Z pisarką Patrycją Gryciuk rozmawia Izabela J. Barry.

zxx Patrycja Gryciuk

– Poznałyśmy się, kiedy trzy lata temu zjawiłaś się w Nowym Jorku z książką „Plan”, która była Twoim debiutem. Zacznijmy więc naszą rozmowę od pytania: jak zostaje się pisarką?
Ciągle zastanawiam się, czy nią jestem. Chwilami wydaje mi się, że to całe moje życie, a na drugi dzień w ogóle o tym nie myślę. Jedni twierdzą, że pisarz, to po prostu ktoś, kto napisał książkę. Inni – że nie tylko napisał, ale też wydał. Jeszcze inni – że musi być tych książek kilka, albo że self-publishing się nie liczy… Niektórzy oceniają, że trzeba mieć w swoim dorobku sporo wydanych (i to najlepiej przez największych wydawców) książek, do tego studia literaturoznawcze, albo chociaż jakieś kursy pisania, czy opublikowane teksty, albo na przykład rzesze wiernych czytelników, którzy zakładają kluby i strony w internecie. Oczywiście, niezbędne są też recenzje pisane przez krytyków literackich… Jeszcze inni uważają, że pisarzem jest się wtedy, kiedy żyje się z pisania, więc jak widać zdania są podzielone. Ja patrzę na to inaczej. Moim zdaniem, pisarzem zostaje się w momencie kiedy człowiek zaczyna odczuwać potrzebę podzielenia się tym, co od lat notuje, zapisuje, gromadzi. Myślę, że już sam fakt wyjścia do ludzi ze swoimi tekstami sprawia, że zaczynamy poruszać się w kategoriach pisarstwa. Akt (i odwaga!) pokazania czegoś, co się napisało jest jednocześnie upewnieniem się przed samym sobą, że ma się coś do powiedzenia światu. Ale czy to czyni z nas pisarza? Nie wiem. Każdy chyba podchodzi do tego inaczej. Jest to zresztą jeden z tematów mojej powieści „450 stron”. Wiktoria – główna bohaterka książki, która jest pisarką też ciągle zadaje sobie to pytanie.

– „Plan” to książka o skomplikowanej fabule, dziejąca się w wielu miejscach na świecie. Właściwie trudno się zdecydować czy to romans z wątkiem kryminalnym, czy kryminał z wątkiem miłosnym. Czy to celowy zabieg?
Nie przepadam za książkami, które można łatwo zakwalifikować do jednego genre. Wolę pisać książki balansujące na granicy sztywno ustanowionych gatunków literackich i jak na razie, moje dwie powieści właśnie takie są. „Plan” to romans z wątkiem kryminalnym, „450 stron” to kryminał z wątkiem romansowym. Są to książki eklektyczne, swego rodzaju hybrydy. Moja trzecia powieść też będzie na pograniczu gatunków. A to oznacza, że jeżeli czytelnik spodziewa się klasycznego kryminału, może być zawiedziony. Jeżeli spodziewa się klasycznego romansu, może być zaskoczony. Jeżeli nie nastawia się na konkretny gatunek, a po prostu liczy na dobrą książkę, wtedy ma szansę być usatysfakcjonowany. Podobnie jest przy lekturze. Nie lubię sztywnych podziałów. Nastawiam się na treść i tyle. Książka albo mnie wciąga, albo nie.

Jeśli wciąga, to czytam do końca, a jeśli nudzi – zostawiam ją po stu stronach. Nie mam czasu ani ochoty na czytanie czegoś, co uważam za słabe. Nie wszystkim oczywiście przypadnie to do gustu, ale czy jest książka, która zachwyciłaby wszystkich? Nie odrzucam klasyki gatunku, jednak jeżeli mówimy o formie to czas wyjść poza ustalone ramy, zacząć eksperymentować. To przynosi często ciekawsze efekty niż klasyczne rozwiązania. Dzisiejszy czytelnik, szczególnie młode pokolenie, chętnie czyta i akceptuję tego typu literaturę.

– Wątek kryminalny w „Planie” dotyczy biopaliw. Trzeba chyba sporo wiedzieć na temat ekologii i samych biopaliw, żeby zdecydować się oprzeć na tym temacie całą książkę. Jak przygotowywałaś się do tego wątku?
Od lat interesuję się ekologią i staram się zmniejszać mój udział w degradacji naszej planety. Myślę, że każdy powinien mieć choćby podstawową wiedzę na temat zagrożeń środowiska. Każdego dnia powiększa się ilość plastykowych butelek w oceanach, równocześnie każdego dnia rośnie powszechna świadomość zagrożeń i zwiększa się liczba ludzi sortujących śmieci. Jeżeli chodzi o biopaliwa, pracowałam nad tematem prawie rok, bo zależało mi na tym, żeby wątki w książce, które o ekologii mówią – mimo że jest to fikcja – były prawdziwe. Zrobiłam więc typowy research i zgromadziłam masę informacji. Śledziłam też wszelkie nowości, bo szybko wszystko się zmienia w tej materii. Mamy już do czynienia z biopaliwami tzw. trzeciej generacji, uzyskiwanymi z glonów.

– Anna, bohaterka „Planu”, to młoda dziewczyna, która spotyka starszego, bogatego mężczyznę. Dwójka takich bohaterów to przepis na romans, który podbije czytelników, czy może raczej czytelniczki. Nie bałaś się, że ta historia może spłycić Twoją książkę, uczynić ją podobną setkom innych romansów? Co odróżnia historię Anny i Sergieja od innych podobnych historii?
Właśnie cała ta otoczka, o której mowa w poprzednim pytaniu. Bo „Plan” to nie tylko romans. I chociaż główny wątek może wydawać się stereotypowy, to wszystko, co dzieje się dookoła, jak również jej finał, sprawiają, że moja powieść jest zupełnie inna i trzyma czytelnika w napięciu do ostatniej strony. Jest to też „książka na czasie”. Traktuje nie tylko o uniwersalnych problemach, ale również dzieje się w dzisiejszych realiach. Dlatego nie chciałam umieszczać jej w jednym miejscu. Dzisiaj ludzie podróżują, wiążą się z partnerami z innych krajów, kultur, religii czy ras. Jest to temat poruszany we wszystkich moich książkach. Wszyscy zaczynamy być coraz bardziej „wymieszani” i to bardzo mi się podoba.

-„Plan” wydałaś własnym sumptem. Opowiedz, jak wygląda droga młodej pisarki, której nikt nie zna, do wydania pierwszej książki.
Wszystko zależy od tego, jaką drogę człowiek sobie wybierze. Ja wybrałam tę trudniejszą. Kiedy zaczynałam moją przygodę z pisaniem, miałam bardzo ograniczoną i naiwną wizję świata wydawniczego i żadnego doświadczenia, a moje informacje na temat procesu wydawniczego były niekompletne i dość stereotypowe. Poza tym jestem upartą osobą i lubię dopiąć swego. Stwierdziłam, że „Plan” jest na tyle dobrą książką (śmiech) że nie potrzebuję pomocy osób trzecich i mogę wydać tę powieść sama, co też zrobiłam, ponosząc całą odpowiedzialność i wszystkie koszty. Dziś sama nie wiem, czy w tej decyzji było więcej szaleństwa czy odwagi, ale niczego nie żałuję. Wydałam wtedy moje wszystkie oszczędności. W systemie self-publishingu autor finansuje sam cały proces wydawniczy i promocyjny (o którym nie miałam zielonego pojęcia), więc maszynopis „Planu” nigdy nie został wysłany do żadnego wydawcy tradycyjnego. Wszystko robiłam sama, oprócz korekty, łamania, druku i dystrybucji. Był to świadomy wybór, który pozwolił mi na decydowanie dosłownie o wszystkim, co dotyczyło mojej książki (okładka, tekst, tytuł, itd.) i umożliwiło poznanie rynku książki w Polsce od podszewki. Marketing i promocja okazały się wielkim wyzwaniem, ale przynajmniej nauczyłam się wielu rzeczy. Działałam intuicyjnie i nie zawsze z sensem. Na przykład wysyłałam e-maile do polskich instytucji kulturalnych w Nowym Jorku na trzy dni przed przylotem do Ameryki i jeśli pamiętasz, właśnie wtedy się poznałyśmy. (śmiech)

– Twoim wydawcą jest teraz wydawnictwo Czwarta Strona, specjalizujące się w powieściach tzw. kobiecych oraz sensacyjnych. Z iloma wydawnictwami się skontaktowałaś zanim Czwarta Strona przyjęła Twoją książkę do druku? Czy to już będzie „Twoje” wydawnictwo?
Maszynopis „450 stron” został wysłany do trzydziestu wydawców w Polsce, z których, jeśli dobrze pamiętam, ośmiu chciało przeczytać całość. Dwóch zaproponowało mi jej wydanie. Wybrałam Czwartą Stronę. Już po ukazaniu się książki, dwa inne wydawnictwa napisały do mnie z propozycją współpracy przy ewentualnej trzeciej książce. To miłe dla początkującego autora.
Czy Czwarta Strona będzie „moim” wydawnictwem? Myślę, że się na to zanosi. Dobrze nam się współpracowało przy „Stronach”. To poznańskie wydawnictwo tworzy wspaniały zespół młodych ludzi z pasją, którzy nie tylko kochają książki, ale też lubią swoją pracę. Poza tym wykupili ode mnie prawa do drugiego wydania „Planu” i są zainteresowani publikacją mojej trzeciej powieści, którą właśnie piszę. Jeżeli tylko będą w stanie udźwignąć moją zakręconą wizję tej trzeciej książki, w której chciałabym połączyć kilka różnych form przekazu artystycznego, to myślę, że jest spora szansa, że zwiążemy się na dłużej.

– Zaraz po ukazaniu się „Planu”, którego akcja dzieje się w różnych miejscach świata, zaczęłaś pisać następną powieść, której akcja toczy się w Nowym Jorku. Co sprawiło, że wybrałaś Wielkie Jabłko na tło wydarzeń Twojej powieści? Czy nie kusi Cię, żeby napisać książkę osadzoną w realiach świata, który znasz najlepiej – w Polsce?
To pytanie pada dosyć często. Kocham Nowy Jork, jest dla mnie bardzo inspirującym miejscem. Za każdym razem kiedy tu jestem, spotykam ciekawych ludzi i mam wiele niezapomnianych przygód. Pamiętasz, jak trzy lata temu jechałam na wywiad do studia NDTV w New Jersey i spóźniłam się na autobus? Żeby zdążyć na umówione nagranie musiałam wziąć autobus, który jechał inną trasą, po czym wysiadłam za daleko, w dzielnicy, gdzie nikt nie mówił po angielsku i tam próbowałam złapać taksówkę. Taksówkarz okazał się szaleńcem, dlatego musiałam uciekać z jego samochodu. Pod studio w końcu dowiozła mnie policja, na trzy minuty przed nagraniem. Gdy weszłam do budynku, powiedziałam dziennikarce, że jestem w takim stresie, że nie mogę wystąpić. Dostałam szklankę zimnej wody i trochę pudru na nos, po czym rozpoczęliśmy wywiad. Na nagraniu widać jaka jestem zdenerwowana i co zostało z mojej fryzury po tym całym biegu i stresie. Wtedy nie było mi do śmiechu, ale dziś wspominam to z przyjemnością. Taka przygoda jak ta może jedynie pogłębić moją miłość do Nowego Jorku i okolic.
A powieść, której akcja działaby się w Polsce? Nie jestem pewna, czy jej realia są tymi, które znam najlepiej. Może tak, ale tak naprawdę to całe moje dorosłe życie przeżyłam za granicą. Mieszkałam już w kilku krajach i choć czuję się Polką, mam wrażenie, że nie potrafiłabym pisać o Polsce prawdziwie. Ale może jedyny słuszny sposób tak naprawdę nie istnieje, bo każdy z nas widzi ten kraj własnymi oczami? W mojej trzeciej książce, która dzieje się na południu Francji, jest o Polsce znacznie więcej niż w dwóch poprzednich.. Jednak na razie nie mam odwagi stworzyć historii, która działaby się tylko i wyłącznie w mojej ojczyźnie.

– W „450 stronach” jest oczywiście romans i zbrodnia. Ale pokazujesz też kulisy świata wydawniczego, pełnego intryg i nienawiści. Naprawdę tak jest?
Starałam się opisać to dosyć realistycznie. Konkurencja jest ogromna. Kiedyś w jednym kraju było kilkudziesięciu wydawców, dziś może być ich kilka tysięcy. Przy czym w „450 stronach” mowa jest o wydawnictwach amerykańskich. Śledzę ten światek od dawna. To, co opisuję, nie jest dalekie od rzeczywistości. Niektóre wątki są ubarwione, by fabuła była ciekawsza. Jednak to, że dziś nad książką w dużym wydawnictwie pracuje sztab specjalistów nie tylko od literatury, ale przede wszystkim od marketingu, nikogo chyba już nie dziwi. Większość decyzji podejmuje się ze względu na rynek i jego możliwości. Wydawcy wiedzą kiedy i co opłaca się wydać, ponieważ z tego żyją. Chcielibyśmy wierzyć, że książki to ciągle tylko sztuka z elitarnej półki. Jednak dziś to przede wszystkim biznes, w którym książka jest produktem handlowym, jak każdy inny towar.

– Recenzje Twojej drugiej książki są zazwyczaj bardzo pozytywne, czytelnicy chwalą Cię za precyzyjną, dopracowaną akcję, umiejętnie rosnące napięcie, lekkie pióro. Ale też spotkał Cię zarzut, że tak naprawdę książka nie jest kryminałem, tylko romansem, w którym bohaterka tylko lekko ociera się o zbrodnię. Innym zarzutem było to, że Wiktoria – główna bohaterka – jest niesympatyczna. Co na to powiesz?
„450 stron” to przede wszystkim książka o pisaniu. W tej powieści prym wiedzie Wiktoria, pisarka, której przychodzi zmierzyć się nie tylko z literacką konkurencją, ale również z zagadkową sprawą morderstw, które wydarzają się w jej otoczeniu. Do tego dochodzą osobiste rozterki sercowe. Wspomniałam już wcześniej, że nie jest to typowy kryminał, bo wszystko co „typowe” uważam za nudne. Mam nadzieję, że nigdy nie napiszę „typowej książki”. Kto chciałby taką czytać? Wracając do pytania: wątek romansowy jest tu dosyć rozbudowany, jednak nie tylko w celu urozmaicenia akcji, ale również po to, by postać ukochanego Wiktorii stała się dla czytelnika częścią wątku kryminalnego i zagadki z nim związanej. Jest on jednym z podejrzanych o zbrodnię. Nie ma tu szczegółowego śledztwa, a cała fabuła opiera się bardziej na analizie osobowości bohaterów i ich perspektywie widzenia świata. Wszyscy oni, w jakiś dziwny sposób, są zaplatani w ten sam wątek kryminalny, dlatego „450 stron” zdecydowanie nie jest romansem. Kto uważa inaczej, po prostu nie zrozumiał tej książki.
Jeżeli chodzi o Wiktorię, to stworzyłam bohaterkę, która jest bardzo podobna do dzisiejszych kobiet w jej wieku. Ta trzydziestopięciolatka, pełna pasji, świadoma swojej urody, to ktoś kto odniósł sukces w świecie literackim. Jest dosyć opryskliwa i wymagająca, ponieważ na co dzień w życiu zawodowym, które jest jednocześnie jej pasją, musi konkurować z mężczyznami. Jednak pod maską twardej i pewnej siebie kobiety ciągle siedzi w niej młoda, marzycielka, która wciąż nie zna odpowiedzi na wiele pytań i oczywiście czeka na idealną miłość. Moim zdaniem to całkiem realistyczna postać ma swoje wady i zalety. Wiktoria nie jest idealna i dlatego niektórych denerwuje.

– Co lubisz w pisaniu bardziej i co uważasz za trudniejsze: wymyślenie akcji czy konstruowanie postaci, by psychologicznie były wiarygodne?
W dobrej książce jedno bez drugiego nie istnieje. Najczęściej zaczynam od postaci, które potem zapędzam w jakąś akcję. Staram się, by sylwetki moich bohaterów nie były budowane według tego samego klucza. Wolę, kiedy oprócz tych typowych, których łatwo możemy zaliczyć do bohaterów „dobrych” czy „złych”, byli też tacy, którzy nie są do końca pozytywni lub negatywni w oczywisty sposób. Nie każda książka musi mieć rozbudowaną akcję, jednak kiedy nie ma w niej ciekawych postaci, z którymi czytelnik w jakiś sposób się utożsamia czy przynajmniej stara się zrozumieć – wtedy lektura staje się nudna. Dlatego też za trudniejsze i zarazem za bardziej pasjonujące uważam tworzenie postaci.

– Twoja potrzeba pisania wzięła się zapewne z czytania. Zatem: co czytasz najchętniej. I czy jest pisarz, który stanowi dla Ciebie wzór języka i fabuły?
Najczęściej sięgam po książki, które zachwalają mi moje koleżanki z pracy. Nie mam po prostu czasu, żeby szukać lektur inaczej. Często są to kryminały i romanse. Ale oczywiście nie tylko. Wciąż uwielbiam literaturę dziecięcą i młodzieżową, może ze względu na moją pracę z dziećmi. Lubię wielu autorów i nie potrafię wybrać tego „jedynego”. Jednak ostatnio zdecydowanie podziwiam kunszt francuskiej pisarki Delphine de Vigan. Z polskiego podwórka moją uwagę przyciągają Zygmunt Miłoszewski i Magdalena Tulli.

– Czy chciałabyś zobaczyć swoją książkę sfilmowaną?
Oczywiście! Najlepiej każdą po kolei! Wielu czytelników twierdzi, że one się do tego doskonale nadają.

– I na koniec pytanie osobiste: Jesteś żoną, matką dwóch uroczych chłopców, pracujesz w pełnym wymiarze godzin. Jak godzisz pisanie z obowiązkami?
W tym roku pracuję na pół etatu. Ale to drugie pół mam w domu. Pisanie to moja pasja, która bardzo mnie motywuje i popycha do przodu. Bez pisania nie czułabym się spełniona, więc na razie jakoś udaje mi się to wszystko zorganizować i połączyć, choć bywa ciężko. Wsparcie rodziny też jest nie bez znaczenia. Poza tym na to pytanie prawdziwa odpowiedź jest krótka, ale bardzo jasna: ja, niestety, mało śpię. Bo jak już zacznę pisać, to nie mogę przestać.

 

Brooklyn Public Library zaprasza na spotkanie z Patrycja Gryciuk w bibliotece przy 107 Norman Ave, we wtorek, 22 marca, o godzinie 18:30.