, piaszczyste wydmy porośnięte sośniną, podmiejska dzikość. Wychodziłem i po prostu błąkałem się po kolana, po pas zmoczony rosą. To był dziecięcy heroizm – wstać dwie godziny przed pójściem do szkoły. Jakimś magnetyzmem musiały promieniować te wrześniowe poranki. Wielkie miasto w oddali przestawało istnieć. Zdradzał je tylko odgłos pociągu. Ale tu, wśród dzikich łąk, zapadlisk z czarną i przejrzystą wodą, srebrnych od rosy pajęczyn panowała absolutna cisza i nieruchomość. Zapamiętałem uczucie doskonałej samotności. Tak jakbym wchodził do świata, który dopiero został stworzony. Myślę, że o to chodziło z tym bohaterskim wstawaniem: żeby być pierwszym człowiekiem. Żeby patrzeć na świat niedotknięty jeszcze cudzym spojrzeniem. O jakiś rajski ogród szło. Może o niewinność?” *

 
W ogrodzie botanicznym kwitną magnolie i azalie. Jutro ma spaść śnieg. Ale dzisiaj jeszcze udajemy wiosnę. Zbyt lekko ubrani. Zmarznięci. Wypatrujemy kruchych pędów wychynających spod zeschniętych liści. Niebieskie główki w łupinach przypominają noworodki ciasno zawinięte w beciki. Odeszły ostatnie wody. I zaraz podniesie się krzyk ptaków. Ziemia urodzi nowe. I przez chwilę utuczymy dusze zachwytem. Brodząc w pięknych okolicznościach przyrody. Fotografując zwierzęta i kwiaty. Zachłystując się powietrzem. W którym, jak co roku, obietnica zmiany. Na lepsze. Albo przynajmniej inne. Bardziej ekscytujące. Mięsiste. Pełniejsze. Ululani, zamroczeni, zakochani w sztok. Z wysprzątanymi mieszkaniami, o lśniących szybach i zapachu wielkanocnego mazurka. Z nadziejami, które umierają ostatnie, a potem zmartwychwstają. Wejdziemy w słoneczną porę roku. Porę długich zmierzchów, dojrzałych owoców. Zbiorów. Obfitości. Barw. I zapachu. Zrzucimy łuskę. W złudnym przekonaniu, że wszystko można zacząć od początku.

 
Rośliny parapetowe nie przetrwały zimy. Nie reanimuję. Wyrzucam do śmieci. Kupię nowe. Pójdę na łatwiznę. Czyli do sklepu. Gdzie już czekają. W szeregu. Armie chińskich fiołków. I bratków. I tych różowych, których nazwy nie pamiętam. Równo wystrzyżone. Gotowe do przeflancowania. Na obcą ziemię. Ponowne zapuszczenie pędów. Płożenia, anektowania. Jerry w słomkowym kapeluszu wyjdzie z motyką na słońce. I z żoną, która przypomina sowę. Taką z plastyku raczej, do straszenia wróbli. W wielkich okularach na małej, nastroszonej główce. Która wszystko wie. I wszystko widzi. Zagrabią dwa prostokąty ziemi. Na stare, spracowane dłonie wysypią małe ziarenka. A potem wszystko będzie jak dawniej. Rośliny zakwitną. Wydadzą owoce. Nakarmią ludzi. Uschną. Skruszeją. Wrócą tam skąd przyszły. I my też. My też.

 
*Andrzej Stasiuk, Kucając.

 
Napisz do autorki:
[email protected]