Staliśmy na placu otoczonym siatką. Czarnoskóry chłopiec minął nas bez słowa. Buchnęła woń wypalonej trawy. Zaciągnęliśmy się. Bezwiednie. Wszystko miało kolor wyżętej szmaty. Niebo. Beton. Ogrodzenie. Drzewa. Puszczaliśmy drona. To taki nowoczesny latawiec. Samolocik dla dużych dzieci. Ma cztery śmigła. I oko, którym rejestruje świat. Z góry. W domu hałasuje. I potyka się o meble. W otwartej przestrzeni wygląda niedorzecznie. Trochę kosmicznie. Trochę komicznie. A trochę jak plastykowy śmieć. Kiedy nadchodzi moja kolej, z braku wyobraźni i umiejętności posyłam go na śmierć. Lekka konstrukcja niesiona wiatrem wkręca się w konary drzewa. I tam zostaje. Z daleka wygląda jak siatka na zakupy. Jeszcze przez chwilę miga. Potem gaśnie. Jak mina K., któremu przykro. Ale nie daje tego po sobie poznać. Będziemy go odwiedzać – żartuje. I się nie wścieka. I nie złorzeczy. A mógłby. Bo przecież ciągle jest trochę małym chłopcem, któremu ktoś zniszczył zabawkę. Zanim zdążył się nią nacieszyć. Wracam do domu z myślą, że to właśnie takie drobne, małe rzeczy, decydują o tym, o czym się potem pisze z Wielkiej Litery. Za czym tęskni. Ku czemu wzdycha. A o czym lepiej milczeć. Żeby nie spłoszyć. Nie zapeszyć. Nie zepchnąć w banał.

 
W bibliotece cicho i jasno. Przy stole siedzą panowie spod mostu i rozmawiają szeptem. Po polsku. Mają czerwone twarze. I wąsy w kolorze ziemi. Dzisiaj za zimno, by zalegać na ławkach przy skwerku, więc przenieśli się do czytelni. Ale nie obcują z literaturą. Grają w karty. Nie patrząc sobie w oczy.

 
Na ogródku Jerrego cienka warstwa śniegu. Bezdomna kotka wyczekuje. Jak co rano. Na okruchy z ludzkiego stołu. Zachowuje się dość irracjonalnie. Ucieka, kiedy nie powinna. Chowa ze zdobyczą przy siatce, gdzie jeszcze smętnie kołyszą się ocalałe z zimowej pożogi badyle. Nie rozumiejąc, że z ręki, która karmi, nie dosięgnie jej cios.
Nazwałam ją Durną. Na cześć „Dygotu” Jakuba Małeckiego. W powieści takie imię nosiła sowa. Ale tam wszystko było pomieszane. Chłopiec urodził się z białą skórą i czerwonymi oczami. Pies nazywał się Koń. A koń Pies. Działy się rzeczy dziwne. Magiczne trochę. A trochę zwykłe. Jak śmierć. Życie. Wojna. Miłość. A wszystko blisko Domu. W pejzażu, który znam na pamięć. Mieście podobnym do wszystkich innych wielkopolskich miast. Które zachowało się w jednym wspomnieniu, anegdocie. To była zima. Za późno wyszłyśmy z koncertu. I uciekł ostatni pociąg. Musiałyśmy zostać na noc u kolegi. Spałyśmy w wielkim, skrzypiącym łóżku. Pod pościelą białą i ogromną jak chmura. I gdy dzisiaj o tym myślę, jakieś dwadzieścia lat późnej, ciągle czuję zapach krochmalu. I obcy chłód, jaki panuje nad ranem w pokojach opalanych drewnem. I że na śniadanie były kanapki z powidłami i białym serem. I koleżanka bała się wracać, bo czekała ją konfrontacja z surowym i wymagającym ojcem. Który nie pochwalał całonocnych eskapad. Nie wyrażał zgody. Nie aprobował. W przeciwieństwie do moich rodziców, hołdujących zgoła innym metodom wychowawczym. Zatem czytam: Koło, Konin, Poznań. I jest trochę tak, jak by zamieszać łyżeczką w niedopitej herbacie. Fusy podrywają się, wirują. Tworząc obrazki, jak w kalejdoskopie.

 
A miało być o miłości. Bo połowa lutego. I nadciąga zmasowany atak krwawiących serc. Już idzie po nas armia pluszowych misiów. Zewsząd słychać tupot różowych łap. Jesteśmy pod walentynkowym obstrzałem. Zbombardowani miłością szczerzącą niechlujnie pomalowane usta w krzywym uśmiechu. Kiedy myślę, że nie może być ohydniej, tandetniej i koszmarniej – trafiam na śpiewające tulipany z bordowego futerka albo strój Kupidyna, który reklamuje otyły blondas z owłosionym torsem. Wymyślność walentynkowych gadżetów wystawia na próbę estetyczny liberalizm. Dźga w serce. Wysadza gałki oczne. Wtedy trzeba się ratować surowością białej kartki. I kilku wersów. Choć w poezji, jak w życiu, o miłości lepiej milczeć. Przemycać w odstępach między słowami. Niewypowiedzeniu. Przypisach.

 
Myślałam/ Wreszcie będę mówić/ Tyle się we mnie/ słów zebrało/ Tyle słów/ dojrzałych i twardych/ jak ziarnka żyta/ cierpkich jak gruszki polne/ aksamitnych jak pszczoły/ Myślałam/ Dam ci te moje słowa/ Ale kiedy otworzyłam usta/ zamknąłeś je swoimi wargami/ Cofnęły się słowa moje/ schowały się we mnie/ jak ptaki lękliwe
Teraz/ już tylko czasami/ wyglądają oczami *

 

*Małgorzata Hillar, Myślałam że będę mówić

 

*Milan Kundera

 

Napisz do autorki:
 [email protected]