„Kilgore Trout oddawał mocz w toalecie nowojorskiego kina. (…) Na kafelkach obok rolki z ręcznikiem ktoś napisał ołówkiem: PO CO CZŁOWIEK ŻYJE? Trout przetrząsnął kieszenie w poszukiwaniu pióra czy ołówka. Znał odpowiedź na to pytanie, ale nie miał nic do pisania, choćby nadpalonej zapałki. Zostawił więc pytanie bez odpowiedzi, ale oto, co by zareplikował, gdyby znalazł coś do pisania:

 
Aby być

 
Oczami,

 
Uszami

 
I sumieniem

 
Stwórcy wszechświata,

 
ty baranie.

 
Wracając na swoje miejsce w kinie, Trout bawił się, że jest oczami, uszami i sumieniem Stwórcy Wszechświata. Wysyłał do Stwórcy, gdziekolwiek ten się znajdował, telepatyczne komunikaty. Zameldował, że toaleta męska jest czysta jak łza.”*

 
Kabina w toalecie damskiej nowojorskiego kina ma zepsuty zamek. Szarpię, napieram, nie mogę się wydostać. Przeżywam dwie minuty grozy zanim sikająca obok dziewczyna nadchodzi z odsieczą. Raz zdarzyło mi się zatrzasnąć w domowej łazience. Akurat spieszyłam się na autobus. Do Kalisza. Gdzie mieszkał przez chwilę mój najstarszy brat. I gdzie

 

sprzedawali lody w gorącej, czekoladowej polewie. Tylko tyle pamiętam. Z tego miasta. I tamtej wyprawy. Bardziej pełzający, klaustrofobiczny strach zamknięcia. Który towarzyszy mi do dzisiaj. W publicznych toaletach. W których boję się zamykać. I boję się nie zamykać. Szczęśliwie w czasach telefonów komórkowych perspektywa niemożności oswobodzenia się nieco przybladła. Można zadzwonić po pomoc. Wysłać sms-a znad sedesu, gdyby nikt nie usłyszał wołania i przeraźliwego walenia w drzwi.

 

Oczywiście trzeba brać pod uwagę również niecodzienne okoliczności, jak rozładowana bateria w telefonie tudzież całkowity brak aparatu. Choć w to ostatnie trudno uwierzyć. Kto dziś wychodzi z domu bez wirtualnej smyczy? Kto ma odwagę hasać bez smartfonowego kagańca?

 
Zatem: nowojorskie kino. Amerykańska premiera. Spóźnieni wpadamy na salę. Siadamy w pierwszym rzędzie. Zadzieramy głowy. Na ekranie mówią po francusku. Mówią Gombrowiczem. Mówią dużo. I trudno nadążyć z angielskim tłumaczeniem, przekładać na trzeci język, na zapamiętaną literaturę, na sens. Czuję się nieco przytłoczona. Nieco zagubiona w „Kosmosie”. Po projekcji spotkanie z aktorem i kompozytorem. Francuz przypomina trochę Eda Chigliak’a z „Przystanku Alaska”. Podobnie podkrążone oczy, zgarbiony chód, czarna grzywka, którą odrzuca niedbale. Ma w sobie coś kruchego. Co wzbudza rodzaj czułości. I sweter w granatowo-niebieskie paski. Jonathan Genet – bo tak się nazywa odtwórca Witolda – przydybany w kuluarach zwierza się, że to jego pierwsza, duża rola, i że we Francji jest za nią raczej krytykowany. Powtarza jednak, że w sztuce nie o rezultat chodzi, nie o nagrody, zaszczyty i sławę, ale o drogę. O to, co staje się pomiędzy. W trakcie. Rozmawiamy przez chwilę o Żuławskim. Reżyser zmarł na dwa dni przed amerykańską premierą. Świetnie się z nim pracowało – mówi Genet. To była fascynująca postać. Pamiętam jak przed laty zaproponowano mi przeprowadzenie wywiadu z Żuławskim. Odmówiłam, bo reżyser znany był z niechętnego stosunku do dziennikarzy. Ignoranta wyczuwał na kilometr i rzucał się do gardła. Przekonywana zaczęłam jednak nieśmiałe przygotowania. Przeczytałam wywiad- rzekę, którą dla Krytyki Politycznej przeprowadzili Piotr Kletkowski i Piotr Marecki i bałam się jeszcze bardziej. Spotkania ze starym, mądrym smokiem, który zjada młode i nierozgarnięte owieczki na śniadanie. Chyba, że akurat się w nich zakochuje. I traci głowę. Jak dla Weroniki Rosati, aktorki młodszej o czterdzieści lat. Którą – po krótkim i burzliwym romansie – opisał w „Nocniku”. Rosati podała Żuławskiego do sądu. Wstrzymano publikację książki. A cała Polska dowiedziała się, że wyzwolona i bezpruderyjna Esterka, gustująca w starszych, zamożnych i wpływowych panach nie jest bynajmniej postacią fikcyjną. W każdym razie – wywiad odwołano. Oszczędzono mi upokorzenia. Tak myślałam kiedyś. Dzisiaj trochę żałuję. Bo byłoby to jednak spotkanie z legendą. Osobnikiem krnąbrnym – jak mawiał o sobie – ale niezaprzeczalnie pasjonującym.

 
„Gdy zadaje mi się pytania na temat książek, filmów, na temat tego, czym ja w ogóle jestem, to bez przerwy mówię jedno: chodzi o to, co Aleksander Tołstoj nazywał „drogą przez mękę”, to znaczy – jest tunel, którym się lezie, ale na końcu jest światło, ono jest niewielkie, tam daleko, ale jest. I gdybym nie wierzył, że ono jest, i gdybym nie wiedział, że ono jest, tobym tego w ogóle nie robił”. **

 
*Kurt Vonnegut, „Śniadanie mistrzów”.

 
** „Żuławski”, wywiad-rzeka; Piotr Kletkowski, Piotr Małecki.

 

Napisz do autorki:
[email protected]