Izba przyjęć w New York University Langone’s Tisch Hospital. Tym razem trafiam tu z chorym gościem z Polski. Bacznie wszystkiemu się przyglądam, upewniając się po raz któryś, że umarłbym ze strachu gdybym był lekarzem. Tak wielka odpowiedzialność sparaliżowałaby mnie zupełnie. Wokół ruchomych łóżek z pacjentami cały personel jest nieustająco w ruchu. Komputery wiedzą wszystko. Co chwila zagląda do nich, jak nie lekarz, to pielęgniarka. Aparat do mierzenia ciśnienia jeździ od łóżka do łóżka. Słuchawki spoczywają na lekarskich torsach. Różne monitory pikają, pukają, mrugają i wzdychają. Wydawane przez nie dźwięki tworzą powtarzającą się nieustająco melodię. Można by powiedzieć – czysty minimalizm muzyczny. Pacjenci są w fartuchach zawiązywanych z tyłu. Czasem one jakoś tak się podwijają, że widać, to czego nie chcielibyśmy pokazać. Nikt nie używa tabletów, nikt nie robi zdjęć. Doprawdy jest to osobliwe. Przy niektórych łóżkach czuwają całe rodziny, czasem na zmianę, przy niektórych pojedyncze osoby, przy niektórych nie ma nikogo, od niektórych nie odstępują na krok policjanci, zmieniający się co kilka godzin. Część łóżek jest w przejściach, część w pomieszczeniach za kotarą. Z tych drugich można oglądać telewizję, ale nikt z tego nie korzysta. Pacjenci czekają na werdykt lekarzy. Jedni odjeżdżają na górę do szpitala, inni zostają na miejscu, jeszcze inni, acz nieliczni, po iluś godzinach badań idą do domu. Łóżka jeżdżą nieustannie z windy do windy i z piętra na piętro do sal z odpowiednią aparaturą. Personel medyczny wszystkich stopni wydaje się wyluzowany. Nikt nie wpada w panikę nawet przy ciężkich przypadkach. Lekarze i pielęgniarki uśmiechają się nie tylko do pacjentów, ale i do siebie nawzajem. Czasem żartują. Z pacjentem rozmawiają w sposób uspokajający, tak, jakby sami wierzyli, że wszystko da się wyleczyć. Salowe raz po raz zmieniają pościel na łóżkach dla nowych chorych, których wciąż przybywa. Sprzątacze co godzina sprawdzają co jest do sprzątnięcia. Pytają, co mamy do wyrzucenia. Oni najrzadziej się uśmiechają. Czekając wraz z chorym na kolejne badania, rozmyślam o sprawach ostatecznych. Nie ukrywam, że chciałbym pożyć jeszcze z jakieś dwadzieścia lat. Przy i na łóżku szpitalnym sprawy doraźne schodzą na dalszy plan i stają się mniej ważne. Ważna jest diagnoza i to co będzie później.

 
Korci mnie, aby dla hecy wyjąć jednemu z policjantów pistolet z kabury przyczepionej do pasa, ale nie mam pewności, czy potraktowałby to jako żart i czy nie byłby to czyn karalny. Wprawdzie jestem pacyfistą, ale lubię czasem poprzymierzać się do broni. I to nie tylko do białej. W strzelaniu na uniwersyteckim obozie wojskowym nie byłem najlepszy, ale i nie najgorszy. Policjant chyba wyczuwa moje zainteresowanie jego spluwą, bo kręci się koło mnie, zamiast pilnować pacjenta powierzonego jego nadzorowi. Patrzy wręcz zachęcająco i obraca się kaburą ku mnie. Może czyta w moich myślach i chce mnie sprowokować, żeby potem zakuć w kajdanki? Nie dam się. Ostentacyjnie odwracam wzrok i patrzę na innych pacjentów. Jeden z nich nawet coś śpiewa, a potem do mnie zagaduje pytając, czy mi się podoba. Niektóre twarze innych pacjentów są wręcz zapadnięte i popielate. Niestety wiem, co to oznacza.
W tejże izbie przyjęć panuje demokracja. Wszyscy chorzy w szpitalnych fartuchach wydają się sobie równi, a już na pewno wszyscy równi są w cierpieniu i bólu.
Po ośmiu godzinach badań trafiamy do jednego ze szpitalnych oddziałów na 16 piętrze. Tu też opieka jest bardzo troskliwa a warunki wręcz komfortowe. I zaczynają się kolejne godziny badań. I znowuż pytania. Większość takich samych jak na dole, choć przecież wszystko powinno być już w komputerze i w papierach przywiezionych wraz z chorym. Ale nie ma rady, trzeba odpowiadać od nowa. Patrzę przez szpitalne okno na statki i barki płynące po Wschodniej Rzece i na fale kołyszące się leniwie, i myślę o konieczności zwolnienia życiowego tempa nie tylko mojego chorego gościa, ale i swojego. Mniej się śpieszyć, nie przeżywać wszystkiego i zdystansować się od tego, od czego się da. No i pisać tylko to, co jest mną. Bagatela!

 
Ponoć im więcej mnie w tekstach, tym lepiej. W każdym razie tak twierdzi część wiernych czytelników. A ja tak chciałbym być czystym patrzeniem bez nazwy, bez oczekiwań, lęków i marzeń.

 
Szczęście jest zawsze tam, gdzie je człowiek widzi.

 
Ernest Hemingway – „Wiem, że czasami gubimy coś bezpowrotnie, to się zdarza. Pamiętamy, że mieliśmy to kiedyś i już. Tyle, że to, co zgubiliśmy, bywa wszystkim, cośmy mieli”.

 
„Qvo vadis” czytane po latach. Talent narracyjny i bogactwo językowe Sienkiewicza niezrównane, wielkie też umiejętności obrazowania. Ale psychologicznie pisarz ten jest naiwny. Tworzy stale ten sam typ kobiety – niewinnej, cnotliwej i dzielnej katoliczki i sympatycznego hulaki, który pod wpływem miłości nawraca się na wiarę i dobro. Zbyt to bajkowe. Walter Scott kłania się w tle.

 
Mało kto wie, że śp. pamięci Lech Kaczyński miał dużo książek i lubił je czytać. Powracał do „Dzienników” Tomasza Manna, co mnie zdumiewa, bo uważam je za monotonne, zbyt drobiazgowe i nadmiernie podszyte homoseksualizmem. Acz warto je znać.

 
Kot Jeleński widział po polsku i wyskakiwał poza polskość. Unikat. Żebym ja tak mógł wyskoczyć poza tę polskość. Choć na trochę. Ale gdzie tam! Mój nadmierny polonocentryzm zawęża horyzonty, wiem o tym, ale nie umiem go u siebie zmniejszyć. Tylko podczas podróży po Francji udawało mi się czasem widzieć jej historię i sprawy oczami Francuzów. Może dlatego, że sam mam kroplę krwi francuskiej w sobie.

 
Nie da się zwalczyć pisania i mówienia o polskim udziale w Holokauście oraz o polskich obozach koncentracyjnych i zagłady bez wytaczania spraw w sądzie. Nie mam już co do tego najmniejszych wątpliwości. Twórzmy fundusz na ten cel i pomnażajmy go pieniędzmi uzyskanymi z wygranych procesów.

 
Polska wielka i mocarstwowa? Przedmurze, międzymorze? Po co? Niech ta Polska będzie normalna. Z dynamiczną gospodarką i sprawnym systemem patentowym. W dobrych relacjach ze wszystkimi (poza zdrajcami i ekstremistami) wewnątrz i zewnątrz niej.

 
To absolutny bezsens, że nie ma w Polsce systemu prezydenckiego, takiego, jaki sprawdził się w Ameryce. Ilość posłów i senatorów należy zmniejszyć o połowę, bowiem ławy sejmowe i senackie świecą pustkami nawet podczas najistotniejszych obrad.

 
Amerykańscy kandydaci na prezydenta – beznadzieja!

 
Podglądam na YouTubie studniówki w różnych polskich liceach. Okazuje się, że bardzo niewielu uczniów umie zatańczyć tradycyjnego poloneza, mimo wcześniejszych lekcji i porywającej muzyki Wojciecha Kilara. Wiadomy dyg na trzecim takcie dziwnie nie wychodzi, choć jest przecież łatwy. O mazura już nie pytam, bo odpowiedź jest wiadoma. Z walcem i tangiem to samo. Czyżby rosło nam pokolenie głuche i nierytmiczne? A może już tak ogłuszone jest hip-hopem, że nie słyszy żadnej innej muzyki?